Tomasz Waśko: Robimy Spring Break z myślą o polskich wykonawcach [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Fot. Waldemar Wylegalski
Cyprian Łakomy

Tomasz Waśko: Robimy Spring Break z myślą o polskich wykonawcach [ROZMOWA]

Cyprian Łakomy

Współtwórca Spring Break Showcase Festival & Conference opowiada o idei tego wydarzenia i podsumowuje poprzednie trzy edycje.

Jak definiujesz wasz festiwal po dotychczasowych trzech edycjach?
Lubimy myśleć o nim jak o platformie dla młodych muzyków, umożliwiającą im spotkanie z ludźmi z wytwórni, mediów i organizatorami innych festiwali. Takiej platformy dotychczas w Polsce nie było. Będąc młodym zespołem, bardzo trudno było przebić się do składu dużego festiwalu, a jeśli już się to komuś udawało, to zazwyczaj grał na trzeciej lub czwartej scenie dla niewielkiej publiczności. Brakowało więc w Polsce wydarzenia, które dawało artystom szansę zaprezentowania się przed tymi, którzy decydują o tym, co jest w branży muzycznej naprawdę ważne. Nie należy jednak zapominać o drugiej stronie całego przedsięwzięcia. Patrząc z tej perspektywy, Spring Break jest po prostu festiwalem muzycznym dla kilkutysięcznej widowni. Najlepszym dowodem rozrostu naszej imprezy jest właśnie liczba osób, które każdego roku biorą w niej udział. W 2014 r. było ich 800, w zeszłym – ponad 5 tysięcy. To raczej niespotykany skok frekwencyjny w polskich warunkach.

Pamiętasz moment, w którym zauważyłeś tę istotną lukę w polskim życiu koncertowym?
Przeszliśmy długą drogę. Od 2009 r. regularnie jeździmy wspólnie z Łukaszem Mintą – właścicielem agencji Go Ahead, w której również pracuję – na podobne festiwale showcase'owe na terenie Europy. Bywamy m.in. na Eurosonic w holenderskim Groningen, The Great Escape w Brighton czy na Reeperbahn w Hamburgu. To właśnie Łukasz, podczas jednej z tych wizyt za granicą stwierdził, że warto byłoby przeszczepić tę formułę na polski grunt. Zaczęliśmy zastanawiać się, które z elementów tych imprez moglibyśmy zrealizować w Poznaniu, a które nie. Na przełomie 2013 i 2014 r. byliśmy gotowi, by zaprezentować nasz pomysł ludziom. Kwestią priorytetową było na samym początku pozyskanie partnerów. Taki festiwal to zbyt duże i absorbujące – choćby od logistycznej strony – przedsięwzięcie, by realizować je samemu. Byliśmy więc ciekawi, jak zareagują na nie poznańskie kluby, Centrum Kultury Zamek i władze miasta. O ile właściciele lokali wyrazili chęć uczestniczenia w tym projekcie, z przekonaniem miasta było dużo trudniej. Nie jest żadną tajemnicą, że nasz wniosek o miejską dotację pierwszej edycji został odrzucony za kadencji ówczesnego dyrektora Wydziału Kultury, Roberta Kaźmierczaka. Mimo to ją zrobiliśmy, a miasto dostrzegło potencjał idei Spring Break.

Wspomniałeś festiwale showcase'owe o znacznie dłuższej tradycji, na których wzorowaliście waszą imprezę. Czy Spring Break jest tylko przeszczepieniem ich formuły jeden do jednego, czy jest dziś już coś, o czym możecie powiedzieć, że jest dla poznańskiego festiwalu charakterystyczne?
Na pewno nie jesteśmy tylko kopią wspomnianych imprez, choćby z tego względu, że od początku grają u nas również duże nazwy, o ugruntowanej pozycji. W zeszłym roku występowali oni na biletowanej scenie na pl. Wolności. Na organizowanym od trzydziestu lat Eurosonic również stoi scena w centrum miasta, lecz próżno szukać na niej rozpoznawalnych wykonawców. Podobną polityką kieruje się Reeperbahn, który również rezygnuje z zapraszania gwiazd. Wyszliśmy z założenia, że statystyczny polski odbiorca nie kupi biletu na festiwal samych debiutantów. Dlatego też uznaliśmy, że warto przyciągnąć go kimś znanym i w ramach tego samego karnetu umożliwić poznanie zupełnie nowych wykonawców. Kierując się taką logiką, zaprosiliśmy Artura Rojka i Kamp! w 2014 r., Melę Koteluk i Years & Years rok później, oraz Brodkę, Dawida Podsiadło i Taco Hemingwaya w 2016 r. Druga różnica polega na tym, że festiwale showcase'owe są na obecnym etapie platformami ogólnoeuropejskimi, których składy często się pokrywają. Ktoś kto gra na jednym z tych festiwali, zazwyczaj odwiedza też kolejne. Nasz festiwal powstał z myślą przede wszystkim o polskich wykonawcach. Staramy się, by w każdym roku stanowili oni przynajmniej 90 procent programu. W tym roku mamy oczywiście wydarzenia takie jak showcase'y skandynawski czy francuski, ale są one raczej dodatkiem do polskiego rdzenia festiwalu.

Pamiętasz pierwszego wykonawcę, którego udało się wam zakontraktować?
Nieszczególnie. Zakładam jednak, że prawdopodobnie był to Artur Rojek albo Kamp!, ponieważ budowanie składu pierwszej edycji zaczynaliśmy od góry.

A byli tacy, którzy odmówili?
Oczywiście i zdarzają się co roku. Mamy świadomość, że to, co robimy jest nową formułą. Nie wszyscy rozumieją czym jest festiwal showcase'owy i nie wszyscy chcą w takiej imprezie uczestniczyć, bo wolą np. zagrać swój własny, biletowany koncert zamiast być jednym z ponad setki wykonawców. Rozumiemy to, nie drążymy tematu na siłę, ani nie licytujemy się z innymi organizatorami na stawki. Na rynku koncertowym jest miejsce na różne rodzaje imprez i jesteśmy tego świadomi.

Ilu artystów zaprosiliście na tegoroczną edycję?
Ich liczba jest znów wyższa w stosunku do lat poprzednich. Szacuję, że w tym roku będzie ich około 130.

W zeszłym roku, nowością na Enea Spring Break była scena na pl. Wolności. Czy w tym roku robicie kolejny duży krok pod względem infrastruktury festiwalowej?
Tym razem nie planujemy aż tak dużych zmian. Myślę, że dotarliśmy do optymalnego pułapu jeśli chodzi o frekwencję. Nie chcemy na siłę jej zwiększać. W zeszłym roku festiwal znów się wyprzedał. Myślę, że w tym moglibyśmy wpuścić do sprzedaży jeszcze więcej karnetów, ale w tym roku za priorytet obraliśmy sobie to, by odbiór koncertów był po prostu przyjemniejszy. Walczymy z największą bolączką tego typu imprez, czyli długimi kolejkami na koncerty. Mamy świadomość, że w szczególności dla osób, które są na festiwalu po raz pierwszy jest to uciążliwe. A że takie sytuacje zdarzają się najczęściej w przypadku wydarzeń wieczornych i nocnych – postanowiliśmy poszerzyć w tym roku ofertę nocną Enea Spring Break. Rozmawiamy z klubami o tym, by były czynne dłużej niż podczas wcześniejszych edycji. Wszystko wskazuje więc na to, że nocami działał będzie nie tylko Projekt LAB, ale dłużej będzie można bawić się w Blue Note, a do grona festiwalowych lokalizacji dołączy również klub SQ.

Przed nami czwarta edycja festiwalu. Co uważasz dziś za jego największą wartość?
Przede wszystkim to, że funkcjonuje on dziś wśród młodych wykonawców jako wydarzenie, na którym warto się pokazać. Rośnie świadomość tego, czym ono jest, a kolejne zespoły – za namową innych wykonawców lub menedżerów czy swoich wytwórni – zgłaszają się, by u nas zagrać. I zdecydowanie bardziej niż stawka za koncert interesuje je to, przed kim z branży będą mogły się zaprezentować.

Z roku na rok, stajecie się imprezą coraz bardziej międzynarodową. Jakie są dla ciebie tego najbardziej namacalne znaki?
Choćby ten sprzed kilku tygodni. Na tegorocznym festiwalu MENT w Słowenii grał polski duet Sotei. W rekomendacjach zawartych w festiwalowej książeczce, organizatorzy uzasadniali jego zaproszenie koncertem w Projekcie LAB podczas zeszłorocznej edycji, który zrobił na nich wrażenie. Przykładów jest więcej, jak występy The Feral Trees (2015) i Niemocy (2016) na węgierskim Sziget Festival, czy fakt, że na tegoroczną edycję zapowiedzieli się selekcjonerzy muzyki do największych powstających w USA seriali. To najlepsze dowody, że nasza impreza rezonuje nie tylko w Polsce.

Cyprian Łakomy

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.