W białostockiej restauracji wspólnie pracują Białorusini, Ukraińcy, Polacy: Viktoryia, Żenia, Sylwia... My wszyscy ludzie!

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Wojtkielewicz
Agata Sawczenko

W białostockiej restauracji wspólnie pracują Białorusini, Ukraińcy, Polacy: Viktoryia, Żenia, Sylwia... My wszyscy ludzie!

Agata Sawczenko

Marzę o tym, by nikt nie pytał mnie o narodowość – mówi Viktoryia Portonenko. W jej restauracji pracują zgodnie Białorusini, Ukraińcy, Polacy

VikOl? Pewnie, że wiem, co to znaczy Vikol! Od zawsze chciałam nazwać restaurację tak jak klej! – śmieje się dziś Viktoryia Portonenko. A tak naprawdę nazwa przytulnej restauracji na białostockim osiedlu Wysoki Stoczek pochodzi od dwóch imion jej założycielek: Białorusinki Viktoryi i jej wspólniczki – Ukrainki Olgi. Do tej pory zresztą w zgodzie i przyjaźni pracują tu wspólnie i Białorusi, i Ukraińcy, i Polacy. – Po prostu ludzie – prostuje Viktoryia. – Nam tu polityka nie jest potrzebna.

Marzenia przywiozła z Białorusi

Do Polski Viktoryia przyjechała z całą rodziną z Białorusi trzy lata temu. Najstarsza córka dostała się na studia w Białymstoku, a rodzina nie chciała się rozdzielać.

Córka spełniła marzenia o studiach, a Viktoryia – o własnej restauracji. – Marzyłam o tym od lat – przyznaje. Ale – jak mówi – spełnienie takiego marzenia w Białorusi to trudna sprawa. Tyle formalności, tyle załatwiania, tyle kłód pod nogi! A w Polsce, jak dodaje, spełnienie wszystkich wymagań i procedur jest o wiele prostsze.

Nie wiedziała jednak, czy jej smaki trafią w gust białostoczan. Najpierw więc otworzyła niewielki punkt gastronomiczny, gdzie jej pierogi i kartacze można było kupić przede wszystkim na wynos.

– Posmakowały – uśmiecha się Viktoryia.

Poszukały więc z koleżanką – wspólniczką (to właśnie Olga z Ukrainy, od imienia której pochodzi część nazwy firmy) większego lokalu. I stworzyły VikOl!

– Z kuchnią tradycyjną, czyli litewską, białoruską, ukraińską i polską, bo bardzo ciężko jest powiedzieć o plackach, pierogach czy kartaczach, że pochodzą konkretnie z któregoś z tych krajów. Najważniejsze jest, że ludzie przychodzą, próbują i mówią: jak u mojej babci – mówi Viktoryia. I pokazuje menu. Postawiła przede wszystkim na ziemniaki, bo taka ziemniaczana jest przecież ta wschodnia kuchnia: placki ziemniaczane, babka ziemniaczana, kartacze, nawet bułeczki do burgerów są z ziemniaków. Jeszcze są rosyjskie chleby. Chleby, które piecze Stas z Białorusi. To chleb borodiński, na którego pieczenie trzeba poświęcić cały dzień.
W sobotę i niedzielę w VikOlu podaje się jeszcze inne specjalne narodowe przysmaki: – Ostatnio były białoruskie placki z maczanką – opowiada Viktoryia. Maczanka to taka mieszanka smażonych kiełbas i innych mięs oraz wędlin. Z plackami – palce lizać.

Polak, Białorusin, Ukrainiec – po prostu ludzie!

Układać weekendowe menu pomagają wszyscy pracownicy. Zawsze ktoś coś podpowie, co jest smaczne, czego jeszcze warto spróbować. Pomysłów jest mnóstwo, bo każdy przywiózł w pamięci smaki ze swoich rodzinnych stron. W VikOlu wspólnie pracują przecież Polacy, Białorusini, Ukraińcy... Na początku wojny, zaledwie kilka tygodni temu, Viktoryia zatrudniła jeszcze dodatkowo Irenę, która uciekła przed rosyjskimi wojskami z Ukrainy. Ile czasu Irena zostanie – nie wiadomo. Wszyscy ją polubili, dobrze się z nią pracuje, ale z drugiej strony – wszyscy też trzymają kciuki, żeby jak najszybciej wróciła do siebie, do Odessy. Irena strasznie tęskni boi się o bliskich i przyjaciół. Ale z drugiej strony – musi się jakoś zadomowić w Białymstoku, bo przecież nikt nie wie, ile ta wojna potrwa.

A Viktoryia czeka, nie pogania. Wie, że w Irenie ma kolejnego dobrego pracownika, ale też wie, że może go w każdej chwili stracić, gdy tylko wojna się skończy. Jak mówi, tu, w Białymstoku, w restauracji, nie mają problemów z tym, że są różnych narodowości, że pochodzą z tak różnych krajów jak Ukraina i Białoruś. Jest wśród nich i kelner Żenia, i kucharki Jana i Sylwia, no i Stas, który piecze chleby.

– Nie ma znaczenia, kto skąd pochodzi. Tu człowiek jest człowiekiem – podkreśla Viktoryia. Nikt przecież nie odpowiada za to, co robi Putin, jak działa Łukaszenka. Zresztą nikt ze zwolenników Łukaszenki nie ucieka przecież do Polski. To, że jesteś Białorusinem w Białymstoku, niemal na pewno oznacza, że z reżimem niewiele masz wspólnego.

– Jesteśmy otwarci na każdego. Jak daję ogłoszenie, że kogoś zatrudnię, nie zaznaczam przecież, jakiej kto ma być narodowości. Pracować można i z Polakiem, i z Ukraińcem, i z Białorusinem. Mamy tylko tu w pracy taką niepisaną i niewypowiedzianą zasadę, że o polityce nie dyskutujemy. Kochamy to, co robimy, i na tym się skupiamy – mówi Viktoryia.

Wspólnie pracują, wspólnie pomagają

A jak trzeba komuś pomóc, to po prostu pomagają. Tak było, gdy zaczęła się pandemia. Stali w kuchni, choć restauracja była zamknięta, i... gotowali. Gotowali lekarzom, pielęgniarkom, ale też zagubionym samotnym ludziom, którzy nie byli w stanie wtedy wyjść nawet z domu po zakupy.

Teraz pomagają Ukraińcom. Współpracują z jedną z fundacji, która opiekuje się uchodźcami i gdy trzeba – dowożą obiady. Nie chcą pozwolić, by ktoś obok był głodny, nieszczęśliwy, samotny.

– Wojna to jest zło. Sprawia, że człowiekowi jest bardzo ciężko. Ciężko jest cokolwiek powiedzieć, zaplanować, przewidzieć, co będzie jutro... – tłumaczy Viktoryia. – Nie wiem, gdzie ta wojna się zatrzyma, czy nie będzie jej jutro w Polsce, w Białorusi – jedna wielka niewiadoma. Ale też nie ma co się bać o przyszłość, bo tuż obok są ludzie, którym już dziś jest tak ciężko. Tylu ludzi musiało zostawić całe swoje życie, swoich bliskich i uciekać do innego kraju. Żyją teraz w niepewności, w strachu o rodzinę i przyjaciół, którzy zostali na Ukrainie. Im jest ciężko, ale i nam jest ciężko na to patrzeć. Tym bardziej, że nie wiadomo, co będzie dalej – dodaje Viktoryia. I zdradza, o czym marzy: – Chcę, żeby było spokojnie, żeby ludzie nie pytali, skąd ja pochodzę, żeby to w ogóle nie było ważne. Dla mnie nie ma różnicy, kto jest moim gościem. I chciałabym, żeby i dla moich gości nie było różnicy, kto dla nich pracuje: z Rosji, z Ukrainy, z Białorusi... To są moi gości i ja będę robić wszystko, żeby im było tu fajnie, żeby im było tu komfortowo... Czasem mnie pytają, po której stronie stanę, jeśli i w Polsce będzie wojna. Co za pytanie! Tu moja rodzina! Ja zawsze będę bronić swojej rodziny, bez względu na to, kto będzie naprzeciwko.

Wojna? Tu zwykły człowiek nic nie jest winny

Viktoryia podkreśla, że do swojej restauracji zaprasza wszystkich. Każdy jest tu mile widziany,bez względu na narodowość. Piątkowe wieczory są zaś przeznaczone przede wszystkim dla tych, którzy dopiero niedawno przyjechali do Białegostoku – z Ukrainy, Białorusi, Rosji... Siadają przy kawie, ciastku. Niektórzy zajmują miejsca z boku i cicho rozmawiają. Pozostali, w grupie, biorą specjalne karty i maski... I grają w Mafię. – Bo to znakomita gra, przy której doskonale można się poznać – przekonuje Viktoryia. – Poznać, ale i rozkręcić się. Ta gra wymaga myślenia, rozważania, rozmów. Świetny sposób na spędzenie wolnego czasu dla tych, którzy nie mają tu rodziny, znajomych, przyjaciół.

Do tej pory na piątkowych spotkaniach rozmawiano po rosyjsku: – Bo wszyscy rozumieli: Polacy, Ukraińcy, Białorusini – tłumaczy Viktoryia. Teraz jednak zmienia zasady. W Mafię będą grali po polsku: – Może tak łatwiej będzie nauczyć się języka. A poza tym chętniej na te spotkania będą wtedy przychodzić Polacy. A tu przecież nam chodzi o taką integrację – planuje. Bo otwartość to główna zasada i w życiu Viktoryi, i w jej lokalu. Nawet teraz, w czasie wojny. – Przyjmiemy każdego, bez względu na narodowość. Wojny prowadzą politycy, a nie zwykli ludzie. My nic nie jesteśmy winni.

Agata Sawczenko

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.