Wokalista zespołu Dżem: Nie przeszkadza mi to, że jestem następcą Ryśka Riedla - rozmowa z Maciejem Balcarem, wokalistą Dżemu

Czytaj dalej
Fot. Łukasz Gdak
Marek Zaradniak

Wokalista zespołu Dżem: Nie przeszkadza mi to, że jestem następcą Ryśka Riedla - rozmowa z Maciejem Balcarem, wokalistą Dżemu

Marek Zaradniak

Z Maciejem Balcarem, wokalistą Dżemu rozmawiamy o miłości do muzyki, spektaklu "Krzyżacy" i o architekturze.

W tym roku minęło 25 lat od śmierci Ryszarda Riedla. Czy jest pan często do niego porównywany?
To jest chyba rzecz, której nie da się uniknąć. To jest wpisane w funkcję, którą pełnię od 19 lat w zespole Dżem. Zdążyłem się do tego przyzwyczaić i zaakceptować. Rozumiem potrzebę porównywania.

Czy łatwo jest być następcą takiego idola, jakim był Ryszard Riedel, w takim zespole jak Dżem?
Jeżeli miałbym się mierzyć z Ryszardem Riedlem, to na pewno byłbym na straconej pozycji. Ja podchodzę do tego z zupełnie innej strony. Pozostaję do dziś fanem zespołu Dżem z Ryśkiem Riedlem. Panowie z Dżemu zaufali mi 19 lat temu i zaprosili do współpracy, ponieważ widzieli z mojej strony jakieś światełko. Dobrze się orientowałem w tej tematyce i miałem dużo zapału do tego, co robią, i ochoty do pracy. Myślę, że jeśli popatrzeć na mnie, jak na kogoś, kto jest swego rodzaju spadkobiercą i ma pomnożyć to, co mu zostało dane, i kontynuować dzieło mistrza Ryszarda, to z tej perspektywy w ogóle w żaden sposób nie uwiera mi to, że jestem następcą Ryśka.

To już 19 lat. Dlaczego zdecydował się pan wtedy na współpracę z Dżemem?
Myślę, że przede wszystkim dlatego, iż wychowywałem się na muzyce Dżemu i była mi ona bardzo bliska. Mógłbym wymienić jeszcze niewielu wykonawców, z którymi aż tak bardzo się identyfikowałem. Na pewno była to Ewa Demarczyk, na pewno był to Marek Grechuta, na pewno był to Czesław Niemen. No i Wojtek Młynarski. To były te osoby, które bardzo mocno ciążyły na mojej edukacji muzycznej i kształtowaniu się wrażliwości nie tylko muzycznej, ale też i literackiej. Bo dla mnie też był to bardzo ważny aspekt w muzyce ogólnie nazywanej rozrywkową.

Jeżeli spojrzymy na pana dyskografię, to zauważymy, że są w niej płyty z nagraniami Tadeusza Nalepy i Krzysztofa Klenczona. Wspomniał pan o Niemenie. Myślał pan o zmierzeniu się z jego twórczością?
Robiłem to na przestrzeni lat wielokrotnie, choć może ślady nie są aż tak widoczne w postaci nagrań studyjnych. Ale być może kiedyś dojdzie do takiej sytuacji. Obecnie jeszcze nie dotykam tego tematu na tak dużą skalę, jak nagranie studyjne.

Tak jak to zrobili Staszek Sojka czy Janusz Radek.
Sojka doskonale potrafi nadać utworom Czesława własną interpretację. Janusz Radek z kolei ma absolutnie niesamowity zasięg, jeśli chodzi o skalę głosu, i myślę, że te utwory nie sprawiają mu żadnych problemów technicznych. Myślę, że mierząc się z Czesławem, trzeba pójść jednym tropem i zrobić to swoim głosem, tak jak to potrafi robić doskonale Staszek Sojka, albo po prostu przepięknie, wiernie zaśpiewać dźwięki Czesława, jak potrafi zrobić to chociażby Janusz Radek.

Mówimy o Dżemie. Gracie. Jesteście dość często w Wielkopolsce, w Poznaniu, ale od dłuższego czasu nie ma nowych utworów, nowej płyty. Czy szykujecie może coś nowego?
Tak. Jesteśmy w trakcie zbierania materiału, ale droga jest jeszcze daleka. Obecnie niewiele więcej można powiedzieć. Wiadomo, że z racji wieku, a co za tym idzie też pewnych sytuacji miewamy problemy z kondycją i może się to przesunąć w czasie. Jestem jednak dobrej myśli, że konsekwentnie pracując, dotrzemy do finału.

Oprócz tego, że występuje pan z zespołem, to prowadzi też bardzo intensywną działalność solową. Co dwa lata pojawia się nowa, solowa płyta. Ostatnio jest to krążek pt. „Struś”. Jak dzieli się czas między Dżem a własną działalnością?
W ciągu ostatnich lat bardzo dużo z Dżemem koncertujemy, a bardzo mało wydajemy. Ten pomysł zrodził się jeszcze przed płytą „Muza”, wydaną w roku 2010, na którą po płycie w 2004 czekałem 6 lat. Gdy nie mogłem doczekać się płyty „Muza”, to zostałem sprowokowany przez moje miasto rodzinne, Ostrów Wielkopolski, do wznowienia solowej działalności i to weszło na podatny grunt. Koncertów solowych w roku mam około 20. Nie jest to jakaś zawrotna liczba. Większość z tego zamyka się w lutowej trasie. Wtedy kiedy koledzy z zespołu Dżem odpoczywają, to ja mogę pograć sobie solowe rzeczy. Ale też jest to dla mnie kolejny zastrzyk energii po to, aby pracować nad kolejnym materiałem i z mniejszą nerwicą oczekiwać na kolejną premierę płytową Dżemu.

Swego czasu bardzo intensywnie występował pan w rock operze „Jesus Christ Superstar”. Czy nadal tak jest? A może są inne projekty sceniczne?
Innych projektów na razie nie ma, ale mam nadzieję, że coś się stanie z „Krzyżakami”. To spektakl, w którym wziąłem udział. Jest on bardzo rozbudowany, a nie ma swojej bazy. Jesteśmy teatrem, grupą ludzi, którzy zdecydowali się na wystawianie „Krzyżaków” w całej Polsce. To naprawdę świetny materiał, który, moim zdaniem, powinna poznać cała polska młodzież. Bo mówimy tu o bardzo poważnej polskiej literaturze, która przecież jest szkolną lekturą.

Kogo pan zagrał w „Krzyżakach”?
Juranda ze Spychowa.

Kto jest autorem muzyki, a kto napisał teksty songów?
To rock opera z muzyką Hadriana Filipa Tabęckiego i według scenariusza Marcina Kołaczkowskiego, który jest też reżyserem i menedżerem całości. Autorem piosenek i libretta jest Jacek Korczakowski. Narratorem całości był Krzysztof Kolberger. Jego głos został nagrany krótko przed śmiercią i jest to spora gratka dla wielbicieli jego talentu. Zostawił po sobie bardzo fajną narrację prowadzącą widza przez to, co się dzieje na scenie.

Kogo jeszcze możemy usłyszeć w „Krzyżakach”?
Konrada von Jungingena grał Paweł Kukiz, Maciej Silski zagrał Zbyszka z Bogdańca, Olga Szomańska Danusię, a Artur Gadowski Władysława Jagiełłę. Kasia Jamróz była księżną Danutą, a Jan Janga Tomaszewski Siegfriedem de Loewe. Jacek Lenartowicz zagrał Maćka z Bogdańca. Mieliśmy między sobą bardzo fajne relacje towarzyskie. Zagraliśmy to kilkanaście razy, bo to naprawdę ogromna produkcja. Mam nadzieję, że to jeszcze kiedyś pokażemy. Tym bardziej że nagraliśmy brakujące fragmenty ścieżki dźwiękowej. Wcześniej wyszła płyta tylko z wyborem piosenek. Teraz nagraliśmy wszystko. Ma to być zaprezentowane jako słuchowisko w Teatrze Polskiego Radia. Być może sprawi to, że znów będziemy jeździć też ze spektaklami.

Jest pan wokalistą, ale też architektem. Dlaczego tak często zdarza się, że architekci są muzykami? Z czego wynika ta bliskość architektury i muzyki? Tak było też w przypadku Wandy Warskiej, Marka Grechuty czy Urszuli Sipińskiej...
Przede wszystkim też Pink Floydzi. Wydaje mi się, że jeżeli inżynier ma zacięcie do muzyki, to jest to mieszanka wybuchowa i w rezultacie w pewnym momencie albo architekt grywa po klubach, na jamach, na instrumencie, albo zostaje w końcu muzykiem i architekturę podziwia podczas podróży koncertowych. Rzekomo jest to wcale nie takie rzadkie zjawisko i wcale nie są to aż tak dalekie dziedziny. W końcu pojęcie kompozycji nie odnosi się wyłącznie do muzyki, ale też do grafiki czy przestrzeni. To pojęcie bardzo szerokie i chyba stąd architekci tak chętnie chwytają za instrumenty i chcą się bawić muzyką.

Jakie są pana plany do końca roku i co dalej?
Do końca roku mam zamiar popracować z Dżemem nad kilkoma utworami, które, mam nadzieję, znajdą się na naszej nowej płycie. Myślę, że zrobimy kolejny milowy krok w kierunku tego wydawnictwa. Solowo będę się przygotowywał do lutowej trasy. A ponieważ w tym roku pojawił się „Struś”, przyszły rok będzie bez nowej płyty. W zamian zawsze staram się zaprezentować moim słuchaczom przynajmniej dwa utwory będące zapowiedzią nowej płyty. Część z nich mam już nagranych, ale muszę jeszcze wszystko dopracować, dopieścić. Chcę robić to z moimi muzykami i zaprezentować w lutym. W styczniu szykuje się także kolejna trasa ze Zbigniewem Preisnerem, do której prawdopodobnie za wiele nie będę musiał się przygotowywać. Aczkolwiek Zbyszek potrafi zaskoczyć i czasami coś nowego napisze, coś nowego wymyśli i być może będę musiał też przyswoić sobie kilka nowych rzeczy do tego, co już umiem i wykonuję podczas tych koncertów.

Czy w grudniu, jak zawsze, będzie koncert w Poznaniu z Dżemem?
Tak, oczywiście. Tradycyjnie będziemy się widzieć przed świętami i bardzo się z tego cieszę. Mam nadzieję, że spotkamy się w dobrych nastrojach, bo jeżeli będziemy szykowali coś nowego i pojawi się to na próbach, to kto wie, czy nie będzie nas korcić, aby coś nowego pokazać.

Dżem
W 1973 roku założyli go bracia Adam i Beno Otrębowie oraz Paweł Berger. Zespół grający muzykę z pogranicza rocka i bluesa zaliczany jest do najważniejszych zespołów w historii polskiej muzyki rockowo-bluesowej. Wraz z charyzmatycznym wokalistą Ryśkiem Riedlem wylansował mnóstwo kultowych przebojów. W 1994 roku Riedel zmarł w szpitalu na zawał serca.

Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.