Trefny życiorys Cecylii

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne
Barbara Szczepuła

Trefny życiorys Cecylii

Barbara Szczepuła

Na studia do Związku Sowieckiego?! - krzyknęła mama. - Zapomniałaś, co tam przeżyłyśmy?

Był słoneczny czerwcowy dzień roku tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego. - Wałcz! - zawołał konduktor. - Wysiadać, pociąg dalej nie jedzie! Maria Sowińska wychodzi na peron. Ma na sobie spódnicę uszytą z worka, na nogach rozpadające się walonki. Jej córki, Cecylia i Alinka, w połatanych sukienkach idą na bosaka. Choć jechały kilka tygodni, nie mają żadnego bagażu. Nikt nie czeka. - Nie ma taty - buzia Cecylki układa się w podkówkę. - Nie ma wujka Franka - wzdycha Alinka. Pracownicy Państwowego Urzędu Repatriacyjnego kierują je do baraku, w którym spędzą następne noce. Mogą sobie wybrać sukienki i buty z UNRRA.

- Obetnijcie mi palec - woła zrozpaczona Cecylia. - Nie mieści mi się w tych pięknych bucikach!

Cecylia (w okularach) z koleżankami. Kraków 1953
Marek Ponikowski Cecylia Riedl

Maria Sowińska z wysoką gorączką trafia do szpitala. Diagnoza brzmi: gruźlica. Dziewczynki chore są na malarię. Ale jest i radosna wiadomość: pojawia się wujek Franek, kochany wujek, który kiedyś, w tamtym, przedwojennym życiu podarował Cesi pieska, a teraz poruszył niebo i ziemię i wreszcie odnalazł siostrę i jej córki. Franciszek, który ulokował się w Zamościu, proponuje, że zabierze Cecylię do siebie, Marysi będzie lżej, to raz, a po drugie - on nie ma swoich dzieci, więc siostrzenica zastąpi mu córkę. Mama się zgadza. Cecylia aż skacze z radości, chce iść do szkoły, chce poznać Polskę - Zamość, Lublin, Kraków. Wujek jest kierowcą autobusów, zabierze ją kiedyś w podróż... A tu, co ją czeka? Mamie przydzielono posadę księgowej w PGR. To dobra praca, na wsi, dla chorej na gruźlicę w sam raz - mówią lekarze. Boże drogi, tylko nie to! - myśli Cecylka. - To prawie jak te kazachskie sowchozy…

W Zamościu cieszy się każdym dniem, każdą godziną. Znajoma cioci Janki jest nauczycielką, zaczyna uczyć Cesię polskiego i historii, bo we wrześniu powinna pójść do piątej klasy, a nigdy jeszcze nie była w szkole. Umie czytać, litery poznawała z maminej książeczki do nabożeństwa, bo to było jedyne słowo pisane, które miały w sowchozie w Kazachstanie. Więc teraz odmienia rzeczowniki, czyta pierwszą w życiu książkę, „Historię żółtej ciżemki”, uczy się o Bolesławie Chrobrym, królu Jagielle i bitwie pod Grunwaldem, chłonie informacje, chce szybko nadrobić zaległości. W szkole koleżanki przezywają ją „Ruska”, bo miesza słowa polskie, rosyjskie i kazachskie, ale nie zraża się, kuje słówka, rozwiązuje zadania, jest tak szczęśliwa, że niemal unosi się nad ziemią. Ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochane i miasta, i wioski… Jaka piękna jest Polska!

***

Cecylia (w okularach) z koleżankami. Kraków 1953
Archiwum rodzinne Maria Sowińska z Cecylią, rok 1939

Nauczycielka zadaje wypracowanie „Moje losy w czasie wojny”. Cecylia pisze z zapałem, niczego nie ukrywając.

Mieszkaliśmy w Krasnej Woli na Polesiu. Tatuś był podkomisarzem policji. Mama, która skończyła gimnazjum sióstr urszulanek, zajmowała się domem, malowała kwiaty, pięknie śpiewała, akompaniując sobie na gitarze, szyła sobie eleganckie kreacje, pomagała biednym. Tych na Polesiu nie brakowało.

Pierwszego września 1939 roku miałam iść do szkoły. Mama kupiła mi już zeszyty i kredki, uszyła nowy płaszczyk… Tatuś poszedł na wojnę walczyć z Niemcami, z drugiej strony wkrótce wkroczyli Sowieci.

Tatuś przysyła list z obozu jenieckiego w Ostaszkowie. Jest zdrowy i dobrej myśli, martwi się o nas.

Nocą 13 kwietnia 1940 roku enkawudziści łomoczą kolbami karabinów w nasze drzwi. Już wcześniej zabrali wszystkie cenne rzeczy (babcia uratowała mój nowy płaszczyk, kazała mi go włożyć), nie bardzo było co pakować. Mama wzięła trochę ciepłych ubrań, pierzynę, miskę, garnek, suchary i tak ruszyłyśmy w drogę. Mama z półtoraroczną Alinką na ręku, a babcia (Cecylia Grzywalska, babcia mamy, która ją wychowała, bo mama straciła rodziców podczas pierwszej wojny światowej) trzymała mnie za rękę. Bobuś, piesek, którego podarował mi wujek Franek, żegnał nas dramatycznym wyciem…

Cecylia (w okularach) z koleżankami. Kraków 1953
Archiwum rodzinne Adam i Maria Sowińscy, Polesie, lata 30.

***

Z gruzowików, które czekały na stacji Kijały, wysadzono nas gdzieś w stepie. Dzieciom się podobało, bo step był piękny, kwitły różnobarwne kwiaty, dzwonki fioletowe, białe i różowe, a trawa była tak wysoka, że można było w niej się bawić w chowanego. Ale matki były przerażone i zrozpaczone: gdzie będziemy mieszkać? Położyliśmy się spać w ubraniach, patrząc w niebo pełne gwiazd.

Rankiem moja delikatna mama razem z innymi Polkami poszła do pracy w polu. Potem kobietom kazano wykopać dół, długi na dwadzieścia metrów i głęboki na dwa. Były przekonane, że kopią sobie grób, ale to była ziemianka, która stała się domem kilku polskich rodzin.

Przydział chleba na rodzinę nie wystarczał do zaspokojenia głodu. Babcia zbierała i gotowała rozmaite zioła, z liści przyrządzała „stepowy szpinak”. Mama gotowała ziarna pszenicy, które trochę przypominały kaszę. Czasem ukradła kilka ziemniaków czy główkę kapusty. Stale byliśmy głodni. - Z głodu można kraść - uczyli nas Rosjanie. - Nie ukradniesz, nie pożywiosz - mawiali. Zamieniałyśmy wstążki od mojego krakowskiego stroju na kurze jajka. Jedna wstążka - jedno jajo albo trochę kumysu.

Zdarzało się, że wysuszony słońcem step zaczynał płonąć. Podsycany wiatrem pożar pędził w kierunku ludzkich siedzib. Wszyscy rzucali się wtedy do łopat. Kopali rowy, które miały zatrzymać ogień. Pewnego razu ogień przedarł się i pognał dalej, w prawdziwej panice kopano więc następny rów, ale wtedy nagle wiatr ustał. Ocaleliśmy.

Jesienią zaczęły się zamiecie śnieżne. Buran uśmiercał ludzi, zasypywał ziemianki, niszczył wszystko, co napotkał na drodze. Pewnej nocy, nim nas odkopano, zaczęliśmy się dusić…

Mama, która trochę znała rosyjski i mogła się porozumieć z szefami sowchozu, zaczęła grozić, że napisze skargę do Stalina! Prosiła i groziła na zmianę, nawet płakała, ale na nikim nie robiło to wrażenia, Moskwa nie wierzy łzom - mówiono. W końcu przeniesiono nas z ziemianki do baraku po owcach. Było jeszcze gorzej, bo przez szpary między deskami wkradał się siarczysty mróz.

Cecylia (w okularach) z koleżankami. Kraków 1953
Archiwum rodzinne Cecylia (w okularach) z koleżankami. Kraków 1953

Gdy pewnego dnia o świcie przytuliłam się do babci, poczułam, że jest sztywna. Zamarzła, bo pierzyna okazała się za mała na trzy osoby. Nie było desek na trumnę, pochowałyśmy ją zawiniętą w prześcieradło. Mama zdobyła jakimś cudem dwa kawałki drewna i zrobiła krzyż; babcia była osobą głęboko wierzącą. Ale wiosną, gdy stopiły się śniegi, nie mogłyśmy odnaleźć mogiły. Przez długi czas miałam koszmarne sny, budziłam się z krzykiem. Śniło mi się… Nie, nie mogę tego opowiedzieć.

***

Zimą mama pracowała przy krowach. Nosiła wiadra z wodą, wyrzucała gnój, doiła. Pomagałam jej, bo chorowała i była bardzo osłabiona, a ja miałam już osiem lat. Wreszcie trafiła do szpitala. Tam spotkała lekarkę, Kławdię Michajłownę, która uratowała nam życie, choć była żoną ważnego enkawudzisty. Wystawiła zaświadczenie, że mama nie może ciężko pracować. Przeniesiono ją do księgowości.

Przedtem w szpitalu wyhaftowała sukienkę dla córki lekarki. Kławdię Michajłownę bardzo interesowały jej opowiadania o życiu w Polsce. Gdy mama wspomniała, że tatę aresztowano i osadzono w obozie w Ostaszkowie, lekarka szepnęła: - Marusia, nie czekaj na męża, on chyba nie wróci. Pilnuj dzieci… Ale mama nigdy nie uwierzyła, że on nie żyje. Była pewna, że kiedyś spotkają się w Polsce. To ją trzymało przy życiu.

Wracając ze szpitala, mama musiała przejść 25 kilometrów w śniegu i mrozie. Gdy zmęczona przysiadła na chwilę, zobaczyła zbliżające się wilki i chyba ze strachu straciła przytomność. Kiedy się o świcie ocknęła, wokół na śniegu widać było ślady łap. Nie zaatakowały.

W biedzie, głodzie, zimnie, w izolacji od świata upłynęło sześć lat. Ciągnęły się ponure dni pracy ponad siły, walki z tyfusem i malarią, kurzą ślepotą, wrzodami… Starsi mówili: wywieziono nas tu na wyniszczenie.

Gdy było bardzo źle, przypominałam sobie namalowany przez tatusia obraz, który wisiał w sypialni rodziców. Przedstawiał Chrystusa na Golgocie. Myślałam: skoro Bóg tak cierpiał, to i ja muszę jakoś to wszystko znieść.

***

Nauczycielka postawiła Celinie Sowińskiej dwa stopnie: piątkę za treść i dwóję za ortografię. Po lekcji ucałowała ją i obiecała pomóc. Rzeczywiście pomagała. Na maturze Celina dostała z języka polskiego ocenę bardzo dobrą.

Popełniła błąd, pisząc w życiorysie, że ojciec był przed wojną oficerem policji. To właściwie zamykało drogę na studia. Dyrektor liceum, który był znajomym wujka Franciszka, poradził, by Cecylia wybrała się do Wejherowa na roczny kurs przygotowujący do zawodu nauczyciela języka rosyjskiego. Przecież zna już język, a z dyplomem pracę będzie miała zapewnioną. Obiecał też pomoc w załatwieniu wyjazdu na studia w Związku Radzieckim. Tu zdecydowanie zaoponowała mama: - Mało ci tego, co tam przeżyłaś?

***

Nauczycielami na kursie w Wejherowie byli Rosjanie. Zarówno w szkole, jak i w internacie można było mówić wyłącznie po rosyjsku. Na wykładach uczono o wyższości komunizmu nad imperializmem i wyższości Związku Radzieckiego nad resztą świata. Religia to opium dla mas, a walka z wyzyskiem człowieka przez człowieka jest naszym obowiązkiem.

- Jak się to ma do tego, co widziałam w ZSRR, gdzie podobno „tak wolno dyszyt czeławiek”? - zastanawiała się czasem. Zamiast studiować Krótki Kurs Historii WKP(b), rozczytywała się w Lermontowie, Puszkinie i Tołstoju.

Za mamą tęskniła, ale nie odwiedzała jej zbyt często, bo życie tak pędziło, tyle interesujących spraw działo się wokół, tyle było pięknych miejsc do zwiedzenia, tyle straconych lat do nadrobienia, książek do przeczytania.

Nakaz pracy rzucił ją do liceum w Wałbrzychu. Tamtejszy sekretarz partii doniósł do kuratorium, że za dużo mówi na lekcjach o „Eugeniuszu Onieginie” i „Biesach”, a za mało o wodzach światowego proletariatu. Wezwano ją do kuratorium, ale tam jakiś poczciwy człowiek, akowiec, jak dziś podejrzewa, podarł na jej oczach ten przeklęty życiorys i kazał napisać od nowa: „Ojciec był przed wojną urzędnikiem, pierwszego września poszedł na wojnę i zginął. Z mamą i siostrą znalazłyśmy się w ZSRR, w 1946 roku wróciłyśmy do Polski. Mama pracuje w PGR, jest księgową”… Dzięki temu mogła skończyć rusycystykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Tego życiorysu trzymała się aż do czasu, gdy skończyła się Polska Rzeczpospolita Ludowa, czyli do 1989 roku.

- Mama - zamyśla się pani Cecylia Riedl z domu Sowińska - była, jak sądzę, szczęśliwa tylko przez te kilka lat, które spędziła z ojcem na Polesiu. Kochałam ją, ale nie byłam z nią zbyt zżyta. Kazachstan pozostawił w nas jakąś bolesną zadrę, bezbrzeżną samotność. Gdy przeniosłam się do Wrocławia, by być bliżej mamy, która zatrudniła się w kolejnym pegeerze na Dolnym Śląsku, zaglądałam wieczorami w oświetlone okna mieszkań, patrząc z zazdrością na rodziny siedzące przy stole, i zastanawiałam się, czy kiedyś nadrobię te stracone lata.

Na szczęście wkrótce poznała Tadeusza. Wyszła za mąż.

- Do Związku Radzieckiego jeździłam wielokrotnie jako przewodniczka wycieczek. Także tak zwanymi pociągami przyjaźni. Lubię Rosjan i nie winię ich za tamten zbrodniczy system. Oni przecież także byli jego ofiarami. A literaturę rosyjską, jak na rusycystkę przystało, po prostu kocham - uśmiecha się pani Cecylia Riedl.

***

Maria Sowińska zmarła w 1985 roku. Nigdy się nie dowiedziała, co się stało z mężem. Listę oficerów polskich rozstrzelanych przez NKWD w Miednoje opublikowano dopiero pięć lat później.

Barbara Szczepuła

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.