Zatrucie Warty: Zarzuty ma czterech pracowników firmy produkującej środki owadobójcze

Czytaj dalej
Fot. Grzegorz Dembiński
Łukasz Cieśla, Marta Danielewicz

Zatrucie Warty: Zarzuty ma czterech pracowników firmy produkującej środki owadobójcze

Łukasz Cieśla, Marta Danielewicz

Wiemy, kto usłyszał zarzuty za zatrucie Warty szkodliwą substancją chemiczną. Podejrzane są cztery osoby. Wszystkie związane z poznańską firmą Bros. Do winy się nie przyznają. Śledztwo trwa.

Wcześniej nikt nie podawał, komu postawiono zarzuty i z jaką spółką należy kojarzyć tę sprawę. Jak udało nam się ustalić, status podejrzanych ma trzech mężczyzn i kobieta - wszyscy związani byli lub nadal są z firmą Bros.

W zeszłym roku poznańska Prokuratura Okręgowa zarzuciła im wylanie do kanalizacji ponad 20 kilogramów transflutryny. Chodzi o kanalizację magazynu tej firmy przy ul. Bałtyckiej w Poznaniu. Była podłączona do kolektora ściekowego, który prowadził do Warty. Jak się dowiedzieliśmy było to połączenie poza ewidencją, o którym Urząd Miasta, ani Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska nie wiedział. WIOŚ wprost stwierdził, że połączenie było nielegalne.

Trzech pracowników miało wylać szkodliwą substancją 24 października 2015 roku, a ich działaniami miała kierować osoba związana z zarządem spółki, która jest czwartą podejrzaną. Wylanie transflutryny doprowadziło do śnięcia ponad 3 ton ryb na odcinku rzeki między mostem Lecha, a wsią Chojno pod Wronkami.

- Bezsporne jest dla nas, że szkodliwa substancja została wprowadzona z terenu tej firmy. Śledztwo jednak wciąż trwa i trudno powiedzieć, jakie będą rozstrzygnięcia. Nie można przesądzać, że ostatecznie będzie można przypisać konkretne działania do poszczególnych osób - mówi prowadząca śledztwo prokurator Agnieszka Nowicka z poznańskiej Prokuratury Okręgowej.

W grę wchodzi odpowiedzialność karna podejrzanych, ale możliwe, że skończy się na postępowaniu administracyjnym. Śledczy są ostrożni, ponieważ nie otrzymali jeszcze kompleksowej opinii biegłych spoza Poznania. Być może będzie gotowa we wrześniu. Ekspertyza, którą zlecono m.in. fachowcom z dziedziny ochrony środowiska, ma odpowiedzieć na pytania dotyczące szkodliwości substancji, sposobu składowania odpadów przez firmę Bros, odpowiedzialności poszczególnych osób.

Czterech podejrzanych pracowników firmy Bros nie przyznaje się do winy. Jak się dowiedzieliśmy, złożyli wyjaśnienia, potem zaczęli się z nich wycofywać. Skontaktowaliśmy się z kancelarią prawną, która reprezentuje podejrzanych. Nie skomentowała sprawy wskazując, że adwokat zajmujący się tym postępowaniem przebywa na urlopie.

Śmiertelna dawka przekroczona 138 razy

Zatrucie Warty odbiło się sporym echem. Zdarzenia z końca października 2015 roku było jednym z najpoważniejszych skażeń rzeki. W wyniku, zdaniem śledczych i inspektorów Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Poznaniu, celowego działania, w Warcie pojawiły się odpady niebezpieczne. Doprowadziły do masowego śnięcie ryb i innych wodnych stworzeń. Przez kilka tygodni wędkarze, miłośnicy Warty wyławiali z rzeki martwe olbrzymie okazy sandaczy, brzanów, amurów, sumów, węgorzy od mostu Lecha w Poznaniu aż po powiat szamotulski. Udało się im zutylizować ponad 3 tony ryb. Prawdopodobnie drugie tyle popłynęło z prądem rzeki, reszta zaległa na dnie Warty.

- Wyłowiliśmy tylko 10 procent tego, co mogło zostać zatrute. Padły też gatunki chronione i zagrożone wyginięciem

- komentował wtedy Sebastian Staśkiewicz z fundacji Ratuj Ryby, który przy współpracy z Polskim Związkiem Wędkarskim zajął się dodatkowym zarybianiem Warty, by odtworzyć to, co zostało naturze zabrane.

Inspektorzy przez kilka miesięcy starali się stwierdzić, jakie substancje mogły zatruć rzekę. Początkowe badania śniętych ryb i próbek wody nie wykazywały, co mogło znaleźć się w wodzie i spowodowało śnięcie ryb na masową skalę. Metodą prób i błędów inspektorzy doszli do wniosków, że substancja musiała być bezbarwna, bezzapachowa, działać negatywnie na żyjące w wodzie ryby, a jednocześnie szybko się z ich organizmu ulatniać. Dopiero przeprowadzone dogłębne badania próbek w laboratorium Instytutu Weterynarii w Puławach wykazało, że tą toksyczną substancją była transflutryna. To środek owadobójczy wykorzystywany do produkcji środków zwalczających muchy, karaczany, komary.

- Dawka była potężna. 0,7 mikrogramów jest w stanie zabić rybę. Te wyniki były przekroczone o 138 i 118 raz

y - informował powiatowy lekarz weterynarii z Poznania.

Od samego początku śledczy nie mieli wątpliwości. Spuszczenie toksycznej substancji do rzeki odbyło się w sposób celowy, nie miało to nic wspólnego ze spuszczeniem do rzeki odpadów komunalnych. Odpady niebezpieczne, jak transflutryna, powinno się utylizować, a nie wylewać do zbiorników wodnych. Do tego, by do takich sytuacji nie dochodziło, służą chociażby karty przekazania odpadów, by mieć kontrolę nad wytwarzanymi substancjami niebezpiecznymi.

Bałtycka 7 - tam nie ma siedziby żadna firma

Firma Bros zajmuje się produkcją środków owadobójczych, nawozów a także trutek na szczury, myszy. Chociaż spółka swoją siedzibę ma zarejestrowaną tylko przy ulicy Karpiej w Poznaniu, działa także w innych częściach miasta. Swoje magazyny ma także zlokalizowane przy ul. Druskiennickiej. Natomiast przy ul. Bałtyckiej 7, gdzie zdaniem śledczych nielegalnym kanałem spuszczono trujący odpad do rzeki, zarejestrowanej działalności nie ma żaden podmiot.

- Ostatnia firma, która prowadziła tam swoją działalność i którą mamy wpisaną do rejestru było Przedsiębiorstwo Wielobranżowe BIG, które w 2013 roku zostało wypisane z rejestru - informuje pracownik Wydziału Działalności Gospodarczej i Rolnictwa Urzędu Miasta.

Także do Wydziału Ochrony Środowiska UM nikt nie występował do tej pory z prośbą o wydanie decyzji środowiskowej do prowadzenia działalności związanej z magazynowanej odpadów niebezpiecznych lub produkcją środków chemicznych w tej lokalizacji.

Na forach internetowych spotkać się można jednak z opiniami pracowników Brosa, którzy w 2016 roku informowali, jak wygląda praca w magazynach przy Bałtyckiej. „Pracuje w Brosie ul. Bałtycka 7 już 1 rok” - pisze Marek. „Moją funkcją jest koordynator pracy ul. Bałtycka 7. Jestem zatrudniony przez firmę Bros. Mam umowę na pełny etat!” - chwalił się z kolei Marcin.

Spółka od samego początku unikała udzielania komentarzy na temat zanieczyszczenia rzeki Warty. Przedstawiciele spółki przyznali się jednak, że inspektorzy WIOŚ przeprowadzili po tym zdarzeniu rutynowe czynności kontrolne. Utrzymywali, że to nie z winy działalności ich firmy doszło do zatrucia rzeki.

- Firma Bros nigdy nie odprowadzała jakichkolwiek szkodliwych substancji do Warty. Jednocześnie pozostajemy w stałym kontakcie ze służbami oraz instytucjami zaangażowanymi w sprawę i zapewniamy pełną gotowość do współpracy - informowała w listopadzie 2015 roku Sabina Jasiukiewicz z firmy Bros sp.j.

Na przesłane w ostatnim czasie pytania na temat zarzutów postawionych czterem pracownikom Brosa spółka nie odpowiedziała.

Kontrola przy Druskiennickiej

Niezależnie od prokuratury, także inspektorzy WIOŚ skontrolowali inną lokalizacje, gdzie firma prowadzi swoją działalność. Kontrola w trybie interwencyjnym odbyła się w dniach od 30 października 2015 r. do 11 grudnia 2015 r. Przedmiotem nie było jednak spuszczenie niebezpiecznego odpadu do rzeki, a rodzaj prowadzonej działalności i sposób magazynowania produktów, substancji i opakowań. Wtedy też sprawdzone zostały m.in. magazyny spółki przy ulicy Druskiennickiej, gdzie firma oficjalnie prowadzi swoją działalność.

- W trakcie kontroli stwierdzono szereg nieprawidłowości związanych z działalnością podmiotu. Kontrolowany nie posiadał uregulowanej stanu formalnoprawnego w zakresie zbierania odpadów w danej lokalizacji. Co więcej, ewidencja odpadów prowadzona była w sposób nierzetelny: kontrolowany nie okazał kart ewidencji zbierania wszystkich odpadów w danych magazynach, te były zresztą w sposób niewłaściwy klasyfikowane. Brak było oznakowania umożliwiającego identyfikację substancji chemicznych i ich mieszanin na paletopojemnikach o pojemności tysiąca litrów - informowała w oficjalnym piśmie do mieszkańców Hanna Kończal, zastępca Wielkopolskiego Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska.

Dodatkowo spółka wprowadzała do powietrza gazy i pyły, powstające przy produkcji środków bez wymaganych zezwoleń.

W związku z nieprawidłowościami WIOŚ rozpoczął postępowanie administracyjne, które zakończył 31 marca tego roku. Inspektorzy nałożyli kary administracyjne w związku z gospodarowaniem odpadami bez stosownego zezwolenia, a także zobowiązali firmę do usunięcia stwierdzonych uchybień.

W jakiej wysokości nałożona została kara? Tego WIOŚ zdradzić nie chce. Wiadomo, że może ona wynieść od tysiąca do miliona złotych. Bros odwołał się od tej decyzji do Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Już wcześniej kwestionował ustalenia pokontrolne, twierdząc, że spółka nie wytwarza odpadów. Sprawa jest w toku. O tym, czy decyzja zostanie podtrzymana, dowiemy się prawdopodobnie pod koniec sierpnia.


- Nasza decyzja nie jest ostateczna, musi przejść przez tryb odwoławczy. Dopiero wtedy będzie można oficjalnie powiedzieć jaka kara została nałożona na podmiot, jeśli GIOŚ ją w ogóle utrzyma. Samego materiału pokontrolnego jest kilka segregatorów

- mówi Hanna Kończal z WIOŚ.

Dodatkowo inspektorzy wyniki kontroli przedstawili marszałkowi województwa wielkopolskiego z adnotacją o nierzetelnie wypełnianych zbiorczych zestawieniach informacji o zakresie korzystania ze środowiska.

- Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego wezwał spółkę do korekty wykazu zawierającego informacje i dane o zakresie korzystania ze środowiska. W odpowiedzi na wezwanie spółka udzieliła wyjaśnień. Ponadto w związku z brakiem wymaganych pozwoleń na wprowadzanie gazów lub pyłów do powietrza Bros sp. z o. o. sp. k., ponosi opłaty podwyższone o 500 procent za wprowadzanie gazów lub pyłów do powietrza. Do Urzędu Marszałkowskiego nie wpłynął żaden wniosek o wydanie pozwolenia na wprowadzanie substancji do środowiska - informuje biuro prasowe gabinetu marszałka.

Skierowano także prośbę do Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanej o skontrolowanie spółki Bros w zakresie przestrzegania przepisów prawa budowlanego w lokalizacji przy ul. Druskiennickiej. Tam spółka prowadzi działalność produkcyjną-magazynową od 2011 roku, a w ostatnim czasie firma chciała pozyskać decyzję środowiskową na działalność produkcyjną w mniejszej hali. Takiej decyzji od WIOŚ nie otrzymała ze względu na protesty mieszkańców Podolan, a sprawa trafiła do Samorządowego Kolegium Odwoławczego.

- Skontrolowaliśmy jeden obiekt przy ulicy Druskiennickiej pod kątem legalności hali. Firma wystąpiła jakiś czas temu o uzyskanie decyzji środowiskowej do prowadzenia tam działalności produkcyjnej. Kontrolę przeprowadziliśmy pod koniec kwietnia. Okazało się, że najemca mniejszej hali nie użytkuje jej w żaden sposób - tłumaczy Paweł Łukaszewski z PINB.

Łukasz Cieśla, Marta Danielewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.