Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

W Poznaniu pan Bóg kule nosił [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Błażej Dąbkowski

W Poznaniu pan Bóg kule nosił [ROZMOWA]

Błażej Dąbkowski

- O tym, jak żyli komuniści przekonaliśmy się jeszcze tego samego dnia, kiedy udało się nam wejść do budynku KW PZPR, gdzie stoły uginały się od mięsa, kabanosów, cytrysów, czekolad. To rozjuszyło nas jeszcze bardziej, te gnoje żyły jak pączki w maśle - opowiada ppłk Włodzimierz Marciniak, prezes Związku Kombatantów i Uczestników Powstania Poznańskiego Czerwca 1956 r.

Odczuwał Pan strach pociągając za spust 28 czerwca?

Włodzimierz Marciniak: Nie, moi rodzice byli w AK, już jako dziecko przeżyłem w moim domu rewizje Niemców, później Rosjan, a na końcu ubowców. Zaraz po zakończeniu II wojny światowej zapisałem się do harcerstwa, które jednak komuniści rozwiązali, dlatego wstąpiłem do organizacji Wolność i Niezawisłość. Działając w strukturach WiN pierwszą wsypę zaliczyłem w 1954 r., aresztowano mnie, znów urządzono przeszukanie u moich rodziców, ale kolejny raz nic na mnie nie znaleziono.

Cztery lata później w samym centrum wydarzeń znalazł się Pan jednak przypadkiem.

Miałem już wtedy 19 lat. Pracując w Centrofarmie, rozwoziłem leki po aptekach i szpitalach, tak się złożyło, że 28 czerwca dostarczyłem je do Zakładów Cegielskiego. Zobaczyłem jak robotnicy spontanicznie wychodzą z zakładu, niosąc transparenty z wypisany hasłami. Chwyciłem jeden z nich, było na nim napisane "My chcemy chleba".

Dla młodego pokolenia hasło może wydawać się abstrakcyjne.

W 1956 r. zyski z poznańskich zakładów pracy szły w całości do Warszawy, którą komuniści odbudowywali, nie licząc się z nami. Nawet cegły kradziono, by wspomóc stolicę. Staliśmy nie raz po trzy dni przed sklepami, nie mając pojęcia czy przywiozą nam śledzie, masło, lub inny produkt spożywczy. Nawet Niemcy podczas II wojny wręczali kartki na żywność, dlatego sytuacja była tak dramatyczna, społeczeństwo miało już dość traktowania poznaniaków gorzej jak psy. O tym jak żyli
komuniści przekonaliśmy się jeszcze tego samego dnia, kiedy udało się nam wejść do budynku KW PZPR, gdzie stoły uginały się od mięsa, kabanosów, cytrysów, czekolad. To rozjuszyło nas jeszcze bardziej, te gnoje żyły jak pączki w maśle.

Tymczasem robotnicy zdobywali kolejne budynki znienawidzonej władzy.

Zanim podzieliliśmy się na dwie delegacje, wszyscy wspólnie odśpiewaliśmy Rotę na pl. Mickiewicza, nie chodziło nam bowiem tylko o chleb, ale również o wolność i oswobodzenie prymasa Wyszyńskiego. Później jedni ruszyli na ul. Młyńską, czyli w stronę aresztu, natomiast druga grupa podążyła do siedziby Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego, znajdującej się przy ul. Kochanowskiego. Uwolniliśmy więźniów i zabezpieczyliśmy broń, by nie dostała się w niepowołane ręce i nie została użyta w celach innych niż powstańcze.

Ilu uczestników miało wtedy przy sobie broń palną?

Około 200, sam strzelałem najpierw z niemieckiego parabellum, na końcu z ruskiego Mosina. Nasz zryw rozniósł się aż pod Czempiń, Puszczykowo, Swarzędz, a od północy Poznania, po Rogoźno, Oborniki. Tam też rozbrajano milicjantów i UB-owców. Cały ten arsenał służył do ataku na Urząd Bezpieczeństwa. Mieliśmy też gotowe butelki z benzyną, które czekały na wjeżdżające do centrum miasta czołgi. Niektóre z pojazdów udawało się przejąć, moi koledzy podjechali jednym z nich pod urząd. Niestety okazało się, że brakuje amunicji, w innym przypadku roznieśliby ten budynek. Mimo to nadciągały kolejne dywizje pancerne z Żagania czy Żarów, ale rozprawialiśmy się z nimi, jak powstańcy warszawscy z Niemcami – koktajlami Mołotowa. Tylko jednego dnia zniszczono aż 28 pojazdów gąsienicowych, czyli więcej niż w Warszawie w 1944 r., to była regularna bitwa.

Pamięta Pan ile strzałów oddał?

Amunicji miałem całkiem sporo.

Zabił lub postrzelił Pan kogoś?

Kule to Pan Bóg nosi. Kogo ma trafić, to trafi.

Trafiło?

Jeśli mnie trafiło, to i pewnie tego z drugiej strony również. Moja walka zakończyła się w nocy 28 czerwca, kiedy przestrzelono mi nogę. Następnego dnia zatrzymano mnie i aresztowano, wpadłem bo miałem kilka sztuk amunicji w kieszeni. Wtedy jeszcze sądziłem, że większa grupa poznaniaków dołączy się do walki zbrojnej. Były ku temu podstawy, ponieważ w Zakładach Cegielskiego produkowano też amunicję, ale pracownicy zabarykadowali się i nie dopuścili do przejęcia ich przez powstańców.

Ale dla Pana walka się skończyła w katowni UB przy ul. Kochanowskiego.

Nie zapomnę tych podziemnych cel, obskurnych, bez okien i betonowymi łóżkami. To tam maltretowano żołnierzy AK, czy WiN.

I nie ominęło to Pana.

Katowano mnie niemal bez przerwy przez 7 dni, bito, kopano. Pamiętam jak przyszedł po mnie ubek, na korytarzu nad wejściem do pokoju przesłuchań znajdowały się dwie lampki, jedna świeciła na czerwono, druga na zielono. To pierwsze oznaczało, że trwa przesłuchanie, drugie, że lokal jest wolny. Kiedy się zmieniały, kazano mi odwrócić się do ściany, bym nie widział osoby, którą skończono maltretować. Nie posłuchałem, w tym momencie poczułem kolbę pistoletu ta twarzy. Po mocnym uderzeniu wyplułem wszystkie zęby, kolejne otrzymałem w głowę, trzecie w obojczyk, czwarte w kręgosłup. Upadłem. Tłukli mnie nadal.

O co pytali ubecy?

Kto nas szkolił, jacy agenci. Czy byli to Niemcy czy Amerykanie. Tylko to ich interesowało, ale ja milczałem. Wtedy bili jeszcze mocniej, byli gorsi niż naziści i Rosjanie. To były zwierzęta przeszkolone przez NKWD, wielu z nich ukończyło zaledwie 3 klasy szkoły podstawowej, nie potrafili się nawet podpisać, ale uderzali tak mocno, że po kilku dniach mało brakowało, bym udusił się własną krwią. Uratował mnie wtedy mój kolega Andrzej Cichoński. W końcu zostałem wypuszczony w środku nocy, by nikt nie zobaczył w jakim znajdowałem się stanie.

Później też groziła Panu śmierć, bo sąd mógł skazać Pana na karę ostateczną.

W akcie oskarżenia mam napisane, że jestem wrogiem Polski Ludowej. Groziło mi od 15 lat pozbawienia wolności do kary śmierci włącznie. Nie sądziłem, że kiedykolwiek wyjdę, ale z pomocą przyszli nam Węgrzy, doprowadzili nas do zwolnienia 23 października 1956 r. rozpoczynając własne powstanie.

Rozumiem, że nie był to koniec represji ze strony komunistycznych władz.

Do 1960 r., z wiadomych przyczyn nie mogłem znaleźć pracy w Poznaniu. Kiedy ostatecznie zatrudniono mnie w Administracji Domów Mieszkalnych moja pensja wynosiła 1200 zł, podczas gdy inne osoby na podobnym stanowisku 1800. Kiedy postanowiłem poszukać czegoś nowego oferowano mi wynagrodzenie na poziomie2400 zł, ale po interwencji UB, ta kwota zmalała do 1600 zł. W opozycji działałem jednak do 1990 r., kolportując prasę drugiego obiegu, ulotki czy znaczki.

Spotkał Pan kiedyś swojego kata?

Adres tego, który najbardziej mnie dręczył poznałem dopiero w 1992 r. Pojechałem do niego. Kiedy otworzył mi drzwi, natychmiast poznałem tę twarz, zadałem mu od razu pytanie, czy mnie pamięta. Zaprzeczył. Zapytałem dosadniej, czy przypomina sobie jak mnie katował. Zatrzasnął drzwi, a po dwóch tygodniach od tego zdarzenia dowiedziałem się o jego śmierci. Miał zawał, pewnie wystraszył się ustawy lustracyjnej, którą zapowiadał rząd Olszewskiego.

Czy po 60 latach od wydarzeń Czerwca '56 sądzi Pan, że hasła, które nieśliście na sztandarach są nadal aktualne?

Wolność mamy, o czym świadczy m.in. istnienie strefy Schengen, dzięki której możemy swobodnie poruszać się po Europie. Ale prawo w Polsce nie istnieje.

Chleba też żądaliście.

Proszę spojrzeć na blokowiska i skonfrontować je choćby z wypowiedziami socjologów czy polityków, twierdzących, że w Polsce nie istnieje problem głodu. Niech opuszczą swoje wille i zobaczą jak szybko foliówka z suchym chlebem znika z kontenera na śmieci. Mimo to uważam, że jesteśmy najbogatszym krajem na świecie.

Skąd taki wniosek?

Najpierw przez 124 lata łupili nas Niemcy, Rosjanie i inne nacje, w dwudziestoleciu międzywojennym hrabiostwo, następnie znów Niemcy i Ruscy, a mimo to nasz kraj nie najgorzej funkcjonuje.


Czytaj także:
Wszystko o konkursie Poznań56"
Wszystko o Poznańskim Czerwcu
Konkurs Poznań56" - tam możesz szukać inspiracji!
Nasza kapituła
Jak kręcić filmy?

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Głosu Wielkopolskiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Głosu Wielkopolskiego
  • codzienne e-wydanie Głosu Wielkopolskiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Błażej Dąbkowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

świąteczna obniżka o 50%

Świąteczna promocja prenumeraty cyfrowej na pół roku!

100,00 200,00

Wyjątkowa świąteczna okazja! Tylko do 27 grudnia prenumerata cyfrowa na pół roku kosztuje aż o połowę mniej. Skorzystaj i ciesz się pełnym dostępem!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.