Zoo od kuchni, czyli najtrudniejsza i najpiękniejsza praca. Zajrzeliśmy na zaplecze Nowego Zoo w Poznaniu

Czytaj dalej
Fot. Robert Woźniak
Alicja Durka

Zoo od kuchni, czyli najtrudniejsza i najpiękniejsza praca. Zajrzeliśmy na zaplecze Nowego Zoo w Poznaniu

Alicja Durka

Zoo nigdy nie śpi. Nawet, gdy gasną światła, a większość pracowników wychodzi na zasłużony odpoczynek, to część mieszkańców dopiero zaczyna swój dzień. Sprawdziliśmy, jak wygląda zoo od kuchni.

Nie ma chyba osoby, która choć raz nie była na wycieczce w zoo. Zwierzęta wylegują się, odpoczywają, czasem podchodzą do odwiedzających lub trenują ze swoimi opiekunami. Sielanka. Okazuje się to jednak wierzchołek góry pracy, którą na co dzień wykonuje załoga ogrodu zoologicznego.

Obraz pracy w zoo maluje się w nieco innych barwach. Aktualnie w starym i nowym zoo zatrudnionych jest 150 pracowników i pracowniczek, z czego 90 to opiekunowie zwierząt. Wydaje się, że to sporo, ale pod opieką mają aż 2500 zwierząt!

Opiekunowie są odpowiedzialni za budowę wyposażenia klatek, kojców i wybiegów, a także produkcję zabawek, np. dla słoni. Słoń jest bardzo inteligentnym zwierzęciem, więc w niewoli potrzebuje dużo stymulacji. Konstruuje się więc zabawki na iście słoniowy wymiar oraz organizuje słoniom atrakcyjną przestrzeń. Do tego potrzebne są już naprawdę ogromne sprzęty. Zwozi się więc konary, opony, wszelkiego rodzaju schowki, w których można ukryć smakołyki i wiele innych rzeczy. W słoniarni znajduje się także dźwig, który wykorzystywany jest np. w czasie operacji usuwania ciosów. Trudno bowiem wyobrazić sobie przekładanie kilkutonowego słonia z boku na bok.

Słoń zjada dziennie ok. 100 kg różnego rodzaju paszy: siana, liści i trochę granulatu uzupełniającego, a także warzywa i owoce. Do tego, w przypadku dorosłego samca dochodzi około 200 litrów wody. Samicom wystarcza „zaledwie” 100 litrów wody na dobę.

– Słonie uwielbiają latem arbuzy, a jesienią dynie. Jedzą je w naprawdę spektakularny sposób. Każdy ma na to swoją metodę. Ninio pakuje całą, wielką dynię na raz. Zwykle się nie mieści, więc się rozpada, ale i tak nie zostaje ani pesteczka. Dziewczyny zaś mają nieco inną technikę. Komicznie to wygląda, bo delikatnie dotykają nogą dyni, a ta roztrzaskuje się w kilka sekund

– mówi Małgorzata Chodyła, rzeczniczka prasowa poznańskiego zoo.

Słonie codziennie mają też treningi. Co ważne, nie jest to tresura, a właśnie trening. Choć z pozoru różnica może wydawać się niewielka, jest fundamentalna. Tresura bowiem zakłada kary.

– Tresura jest w cyrkach, tam jest kara, agresja i presja. W treningu stosujemy wyłącznie pozytywne wzmocnienia. Za wykonanie zadania jest nagroda. Jeśli zwierzę jest zmęczone, zniechęcone to odstępujemy od treningu

– tłumaczy Chodyła.

Treningi służą zwierzętom, ale pozwalają też zachować bezpieczeństwo pracowników przy pracy oraz wzmacniają więzi między opiekunami a zwierzętami.

Opieka nad słoniami to nie tylko karmienie i sprzątanie, ale też kontrola uszu, zębów i oczywiście trąby. Zwierzęta są nauczone, by robić to w ramach codziennych ćwiczeń. Za wykonanie każdej komendy dostają oczywiście zasłużony smakołyk. Robi się też manicure i pedicure, zabezpieczanie skórek. Należy przy tym pamiętać, że mówimy o słoniach, więc pilniczek wygląda raczej jak pilnik przemysłowy niż taki, który zazwyczaj widzimy u kosmetyczki.

Kolejnym obowiązkiem personelu zoo jest zaprzyjaźnianie nowo przybyłych zwierząt ze stałymi mieszkańcami. Zwłaszcza w przypadku gatunków stadnych jest to trudne zadanie. Istnieje bowiem ryzyko, że dany osobnik nie zostanie przyjęty, a popłoch czy agresja może być niebezpieczna dla zwierząt. Taki proces trwa nawet kilka miesięcy. Po transporcie, zmianie otoczenia i przy poznawaniu nowego stada zwierzę jest zestresowane i zmęczone. Należy więc to robić z ogromną uwagą. Niektóre zwierzęta z natury są niebezpieczne, tak jest w przypadku np. lwów i tygrysów. Z nimi, opiekunowie nie mają praktycznie bezpośredniego kontaktu. Zawsze dzieli ich ogrodzenie. Wyjątkiem są oczywiście zabiegi medyczne, ale wtedy zwierzęta są uśpione.

Niektóre tygrysy, które mieszkają teraz w poznańskim zoo pochodzą z cyrków, były tresowane, więc teraz domagają się kontaktu z człowiekiem. Pracownicy dokładają jednak wszelkich starań, by zwierzęta możliwie zdziczały i żyły w warunkach zbliżonych do naturalnych. Wymaga to wiele pracy, czasu, doświadczenia, ogromnych pokładów cierpliwości oraz indywidualnego podejścia do każdego zwierzęcia.

Skąd się biorą zwierzęta w zoo?

W poznańskim zoo mieszka aktualnie kilka tysięcy zwierząt. Pojawia się jednak pytanie, jak to się stało, że znalazły się właśnie w tym miejscu. Dróg jest co najmniej kilka. Jedna z nich to przeprowadzka zwierzaka z innego zoo. O rotacjach między ogrodami zoologicznymi decyduje koordynator danego gatunku. To on wie, gdzie są odpowiednie warunki, by konkretne zwierzę mogło zamieszkać, a gdzie jest nadwyżka przedstawicieli jego gatunku.

Duża część pochodzi z interwencji, a poznańskie zoo staje się azylem dla zwierząt pochodzących zazwyczaj z nielegalnych hodowli. W Poznaniu, w ten sposób, schronienie znalazły m.in. antylopy, które zostały odebrane hodowcy. Ten miał, w momencie interwencji, blisko 300 zwierząt. Przez lata przez hodowlę przewinęły się tysiące, także zagrożonych wyginięciem gatunków. Skala wydaje się niewyobrażalna, ale jak pokazuje doświadczenie ogrodu zoologicznego, interes jest niezwykle opłacalny, bo niestety z takich miejsc zwierzęta kupowane są do cyrków czy prywatnych zwierzyńców.

Poznańskie zoo ma na swoim koncie wiele, bardzo różnych interwencji. Małgorzata Chodyła wspomina tę, w której odebrano dwa lwy.

- Leoś i Kizia trafili do nas jak mieli po trzy miesiące. Kizia mieszkała na kanapie, na szklanym patio z ogrzewaniem podłogowym

– opowiada Małgorzata Chodyła.

Właściciel formalnie miał cyrk i tak obszedł przepisy o posiadaniu dzikich zwierząt. Okazało się, że mężczyzna podarował swojej znajomej lwicę. Niedługo później wyszło na jaw, że drugiego lwa sprezentował kolejnej osobie. W domu mieszkało, obok lwa, trzyletnie dziecko. W pokoju obok były jeszcze trzy krokodyle, z czego dwa miały ponad trzy metry. Umieszczone były w wannach budowlanych.

Lwy teraz mają ogromne wybiegi, regularnie dostarczane odpowiednie pożywienie. Plan właściciela był inny. W momencie, gdyby stały się już duże i groźne, zostałyby oddane do cyrków. W przypadku Kizi, po badaniach genetycznych okazało się, że jest lwicą afrykańską. Najpewniej kłusownicy odłowili jej matkę i szybko odebrali jej młode. Leoś zaś ma w swoich genach domieszkę tygrysa. W przypadku takich mieszanek często dochodzi do ogromnego cierpienia zwierząt, wielu wad genetycznych, bo w naturze te gatunki nie występują blisko siebie. Na szczęście, w przypadku poznańskiego lwa domieszka tygrysa jest na tyle niewielka, że nie wpłynęła znacząco na zdrowie Leosia.

– Niektórzy złośliwcy mówią, że jak na lwa ma trochę za krótkie łapy, ale ja im nie wierzę. I tak jest prześliczny

– śmieje się rzeczniczka.

Formalnie Kizia i Leoś dopiero od niedawna mogą być pewne swojego miejsca w poznańskim zoo. Mimo wyraźnych nadużyć wobec zwierząt, proces w ich sprawie zakończył się dopiero po pięciu latach, sąd zdecydował, o przepadku i poprzedni właściciel nie ma do nich żadnych praw.

W zoo nie zawsze jest pięknie

Zoo ma też ciemniejszą stronę. W dużej mierze odpowiadają za to nieodpowiedzialni odwiedzający. Tutaj za przykład niech posłuży nam smutny przykład foki Maksia, który sześć lat temu zmarł w okropnym cierpieniu.

– Z dnia na dzień zauważyliśmy, że osowiał, nie jadł, był mniej aktywny. Pokazywał, że źle się czuje. Zrobiliśmy mu zdjęcie rentgenowskie i okazało się, że w żołądku utkwiło mu plastikowe kółko. Komuś odpadła część od zabawki i zatrzymała mu się w żołądku

– mówi Chodyła.

Niestety, zwierzę trzeba było uśpić, bo operacja nie wchodziła w grę. Żeby rana po cięciu mogła się zagoić, foka musiałaby spędzić przynajmniej kilka tygodni poza wodą, a to jest w przypadku tego gatunku niemożliwe.

To nie był jednostkowy przypadek. Pracownicy, którzy sprzątają basen, nagminnie znajdują na dnie piłeczki kauczukowe, okulary, dziecięce smoczki i wiele innych przedmiotów. Z tego powodu w zoo na Malcie została tylko jedna foka. Jest sama, ale niestety w Poznaniu nie ma odpowiednich warunków, by przyjąć kolejne. Inne ogrody nie chcą przyjąć foki z Poznania, bo ma już 22 lata, a dla seniorki nie ma miejsca w odpowiednim zoo.

Tu więc apel do odwiedzających. Jeśli zdarzy się wypadek i coś wpadnie do basenu, należy to pilnie zgłosić pracownikowi zoo. Wtedy można przedmiot wyłowić i oszczędzić cierpienia zwierzętom. Mimo, że zoo wciąż się zmienia, nadal przestrzeń dla zwierząt nie zawsze jest idealna. Niektóre obiekty wymagają remontu lub przebudowy. Doskonale obrazuje to np. sytuacja basenu dla fok. Ten, który jest teraz dostępny, jest przestarzały, nie ma nowoczesnych filtrów wody i jest zbyt płytki. Do jego renowacji konieczna była zmiana ujęcia wody. Rury do wodociągu zostały położone już w zeszłym roku, ale nie zostały jeszcze podłączone do wody. Zanim to nastąpi, o nowym basenie nie ma nawet co myśleć.

Problemem, jak niemal wszędzie, są też oczywiście pieniądze. Przede wszystkim, te na wynagrodzenia pracowników. Pensje są niskie, a praca jest wymagająca. Zoo zaczyna pracę bardzo wcześnie. Każdego dnia trzeba nakarmić zwierzęta, posprzątać im, podać leki, obserwować. Nie ma znaczenia, czy jest to zima, marznący deszcz, dzień świąteczny czy upał. Ktoś zawsze musi czuwać nad komfortem i bezpieczeństwem zwierząt.

Teraz, gdy przyjechały zwierzęta z Ukrainy, pracy jest jeszcze więcej.

– To są zwierzęta zestresowane, nie znają nas i naszych obyczajów. Nie wiedzą, że jeśli otworzy się szybę, to w pomieszczeniu obok czeka czyste, wysprzątane legowisko i świeże jedzenie, a nie żadna pułapka i nikt nie szykuje podstępu. Nasze zwierzęta, które są już wytrenowane od razu przechodzą i można sprzątać kolejne pomieszczenie, ale te nowe wciąż się uczą i wszystko trwa znacznie dłużej

– dodaje Chodyła.

W poznańskim zoo pracuje 150 osób na ok. 2500 zwierząt. Dla porównania w berlińskim zoo na stałe pracuje ok. 500 osób w Anglii pracuje 400 pracowników przez cały rok, a w sezonie, dodatkowo zatrudnia się drugie tyle. Kandydatów do pracy w zoo nie brakuje, ale nie zdają sobie sprawy, na co się piszą.

– W większości przychodzą osoby pełne romantycznych uniesień, mówią, że zawsze marzyli o tym, żeby pracować ze zwierzętami. Wtedy zawsze prosimy ich, żeby zaczęli od wolontariatu. Tydzień – dwa weryfikuje również chęci tych osób, które zdają sobie sprawę, jak ciężka jest to praca i w jakich warunkach się odbywa i przede wszystkim, jak kiepsko płatna. Zostają najwięksi wariaci, najwięksi pasjonaci tej pracy. Niestety co kilka lat żegnamy świetnych opiekunów zwierząt, którzy stwierdzają, że nie są w stanie wyżyć i utrzymać rodziny za te pieniądze

– dodaje Chodyła.

Tylko w zeszłym roku odeszło trzech bardzo doświadczonych opiekunów. To ogromna strata dla ogrodu, ale, jak twierdzi rzeczniczka, decyzja jest zrozumiała.

Kto wymyśla imiona dla zwierząt?

Zwyczajnym widokiem są przechadzające się po ścieżkach zoo pawie. To Wicek i Wacek. Imiona dla zwierząt zwyczajowo wymyślają najbliżsi opiekunowie lub ich dzieci, stąd też różnorodność jest ogromna. W ten sposób możemy w zoo oglądać: tapira Teodora, tygrysa Aqua, niedźwiedzicę Gienię, czy ursona Rózię.

Relacja między opiekunami a zwierzętami jest wyjątkowa. Czasem trudno oderwać wzrok, gdy foka potrafi pocałować swoją opiekunkę Natalię w czoło. W nagrodę dostaję rybkę i szczęśliwie chlapie wodą. Niektórzy pracownicy, chcąc być zawsze blisko swoich ulubionych zwierząt, tatuują ich podobizny na swojej skórze. Nie ma tutaj jednego modelu.

– To najlepsza praca na świecie! To, że nisko płatna to wszyscy wiedzą, ale i tak jest najwspanialsza

– mówią niemal chórem pracowniczki zoo, które pracują w pawilonie nocnych zwierząt i uchodzą za autorki najbardziej kreatywnych imion.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Alicja Durka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.