Sarsorogi, czyli nie oceniajmy muzyki i ludzi po pozorach

Czytaj dalej
Fot. Piotrhukalo
Paweł Gzyl

Sarsorogi, czyli nie oceniajmy muzyki i ludzi po pozorach

Paweł Gzyl

Marta Markiewicz, Sarsa. Dwa lata temu radio grało na okrągło jej przebój „Naucz mnie”. Teraz wraca z nową płytą - „Pióropusze”.

Często bywasz w Krakowie?

W ostatnim czasie zdarzyło mi się kilka razy odwiedzać Kraków w celach rekreacyjnych, z grupą przyjaciół. Mam pozytywne wspomnienia. Podobnie jak z koncertu, który dałam pod Wawelem w ramach promocji pierwszej płyty.

Doświadczyłaś krakowskiego smogu?

Jakoś nie odczułam. Wiem jednak, że ludzie, którzy mieszkają na stałe w Krakowie, mają problemy z drogami oddechowymi. Nie pozostając obojętną na to, włączyłam się w kampanię społeczną, która pomogłaby rozwiązać tę kwestię. Napisałam muzykę i piosenkę do filmu Piotra Biedronia z Pawłem Delągiem - „PM.2.5” (to symbol pyłu zawieszonego - red.). To bardzo piękna inicjatywa. Film został zgłoszony na różne festiwale, a ich regulaminy uniemożliwiają jego wcześniejszą prezentację, premiera odbędzie się więc w Krakowie dopiero we wrześniu.

Jesteś wrażliwa na ekologię?

Bardzo. Myślę, że wszystkie osobowości artystyczne są wrażliwe na przyrodę. I tak powinno być. Wyrażając swój sprzeciw wobec niszczenia naturalnego środowiska, zwracamy na to uwagę innych.

Ekologia kojarzy mi się ze zwiewnym folkiem granym przez hipiskę na akustycznej gitarze. A Twoje nowe piosenki są mocno elektroniczne. Nie ma w tym sprzeczności?

Bardzo mi zależy, aby ludzie nie oceniali drugiego człowieka po pozorach - jak wygląda lub jakie stwarza pierwsze wrażenie. Tak jest ze mną: choć czeszę na głowie „rogi”, mam w sobie dobre odruchy i nawołuję do pozytywnych inicjatyw.

Co sprawiło, że zwróciłaś się w stronę tanecznych brzmień?

Staram się łączyć różne gatunki. Bo generalnie muzyka powinna łączyć ludzi. Niestety, zazwyczaj jest na odwrót. Na nowym albumie wyciągam na wierzch różne moje muzyczne doświadczenia i inspiracje, które towarzyszyły mi przez lata, zanim stałam się Sarsą. To daje bardzo różnorodny repertuar.

Twoim znakiem rozpoznawczym są niekonwencjonalne wokale. Na nowej płycie pozwalasz sobie jeszcze w tej kwestii na więcej niż na debiucie. Co Cię pociąga w takich zabawach z głosem?

Traktuję swój głos jako instrument. Zawsze z podziwem patrzyłam na moich kolegów instrumentalistów, którzy potrafią grać z prawdziwą wirtuozerią. I marzyło mi się też, aby tę ekspresję móc przenieść na moje struny głosowe. Dźwięki, które wydobywam ze swego gardła mają poruszać: raz bawić, a kiedy indziej denerwować. Taka chyba powinna być rola każdego artysty - aby być bodźcem dla odbiorcy.

Tym razem pracowałaś nad płytą w Londynie. Tam jest inaczej niż w Polsce?

Inaczej. Trudno powiedzieć gorzej czy lepiej. Bo wszystko ma swoje plusy i minusy. Ja jestem wrażliwa na nowych ludzi - i tam w Londynie skupiłam się na pracy produkcyjnej ze Stevem Manowskim. Natomiast wokale pozostawiłam sobie do nagrywania w intymnych warunkach: w zaciszu mojej domowej szafy. Czułabym się nieswojo, gdyby ktoś kazał mi nagrywać w ekskluzywnym studiu. Wolę po domowemu: w szlafroku i z kawą w ręku.

Sąsiedzi nie mają nic przeciwko temu?

Mają. (śmiech) Ale rekompensuję im potem zakłócanie spokoju swoimi płytami oraz innymi rarytasami. Dlatego żyjemy w zgodzie.

Kiedyś Patrycja Markowska powiedziała, że gdy miała problem z nagraniem jednej piosenki, rozebrała się do naga - i dopiero wtedy udało jej się osiągnąć upragniony rezultat. Stosujesz podobne metody?

Tak. Mam różne swoje „zboczenia” podczas nagrywania wokali. Ale na razie nie potrafię się odważyć publicznie o nich mówić. (śmiech)

Twój pierwszy album - „Zapomnij mi” - pokrył się platyną, co jest sporem wyczynem jak na polski rynek. Myślisz, że to dlatego wytwórnia dała Ci wolną rękę przy pracy nad drugim krążkiem?

Myślę, że tak. Co prawda już na starcie dostałam duży kredyt zaufania, ale im większa sprzedaż płyt i dobre przyjęcie ze strony fanów, tym analogicznie wytwórnia daje większą swobodę artystyczną. Miałam więc szczęście.

Jak przeżywasz proces powstawiania płyty?

Zdarzają mi się nieprzespane noce, zdarzają mi się łzy. Ale to chyba normalne. Bo zależy mi, aby efekt był jak najlepszy. Nie wiem jak inni mają, ale ja piszę piosenki o swoich własnych doświadczeniach, więc jest to jak obdzieranie się ze swojej intymności. Do tego zawsze chcę to podać w jak najbardziej szlachetnej formie. A kiedy nie idzie to po mojej myśli, wpadam w furię.

Twoje teksty są pokombinowane, aby pasowały do wokalnych akrobacji, wyłania się z nich jednak główny wątek - miłosne perturbacje.

To się tylko tak może wydawać. Tam jest bowiem ukryte drugie dno. Choćby w piosence „Bronię się”. Opowiada ona o tym, że czasem przyciągamy w życiu różne osoby i sytuacje, które na pierwszy rzut oka nie pasują do naszego świata, natomiast jakaś siła sprawia, iż wywoływane przez nie na pozór złe wydarzenia, obracają się na naszą korzyść. Tak dzieje się w moim życiu. Oczywiście w kilku piosenkach jest też mowa o miłości - ale niekoniecznie piosenki te opowiadają o tym, co dzieje się u mnie aktualnie.

Masz poczucie, że wyższa siła prowadzi Cię w życiu?

Tak. Zarówno w życiu zawodowym i prywatnym. Spotkało mnie tyle dziwnych sytuacji, że nie można powiedzieć o nich, iż są przypadkowe. Są zbyt wyjątkowe i ważne dla mnie. Trudno mi to opisać słowami. Ale wierzę, że Ktoś mądrzejszy ode mnie kieruje moim życiem, wiedząc, co jest dla mnie dobre, a co złe. Dlatego nie buntuję się przeciw temu, tylko biorę na klatę. Bo w finalnym bilansie okazuje się, że jestem szczęśliwym człowiekiem, któremu udało się spełnić marzenia. A na problemy, które spotkały mnie po drodze, patrzę z uśmiechem. Wiem, że były potrzebne - bo dzięki nim doceniam to, co mam teraz.

Jak sukces, który odniósł Twój pierwszy album, zmienił Twoje relacje z branżą muzyczną?

Tak jesteśmy skonstruowani, że dopiero zewnętrzny sukces sprawia, że doceniamy kogoś. Tak było chyba też w moim przypadku. Sądzę, że niejedna osoba pomyślała po platynie dla „Zapomnij mi”: „No, faktycznie, to nie tylko śpiewanie pod prysznicem w łazience”. Sukces komercyjny zawsze jest wyznacznikiem pozycji rynkowej artysty. Ja jednak patrzę na każdego sercem: staram się dostrzegać błysk i talent nie tylko u tych, którzy są znani i popularni. Choćby u swoich fanów, bo są bardzo twórczy. Lubię wyszukiwać uzdolnione osoby i daję im różne zadania. Jedna z moich fanek, aktualnie moja przyjaciółka, stworzyła oprawę graficzną „Pióropuszy”.

Jak się można z Tobą bliżej poznać?

Można po koncercie podejść i pogadać. Zwłaszcza po występach klubowych w czasie trasy jesień-zima. Fani przychodzą, robią sobie ze mną zdjęcia, podpisuję im płyty, mogę więc z każdym zamienić dwa słowa. A ponieważ myślę pozytywnie - przyciągam do siebie dobrych ludzi.

A jak sukces odmienił Ciebie? Inaczej patrzysz na siebie niż trzy lata temu?

Myślę, że nie. Nadal jestem osobą, którą trzeba zapewniać, że wszystko zrobiła dobrze. Jestem tylko bardziej pewna, że wybrałam dobrą drogę w życiu i realizuję swoje powołanie. Sukces oderwał mnie też trochę od codzienności. Kiedyś wykonywałam bowiem inne prace: sprzątałam kemping w Norwegii czy uczyłam muzyki w szkole. Teraz jestem skoncentrowana na muzyce. Trochę przez to stałam się odrealniona, ale to dlatego, że mam akurat taki, a nie inny zawód.

Wydajesz się jednak osobą niezbyt zainteresowaną uczestnictwem w świecie celebrytów.

Ja czuję się źle w sytuacjach, które są pozbawione prawdy i jakichś głębszych wartości. Czasem trafiam na „ściankę”, ale tylko wtedy, gdy wymagają tego ode mnie obowiązki zawodowe.

Ale jesteś też pasjonatką mody, tworzysz oryginalne stroje. Branżowe bankiety to nie dobra okazja, żeby się pokazać?

W życiu warto się pokazywać. Przecież ja też tak robiłam na początku: publikowałam w internecie swoje klipy i występowałam w telewizyjnych talent show. Pewnie mogłabym też i swoją pasję do mody prezentować szerzej. Na ten moment całkowicie pochłania mnie jednak muzyka - przede wszystkim komponowanie dla siebie i innych artystów. Staram się nie być byle jaka. A byle jakim stajemy się wtedy, kiedy rozdrabniamy się na tysiąc różnych spraw.

Nie żałowałaś, że nie wyjechałaś za granicę?

Nie. Kocham swój kraj i cieszę się, że mogę śpiewać w ojczystym języku. Nie ma nic bardziej wzruszającego dla artysty, kiedy na koncercie tłum fanów śpiewa jednym głosem kolejne jego piosenki. Bardzo sobie to cenię. Nie mam na ten moment potrzeby szukania odbiorców za granicą. W Polsce jest jeszcze wiele miast i miasteczek, w których nie byłam ze swoją muzyką. Ma więc jeszcze wiele serc do poruszenia.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.