Sławomir Sierakowski: Zrobiliśmy coś dla Ukraińców, ale też dla samych siebie, Polaków

Czytaj dalej
Fot. Bartek Syta Barteksyta.Pl
Anita Czupryn

Sławomir Sierakowski: Zrobiliśmy coś dla Ukraińców, ale też dla samych siebie, Polaków

Anita Czupryn

Pomocą humanitarną tej wojny nie da się wygrać. Wpłacając na Siły Zbrojne Ukrainy będziemy wiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, co się dało, żeby Ukraińcy mogli obronić niepodległość, a to oznacza, że bronią też naszej niepodległości – mówi Sławomir Sierakowski, twórca i redaktor naczelny „Krytyki Politycznej”.

Znów został Pan demiurgiem.

A kiedy poprzednio?

W kwietniu 2008 roku tak nazwał Pana Robert Mazurek, Kontekst wówczas był inny – Mazurek zarzucił Panu rozbicie koalicji LiD. Teraz połączył Pan Polaków we wspólnej sprawie.

Odpowiem tak: naprawdę lubię taką Polskę. Przez ostatnie lata tyle było takiej jakiejś przykrej atmosfery, tyle złej krwi między nami, że dobrze było zobaczyć taką Polskę, która lubi współpracować, angażować się ponad podziałami. To jest dla mnie najbardziej niesamowite, że tak dużo udało się zrobić za jednym razem. Mówię to szczerze, od serca. Jestem też bardzo zmęczony, więc włącza mi się szczerość zmęczonego człowieka.

Nawet jeśli niektórzy wołali, że Sierakowski to wróg, to też chętnie zrzucili się na kupno bojowego dronu dla Ukrainy.

Tak było. Bardzo wiele osób się w to zaangażowało, mam tu na myśli wpłacających i pomagających. To, że neutralnie zachowywali się politycy prawicy odbieram za ukrytą przychylność.

Do tej pory na Bayraktara dla Ukrainy zebrano ponad 23 miliony złotych…

… już jest ponad 24 miliony złotych. Plus dla pana Jacka 160 czy 170 tysięcy. Sporo. A ponieważ firma Baykar właśnie zdecydowała, że dron przekaże za darmo, to nasza pomoc została podwojona! Łącznie więc sięgnie około 50.000.000 zł.

Dopowiem tylko, że internautów tak chwycił za serce pan Jacek, mężczyzna z niepełnosprawnością, który ma 700 zł zasiłku i przelał tyle, ile mógł, że też postanowili zorganizować dla niego zrzutkę. Jakie uczucia się w Panu budziły, gdy patrzył Pan, jak rośnie kwota na portalu zrzutka.pl?

Znajdowałem się w dość specyficznej sytuacji. W zasadzie nie było sensu kalkulować, ani specjalnie tego odczuwać, bo do zebrania była tak duża suma i tak dużo było przy tym roboty, często wręcz fizycznej, jak pisanie, dzwonienie, przypominanie, namawianie, koordynowanie zadań, że ja w ogóle nie miałem żadnych tego rodzaju rozważań, rozterek. Tylko myślałem o każdym następnym procencie: żeby dojść do 10 procent, później z 10 do 15 procent, następnie do 20 procent. Raczej koncentrowałem się na następnym kroku; trochę jak w maratonie – od latarni do latarni. Co by mi dało, gdybym siedział i myślał: „Już jest 5 milionów, dużo to, czy mało?”.

Jakie nazwiska wśród darczyńców Pana zaskoczyły?

Jestem pod ogromnym wrażeniem tych osób, o których lekceważąco mówi się celebryci, i nie uważa się ich za poważne osoby. Jestem urzeczony takimi osobami jak na przykład Julia Wieniawa, jak Maciej Musiał. Fantastycznie zachował się Kuba Wojewódzki. To, że Adam Michnik, Agnieszka Holland czy Andrzej Stasiuk pomogą – co było bardzo ważne, szczególnie na początku – to było też w pewien sposób oczywiste. Natomiast nie było jasne, że pomogą osoby, których nie znam, które mogły się bać o swój wizerunek. A one mimo to stanęły po tej samej stronie – zbierały ze mną pieniądze na broń! Takie osoby jak Małgorzata Kożuchowska, jak Ewa Chodakowska, Małgorzata Rozenek. Bardzo pomógł Robert Makłowicz. Niesamowitą i bardzo skuteczną pracę wykonała Monika Olejnik. Bardzo jej jestem wdzięczny! Pomogły też inne osoby, których nie wymieniłem, ale starałem się na bieżąco dziękować publicznie i prywatnie. To są naprawdę fantastyczni, świetni ludzie. Teraz wszystkich namawiam do tego, aby osoby, które uważamy za celebrytów, traktować poważnie, bo są one naprawdę w porządku. Są bardzo OK.

Jak było z pomysłem zbierania pieniędzy na dron bojowy dla Ukraińców? Zainspirowali Pana Litwini, którzy wcześniej zebrali środki na Bayraktara?

Wiedziałem o zbiórce litewskiej, ale bezpośrednio zainspirował mnie artykuł, który przeczytałem w samolocie, lecąc na konferencję do Sztokholmu. Otóż przeczytałem, że firma Baykar, która produkuje Bayraktary, przekazała je Ukraińcom za darmo, a środki, jakie zebrano, poleciła przeznaczyć na pomoc humanitarną dla ukraińskiej ludności. Wtedy pomyślałem, że tej szansy dla Ukraińców nie można nie wykorzystać. Ponieważ w istocie oznacza to, że można zebrać dla nich około 50 milionów złotych.

Liczył Pan na to, że scenariusz się powtórzy i tym razem turecki producent bojowych dronów też przekaże je za darmo?

Taktownie odpowiem, że tego rodzaju sytuacje lubią ciszę. Ale teraz mogę powiedzieć, że rozmowy ze stroną turecką i ukraińską prowadziłem od pewnego czasu. Oczywiście wszystko zależało od dobrej woli firmy Baykar.

Zaproponował Pan, aby nadwyżkę z tej pieniężnej zbiórki przeznaczyć na Siły Zbrojne Ukrainy – więc jakkolwiek się stanie, to ta nadwyżka już jest.

Jest i bardzo się z tego cieszę. Chciałem, żeby osoby, które wpłacały pieniądze, miały poczucie, że niezależnie od tego, ile ich zbierzemy – na przykład, gdybyśmy zebrali mniej – to i tak te wszystkie środki pomogą wojsku walczącemu z Rosją, że nie musimy nawet zebrać całości. Ponieważ tak założyłem w opisie zbiórki, to musiałem też napisać, co się stanie, gdybyśmy zebrali więcej. Żeby było logicznie. No i tak się stało – zebraliśmy więcej. Pieniądze przekażemy z rachunku płatniczego Zrzutka.pl na rachunek Funduszu Sił Zbrojnych Narodowego Banku Ukrainy.

We wtorek 26 lipca zakończyła się też licytacja, w której można było wygrać kolację z Panem. Kogo i dokąd Pan na te kolację zaprosi?

Szczerze mówiąc, jestem tym lekko zawstydzony, ale ponieważ organizuję te zbiórkę, to zostałem też przekonany przez różne osoby będące wokół mnie, że warto taką sytuację, czyli kolację ze mną wystawić na licytację. Na te kolację zapraszam do siebie, do mieszkania, w Warszawie. Postanowiłem, że zrobię dwie kolacje – jedną dla osoby, która wygrała licytację, bo tak jest fair, ale na drugą zapraszam trzy kolejne osoby, które licytowały, jeśli, ma się rozumieć, zechcą wesprzeć zbiórkę. Tym się już zajmuje portal Zrzutka.pl, by to wszystko skomunikować, zorganizować. Wygląda na to, że może być z tego dla zbiórki kilkadziesiąt tysięcy złotych, co uważam za wynik zawstydzająco dobry. Nie spodziewałem się, że ktoś będzie chciał licytować kolację ze mną.

Pan będzie sam gotował, czy to na razie niespodzianka?

Postaram się zrobić tak, żeby to było smacznie.

Wojna na Ukrainie trwa już ponad 150 dni, ostatnio nabrała charakteru pozycyjnego. Śledzi Pan na bieżąco, co się dzieje? Jakie wnioski pan wyciągnął?

Relacjonowałem tę wojnę od pierwszego dnia i na swoim profilu na Facebooku, i w artykułach prasowych. Jednak kiedy zaangażowałem się w zrzutkę na Bayraktara, to całkowicie skoncentrowałem się na tym, żeby zebrać jak najwięcej środków na kupno broni dla Ukrainy, bo uważałem, że tak lepiej. Jeśli mogę coś pomóc wojsku ukraińskiemu, to lepiej, żebym to robił, niż nawet dokładnie śledził tę wojnę. Szczerze mówiąc, jestem teraz dużo mniej zorientowany w przebiegu działań wojennych niż byłem wcześniej. Ale oczywiście wiem, co się dzieje; wiem, że Ukraina przechodzi do kontrofensywy, szczególnie na południu. Wiem też, od samych Ukraińców, że w tej kontrofensywie szczególnie istotne będą właśnie drony bojowe, a już zwłaszcza Bayraktar, ze względu na swoją specyfikę, na to, że jest wielozadaniowy. Podkreśliłbym tu dwie rzeczy, bo wydaje mi się, że trzeba o tym mówić. Pierwsza jest taka, że to jest broń, która trafia precyzyjnie w cele wojskowe. Ma bomby naprowadzane laserowo. Czyli – inaczej niż Rosjanie – on nie wali na oślep. Nie uderza w cywili. A druga rzecz: on chroni życie ukraińskich żołnierzy, ponieważ inaczej, niż w samolocie, w tym przypadku żołnierzy ukraiński operujący dronem siedzi w stacji umieszczonej daleko od linii frontu. Wobec tego jest to broń dla Rosjan bardzo niebezpieczna, ale z drugiej strony – jak na broń śmiercionośną, jest możliwie najbardziej etyczna. Dlatego nie miałem żadnych wątpliwości, czy zbierać na tego rodzaju bron. A także cieszę się, że takie osoby jak na przykład Maja Ostaszewska czy Maciej Stuhr, znany z zaangażowania w prawa człowieka, jednoznacznie stanęli po tej stronie. I podam jeszcze jedno nazwisko: Adam Bodnar nie tylko poparł zbiórkę, ale sam zbierał pieniądze. Uważam, że trudno o lepsze świadectwo. Tak samo ksiądz Kazimierz Sowa. Mieliśmy tu do czynienia z niesamowitą jednością i to dla nas jest ciekawe doświadczenie, które z nami zostanie. Zrobiliśmy coś dla Ukraińców, ale też dla samych siebie, Polaków. Pokazaliśmy, że można zacząć, skończyć. Że może być nas dużo. Że może to być festiwal dobrej woli. To wszystko wydaje mi się taką piękną podróżą romantyczną mimo że chodzi o broń.

Broń, którą też Rosjanie precyzyjnie zestrzeliwują.

Kierowałem się tym, o co apelują Ukraińcy. Jeśli apelują o Bayraktary, to zbieram na Bayraktary i zakładam, że oni wiedza lepiej. Jeśli te wszystkie spektakularne osiągnięcia Ukraińców, czyli bitwa o Kijów, bitwa o Charków, wypędzenie Rosjan z Wyspy Węży, albo zniszczenie krążownika „Moskwa”, bo to Bayraktary odwróciły uwagę systemów obrony krążownika – jeśli więc to wszystko było możliwe, to dzięki Bayraktarom. Nie mam więc wątpliwości, że takiej broni potrzebują Ukraińcy. Nie będę udawał, że wiem lepiej od nich. Ministerstwo Obrony Narodowej Ukrainy i na początku akcji i po jej zakończeniu, wyraziło ogromną satysfakcję z tego, że to jest taki sprzęt i na niego zebrane są pieniądze. Nie zastanawiam się więc, czy Rosjanie to zestrzeliwują, czy nie. Nawet jeśli taki Bayraktar w wojnie pozycyjnej w Donbasie nie jest już tak spektakularnie przydatny, to przecież Ukraińcy mają do odbicia terytorium na południu; cały czas muszą bronić kijowa od strony Białorusi. Stąd też dywagacje, czy Bayraktar jest dzisiaj bardziej czy mniej przydatny uważam za nieuzasadnione. W każdym razie Ukraińcy niczego takiego nie potwierdzają.

Zaangażowanie w zbiórkę sprawiło, że Pana zainteresowanie dotyczące tego, co dzieje się z lewicą w Polsce osłabło?

Będę szczery – zajmowałem się bardziej Ukrainą niż lewicą. Cieszę się, że ludzie z różnych środowisk – no, może politycy prawicy nie – ale na przykład Igor Janke czy konserwatysta może mniej znany, a istotny, jak Artur Bazak czy Krzysztof Stanowski, który słynie z poglądów raczej przeciwnych do lewicy – poparli zbiórkę. Wielu polityków Platformy Obywatelskiej, niektórzy politycy lewicy też ją poparli. A przyznam, że starałem się jej nie eksponować, chciałem, by rzeczywiście była ona ponad podziałami. Ale to poparcie bardzo doceniam; było ono bardzo pluralistyczne, jeśli chodzi o spectrum światopoglądowe.

Co Pan sądzi na temat zdania Adama Zandberga, który oświadczył, że lewica nie pójdzie do wyborów z Koalicją Obywatelską, że będzie miała własne listy?

Jestem zwolennikiem integracji po stronie opozycji. Chciałbym, żeby była jedna lista wyborcza i trzymam kciuki za całą opozycję. Bardzo bym chciał, żeby ze sobą współpracowała, nie rywalizowała. I wydaje mi się, że w taki sposób jestem identyfikowany, że lewica i liberałowie, to dla mnie rzeczywiście są siły, które powinni współpracować. Nie wszyscy z tego powodu mnie lubią, zdaję sobie z tego sprawę, no, ale takie mam stanowisko.

Takie stanowisko ma też Donald Tusk, który uważa, że tylko zjednoczona opozycja może pokonać PiS. To dlaczego lewica tego zjednoczenia nie chce, jak Pan myśli?

Niektórzy chcą, a niektórzy nie chcą. Myślę, że lewica chce się też niejako ugruntować , chce zająć pozycję samodzielną w polityce i ponieważ jest jakoś jednak, mimo wszystko, na początku tej drogi, to trochę bardziej niż Platforma Obywatelska, dba o swoje własne interesy. Rozumiem to. Natomiast rzeczywiście, żeby to nie przeszkadzało wspólnej liście opozycji.

Adrian Zandberg stanął niedawno przed ministerstwem Gospodarki w Berlinie, oświadczając, że jeśli Niemcy chcą zamykać swoje elektrownie atomowe, co posłuży Putinowi, to Polska mogłaby je wydzierżawić. Podobają się Panu jego działania?

To, że Niemcy wyłączają elektrownie atomowe, to duży błąd. Chciałbym, żeby się z tej polityki wycofali. Zandberg bardzo dobrze zrobił.

Myśli Pan, że Polacy mogą powstrzymać Niemców przed ich zamknięciem i Niemcy oddadzą nam je w dzierżawę, jak proponuje Zandberg?

To, jak mi się wydaje, jest raczej po to, by Niemców otrzeźwić, niż żeby to było wykonalne. Chyba o to też chodzi lewicy i wydaje mi się, że to jest celny ruch, który na pewno został zauważony. Ponieważ to Polska miała rację w sprawie Rosji, a nie większość elity politycznej Niemiec, więc to może mieć teraz znaczenie. Jestem członkiem Niemieckiej Rady Polityki Zagranicznej, ale miałem bardzo krytyczne stanowisko wobec kanclerza Olafa Scholza. I dalej mam; uważam, że Niemcy powinni zrobić więcej. Powiem szczerze, że ta akcja związana z zakupem Bayraktara jest też trochę po to, by wstrząsnąć opinią publiczną Niemiec. Żeby pokazać, że my nie tylko krytykujemy, ale też robimy coś konkretnego i to jako społeczeństwo; że rządy są za mało aktywne, a my, zwykli ludzie potrafimy się zorganizować. To uważam za bardzo znaczący gest.

Kto dziś jest według Pana twarzą lewicy, postacią, która gra pierwsze skrzypce?

To, myślę, takie postaci jak Adrian Zandberg, Agnieszka Bąk-Dziemianowicz, ale też Basia Nowacka, która wprawdzie nie jest w Lewicy, ale to więcej niż jedna osoba. Osobowości po lewej stronie nie brakuje. Ta ławka jest silna.

Był czas, kiedy o Panu mówiło się, albo pisało „mesjasz lewicy” czy guru intelektualnego zaplecza dla opozycjonistów. Jak dzisiaj widzi Pan swoją rolę?

Widzę tak, jak działam.

Publicysta, doradca?

Nie, nie. Dziś, jak widać, zajmuję się działaniem, a nie doradzaniem. Nie jest też tak, że tylko siedzę i pisze. Myślę nawet, że dla części ludzi było to zaskoczeniem, że dziennikarz, choć uważam się za publicystę i aktywistę – że nie siedzę i nie opisuję tylko wydarzeń, ale staram się mieć na nie wpływ. Tak rozumiem swoją rolę. Nie chciałbym się zdefiniować jako dziennikarz, albo polityk, tylko starać się robić, co się da. Krytyka Polityczna jest najsilniejszą instytucją po stronie lewicy i największą, ale też jest nią ta akcja bayraktorowa, która zjednoczyła ponad 215 tysięcy Polaków. To, myślę, sporo i to są rzeczy, które nazwałbym bardziej działaniem niż doradzaniem.

Mieć wpływ to domena polityków, zadam więc Panu to pytanie, które już pewnie nieraz słyszał, ale może się coś zmieniło. A mianowicie, czy pragnie Pan władzy?

Władzy? Nie. Ja naprawdę lepiej się czuję w roli zaangażowanego intelektualisty, niż w roli sejmowego polityka. Mam po prostu inny temperament. Myślę, że powinien być jakiś podział pracy po stronie lewicy. Nie mam planów politycznych. Natomiast mam plany wpływania na bieg rzeczywistości. Staram się to robić najlepiej, jak potrafię.

Nowy pomysł chodzi już Panu po głowie?

Na razie muszę dowieźć ten – dron musi trafić do Ukrainy. Akcja nie jest jeszcze skończona. Zbiórka trwa i cały czas rośnie. Zdecydowałem, że zostanie ona aktywna do końca tygodnia na portalu Zrzutka.pl, bo to rzadka okazja dla ludzi, żeby coś zrobić dla ukraińskiego wojska. Dlatego uznałem, że zbiórki nie można wyłączyć z dnia na dzień, jeśli kolejne osoby chcą pomóc. Dla wielu ludzi jest to jedyna okazja, żeby realnie wziąć udział w tej walce. Pomocą humanitarną tej wojny nie da się wygrać. Wpłacając na Siły Zbrojne Ukrainy będziemy wiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, co się dało, żeby Ukraińcy mogli obronić niepodległość, a to oznacza, że bronią też naszej niepodległości.

Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.