Zapomniana opowieść o wybrańcach gorzkiego losu

Czytaj dalej
Fot. Piotr Niemkiewicz
Dorota Abramowicz

Zapomniana opowieść o wybrańcach gorzkiego losu

Dorota Abramowicz

Na osiem lat wojna uwięziła na Wielkim Jeziorze Gorzkim czternaście statków, w tym dwa polskie. Marynarze organizowali własne igrzyska, wyprawiali wspólne święta i drukowali własne znaczki, z których część ma dziś status białych kruków.

Kartka sprzed 48 lat. Pieczątki z piramidami, Sfinksem, Nefretete, Ozyrysem oraz napisem „Mailed on board m/s Djakarta”. Na kopercie unikatowe znaczki dokumentujące igrzyska olimpijskie z 1968 roku oraz sto lat żeglugi przez Kanał Sueski z wizerunkami statków i napisami „Suez Canal” ,„Great Bitter Lake”.

W środku ręcznie namalowana pocztówka, na której starszy marynarz Roman Kluza życzy „kochanej Renatce i Darkowi” wesołych świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego Roku. Podpisuje się: wybraniec gorzkiego losu.

Na jednej zmianie było około 200 takich wybrańców. Od wybuchu wojny sześciodniowej między Izraelem a Egiptem w czerwcu 1967 roku przez osiem lat, do maja 1975 roku, na Wielkim Jeziorze Gorzkim uwięziono 14 statków. W tym dwa polskie: Bieruta i Djakartę. Na każdym z nich co pół roku wymieniano marynarskie załogi.

- Mówili na nas „żółta flota” - wspomina emerytowany bosman Roman Kluza, uczestnik czwartej zmiany załogi na Djakarcie. - To przez pustynny piasek, nawiewany na statki i pokrywający je żółtym nalotem. Nawet mieliśmy swój hymn, piosenkę Beatlesów „We all live in a yellow submarine...”, odgrywaną przy mniej lub bardziej oficjalnych okazjach.

Po tamtych czasach pozostało trochę wspomnień, zdjęć, anegdot. I to, co dziś najcenniejsze - koperty i znaczki z Wielkiego Jeziora Gorzkiego, do których matryce rzeźbiono w linoleum, a farbą bywał tusz z wkładów do długopisów. Zwłaszcza okolicznościowe koperty z końca lat 60., z wizerunkami statków i wykonanymi przez marynarzy znaczkami, uznawane są dziś na aukcjach filatelistycznych za białe kruki.

26-letni podówczas Roman Kluza był twórcą kilku takich znaczków.

Chłopak spod Częstochowy

Pochodzi spod Jasnej Góry. Miał 12 lat, gdy pojechał na kolonie do Chłapowa. Tam poznał mieszkającą u ciotki rówieśnicę, Renatkę. Zaprzyjaźnili się, od tamtej pory pisali do siebie listy.

Kolega namówił go, by wyjechał na Wybrzeże i starał się o przyjęcie do Zasadniczej Szkoły Budowy Okrętów w Gdańsku Wrzeszczu. Mieszkał w internacie, nierzadko kładł się głodny spać, ale uczył się bardzo dobrze, dostawał pochwały i nagrody.

- W trzeciej klasie wezwano mnie na komisję poborową - wspomina Roman Kluza. - Zdziwili się, gdy oświadczyłem, że chcę iść na trzy lata do Marynarki Wojennej. I to od razu. Dlaczego?- dopytywali. Odparłem, że chcę pływać, a nie mam chodów, by dostać pracę na statkach. Przyjęli mnie, choć miałem dopiero 18 lat. Służyłem w Brygadzie Kutrów Torpedowych.

Podczas manewrów jego okręt zawinął do Władysławowa. Dostali przepustki. Koledzy wyruszyli zwiedzać miasto, a on postanowił iść na piechotę do Chłapowa, by się po latach spotkać z dziewczynką, którą poznał na koloniach. Z perturbacjami dotarł do szkoły, gdzie przed laty mieszkała Renatka. - Jest w Wejherowie - usłyszał od młodej kobiety. - Adresu pan nie dostanie, ale mogę jej przekazać informację...

Spotkali się, poszli na spacer po parku. Z pewnej odległości - kontrolnie - obserwowało ich kilku młodych, postawnych mężczyzn. Potem okazało się, że to kuzyni Renaty. Wśród nich późniejszy polski medalista olimpijski, bokser Hubert Skrzypczak. Został zaakceptowany.

Pobrali się z Renatą dwa lata później, są ze sobą ponad pół wieku. Mają syna i dwie wspaniałe wnuczki.

- Tak jak przewidywałem, tuż przed pójściem do cywila pojawili się „kupcy” z PŻM, Arki, Dalmoru i PLO - mówi bosman. - Na pniu brali rezerwistów. Pół roku później, w kwietniu 1964 roku, tyle czasu musiałem czekać na „odtajnienie” zdobytej w marynarce wiedzy, zostałem zamustrowany jako młodszy marynarz na parowiec ss. Finder Polskich Linii Oceanicznych.

Darek miał już dwa lata, gdy jego tata, starszy marynarz Roman Kluza, ruszył na statek uwięziony w strefie wojennej.

Olimpiada w łowieniu ryb

Kanał Sueski, jedna z najważniejszych dróg wodnych świata, łącząca Morze Śródziemne z Morzem Czerwonym, została w 1967 roku całkowicie sparaliżowana na osiem lat. W pierwszym dniu wojny sześciodniowej z Egiptem armia izraelska obsadziła wschodni brzeg kanału. Na Jeziorze Gorzkim początkowo zablokowano 17 statków - 14 towarowych i trzy tankowce. Ze względu na pociski latające nad jednostkami (Izraelczycy bombardowali egipskie lotniska po drugiej stronie kanału) i groźbę wywołania pożaru tankowce wiozące ropę z Zatoki Perskiej wypuszczono z pułapki. Potem wejścia do kanału zostały zaminowane.

Pozostałe jednostki zakotwiczyły na Wielkim Jeziorze Gorzkim. Na północy stanęli Polacy - Bierut i Djakarta. Z prawej sąsiadowali ze Szwedami (Nipon i Killara), z lewej z francuskim Sindhem. A za nimi ustawili się kolejno Niemcy (Nordwind i Münsterland), Brytyjczycy (Port Invercargill, Agapenor, Melampus, Scottish Star), Czesi (Lednice), Bułgarzy (Vassil Levsky) i Amerykanie (African Glen).

To nie były wakacje, na oczach marynarzy toczyła się wojna.

Kpt. Aleksander Juniewicz, który jako IV oficer dotarł z podmianą na Djakartę w sierpniu 1967 roku, wspominał przed kilkoma laty w „Dzienniku Bałtyckim” o bohaterskiej akcji marynarzy, którzy uratowali życie setek egipskich żołnierzy pozostawionych bez pomocy na pustyni. Bez wody, żywności docierali do brzegu kanału. Najpierw wycieńczonym Egipcjanom pomogli Amerykanie, szybko dołączyli się Polacy, którzy uruchomili bazę ratunkową, potem do akcji dołączyli Niemcy.

W październiku uwięzieni marynarze założyli Great Bitter Lake Association, czyli Stowarzyszenie Wielkiego Jeziora Gorzkiego. Wtedy też kapitan Lednic Jerzy Kudrna jako pierwszy zaprojektował podłużny, narysowany na fioletowej kalce znaczek, przedstawiający połączone w uścisku ręce, połączone liśćmi laurowymi. Odbił około 200 egzemplarzy, nie wiadomo, ile zachowało się do tej pory.

Latem 1968 roku, równolegle z igrzyskami olimpijskimi w Meksyku, z inicjatywy Polaków zorganizowano na Jeziorze Gorzkim marynarskie igrzyska w 14 dyscyplinach. Mimo problemów z piłkami, wpadającymi do wody (potem na pokładach zawieszono siatki), grano w nogę, odbywały się regaty, strzelano z łuku, grano w tenisa, podnoszono ciężary, a nawet... łowiono ryby. Z okazji Olimpiady Wielkiego Jeziora Gorzkiego wyprodukowano następne znaczki pocztowe. Podczas każdej zmiany powstawały kolejne projekty emitowane w niewielkiej liczbie egzemplarzy.

Polak unieszkodliwia miny

Marynarzy czwartej zmiany zaokrętowano przez konsulat w Aleksandrii. Potem autobusem bez szyb, eskortowanym przez egipskich żołnierzy, przewieziono do wyludnionej Fanary, skąd motorówką przepłynęli na statek. Z daleka zobaczyli wielki napis na burcie Djakarty: „Witamy wybrańców gorzkiego losu”.

Nie była ważna narodowość, nie liczył się kolor skóry. Wiedzieliśmy, że musimy sobie wzajemnie pomagać

- Już pierwszego dnia usłyszałem, że wszyscy marynarze z Gorzkiego, a było nas tam 214, są jedną wielką rodziną - wspomina Roman Kluza. - Nie była ważna narodowość, nie liczył się kolor skóry. Wiedzieliśmy, że musimy sobie wzajemnie pomagać.

Pomoc była różna. Polacy mieli kawę, więc zabierali ją na „Bułgara”, gdzie czekały wrzątek i coś do kawy. Mieli też lekarza, który wzywany był w razie potrzeby. Z kolei u nas nocami wyłączano agregaty. Jeden ze szwedzkich statków przewoził transport świec, którymi dzielił się z innymi załogami.

Nie zawsze jednak załadunek był tak bezpieczny i neutralny.

- Port Invercargill przewoził miny przeciwczołgowe - mówi Kluza. - Nie były uzbrojone, jednak znajdujący się w nich trotyl stanowił ogromne zagrożenie. Toczyła się wojna, nad nami latały pociski. Izrealczycy na przykład zauważyli, że egipska artyleria celuje dokładnie w miejsce, gdzie stoją ich czołgi. Okazało się, że namiary podawano z krążącej nad jeziorem awionetki. Awionetkę zestrzelono, potem podejmowaliśmy z wody jej zbiorniki na paliwo. Po co? Zrobiliśmy z nich kajaki. Tak czy inaczej, każdy taki pocisk mógł przecież uderzyć w załadowanego trotylem „Brytyjczyka”.

Kapitan Port Invercargill poprosił o pomoc wszystkich, którzy się znali na minach przeciwczołgowych. Roman Kluza, który w Marynarce Wojennej był torpedominerem, zgłosił się na ochotnika. Dostał zgodę kapitana Gustawa Ławrynowicza (który zresztą w czasie wojny pływał w alianckich konwojach) i przeniósł się na angielski statek. Wraz z innymi marynarzami unieszkodliwił niebezpieczny ładunek.

Nie brakowało też bardziej sympatycznych spotkań. Czerwone światełko na topie masztu oznaczało, że załoga danego statku zaprasza sąsiadów. Spotykali się wszyscy razem i osobno - stewardzi, mechanicy, bosmani. Brali udział w regatach na „byle czym”, np. na drzwiach od toalety, grali w nogę na pokładzie, wybierali imiona dla potomstwa pary królików, hodowanych na angielskim statku.

Nawiązywały się przyjaźnie. - Na Bierucie był w tym samym czasie Stanisław Supłatowicz, czyli Sat-Okh, syn Polki i indiańskiego wodza - wspomina pan Roman. - Nauczył mnie rzucać nożem i toporkiem. Opiekował się statkową kotką, która właśnie się okociła. Na Djakarcie z kolei mieliśmy znalezionego na pustyni psa, zwanego Lejkiem. Bo siusiał, gdzie popadnie. Lejek bardzo lubił piwo...

Choinka na boi

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Szwedzki armator przysłał na drugą, „gorzką” Wigilię ogromną choinkę. Postawili ją na boi przy statku Lednice. Amerykanie załatwili oświetlenie i wypożyczyli bardzo dużą szalupę. W palarni oficerskiej Anglików stało pianino, wstawili je na szalupę. Przy instrumencie usiadł wyjątkowo uzdolniony Brytyjczyk. Wieczorem wokół boi ustawił się pierścień z szalup z poszczególnych statków. Pianista zagrał „Cichą noc”, a oni razem śpiewali po polsku, niemiecku, angielsku, czesku, bułgarsku, szwedzku, francusku. I wszyscy płakali.

A potem wrócili do codzienności.

Póki była farba, marynarze malowali rdzewiejący statek. Później zostało im tylko zamiatanie piasku z pokładu. Roman malował plakaty zapraszające na projekcje filmów. Zaczął też projektować statkowe znaczki i nanosić je na matryce.

- To była mozolna praca - wspomina. - Wycinałem skórę z zelówek, na której wypalałem literki i obrazki. Trzymałem drucik nad płomieniem świecy, nagrzany przytykałem do skóry. I tak 1200 razy...

Jest autorem kilku projektów - naszywki z obrysem Wielkiego Jeziora Gorzkiego i nazwami 14 uwięzionych statków i czterech znaczków: przygotowanego z okazji setnego dnia pobytu na jeziorze, powstałego na stulecie istnienia Kanału Sueskiego, ozdobionego wizerunkiem Djakarty i wydanego z okazji Dnia Kobiet z napisem „Dla mojej żony”, ozdobionego różą.

Rozdawał je marynarzom, sam też dostawał znaczki i koperty z innych statków. Powstał z tego niezły zbiór matryc, znaczków, pieczątek tzw. poczty burtowej (zrobionych dla wszystkich jednostek na zamówienie PLO), stempli marynarskiej olimpiady, uwiecznionego na kasecie hymnu Stowarzyszenia Wielkiego Jeziora Gorzkiego i nagranych odgłosów bombardowań. Niedawno wszystko przekazał swojemu przyjacielowi i numizmatykowi z Pucka, Mieczysławowi Królowi, który - jako prawdziwy kolekcjoner - nie zamierza rozmawiać o materialnej wartości zbioru. Za to podkreśla jego znaczenie historyczne, dokumentujące zapomniany epizod dziejów polskiej floty.

Polskie statki po uwolnieniu nie wróciły pod biało-czerwoną banderę. W 1975 roku zostały sprzedane Grekom. Djakarta w 1981 roku weszła na skały obok wyspy Kinaros. W tym samym roku zatonął Bierut.

Roman Kluza pływał do lat 90. Dziś mówi, że nadal tęskni za morzem.

dorota.abramowicz@polskapress.pl

Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.