Reglamentowany luksus... zza lady. Smak świątecznej kiełbasy kupowanej na kartki. To było nie tak dawno

Czytaj dalej
Fot. zbiory - Biblioteka „Ośrodek Brama Grodzka”-Lublin
Arkadiusz Bednarczyk

Reglamentowany luksus... zza lady. Smak świątecznej kiełbasy kupowanej na kartki. To było nie tak dawno

Arkadiusz Bednarczyk

Wiele miejscowości posiada miejsca, w których od dziesiątków lat znajdowały się sklepy, lokale gastronomiczne czy rozrywkowe, gdzie w szarych latach PRL-u sprzedawano reglamentowane towary, przygotowywano posiłki o niezapomnianym smaku, świadczono usługi, bawiono się wyśmienicie przy muzyce „z tamtych lat”, a do których wyprawy stawały się niemalże rodzinnym świętem...

W ponurej, peerelowskiej rzeczywistości kolorowe wystawy, piękne zabawki, lusksusowe artykuły żywnościowe dla wielu z nas były niedostępnym luksusem. Ich namiastką, „bramą do raju” w wielu miastach były tzw. „Pewexy” w których za specjalne bony PKO czy dolary amerykańskie można było kupić pożądaną rzecz. Dzieciaki uwielbiały gumy do żucia „Donaldy” w których znajdowały się zawsze śmieszne historyjki będące gratką dla kolekcjonerów. Inni zadowalali się szynką konserwową w charakterystycznych czerwono,biało granatowych opakowaniach. Jeszcze inni kupowali ubrania, deficytowe, ale prawdziwe, markowe jeansy czy alkohol.

Takie Pewex-y mieściły się w Rzeszowie choćby - przy ul. Obrońców Stalingradu (dzisiaj Hetmańskiej) (dwie placówki) oraz w pobliżu Zakładu Doskonalenia Zawodowego (Lwowska) tuż za mostem. Łańcucianie wspominają „Pewex” przy ul. Kościuszki; kupowaną tutaj czekoladę z orzechami (z tzw. okienkiem) ziemne orzeszki (które dzisiaj spotkamy w każdym supermarkecie i nikt już za bardzo się nimi nie ekscytuje). A któż nie pamięta kolorowych klocków Lego, z których można było wyczarowywać różne obiekty, samochody i samoloty.

Elektroniczny zegarek i woda z saturatora

Na ulicach wielu naszych miasteczek pojawiały się również osoby, które mając sobie wiadome tylko kontakty z „tamtym, lepszym światem”serwowały pożądane dobra ogółowi wprost z drewnianych krzeseł czy taboretów. Mieszkańcy Przemyśla czy Łańcuta dobrze pamiętają siedzące okrakiem na stołeczkach panie np. w Przemyślu na ul. 3 Maja czy w Łańcucie przy ul. Zamkowej, w kierunku których padały spojrzenia pełne zazdrości i uwielbienia. O owych Pań można bowiem było nabyć luksusowe gumy do żucia (niezbędne do życia) wygrywające aż czternaście melodyjek elektroniczne zegarki czy kolorowe lizaki. Nigdy potem nie smakowała tak woda ze sokiem serwowana przez panów stojących przy ulicznych saturatorach np. na Franciszkańskiej w Przemyślu.

Przy rzeszowskiej ulicy 3 Maja znajdowały się Społemowskie Delikatesy, w których sprzedawano prawdziwe rarytasy... ciepłe bagietki po które przyjeżdżali ludzie z całego województwa a kolejki stały aż po wieżę kościoła farnego. Przychodzono po nie już z samego rana.

W Składnicy Harcerskiej na ul. 3 Maja w której - przy odrobinie szczęścia można było kupić wspaniałe kolejki Piko, tory semafory, i cały osprzęt kolejowy panowała kolekcjonerska gorączka. Pasjonaci kolejowych rozjazdów i lokomotyw poszukiwali sprzęt o odpowiedniej skali do swoich zestawów. Swój urok miały kolorowe samochody i czołgi (Made in CSRS) na baterie, z otwieranymi drzwiami i bagażnikiem albo - to w Pewexie - przedmiot marzeń wielu chłopców - tzw. resoraki z otwieranymi drzwiczkami. W składnicy można było nabyć modele samolotów do sklejania czy statki (słynna Aurora). Przy ul. Jagiellońskiej znajdował się długie lata Antykwariat - w którym przy odrobinie szczęścia można było zakupić prawdziwe "białe kruki": komiksy z przygodami kapitana Milicji Obuwatelskiej - Żbika, „Tytusa Romka i Atomka”, „Kajko Kokosza” czy też serię komiksów Ericha von Danickena (Lądowanie w Andach i kolejne). Tu także znajdował się sklep muzyczny w którym melomani poszukiwali poczciwych kaset magnetofonowych (odtwarzanych w kultowych magnetofonach Kasprzakach i Grundigach) z ulubionymi zespołami muzycznymi. Także czyste, nie nagrane kasety gorzowskiego Stilonu: „60” i „90” to był bardzo deficytowy towar.

Kartki na mięso
wikimedia.commons W sklepie lat pięćdziesiątych

U „Filipa Golarza” i w „Bałyckiej” z pływającymi karpiami

Prócz tego, że trzeba było coś jeść ludzie mieli również bardzie wyrafinowane potrzeby. Ot, jak choćby fryzjer. W wielu podkarpackich miastach znajdują się zakłady fryzjerskie pamiętające odległe czasy w których pracowali ludzie owiani legendą. Znane zakłady fryzjerskie w Przemyślu mieściły się od bardzo dawna na ulicy Mickiewicza, na ul. Kościuszki, na ul. 3 Maja . W Łańcucie przy dzisiejszej ul. Farnej znajdował się zakład fryzjerski pana Jankowiaka, na którego witrynie stał słój z pijawkami.

Dzieci prowadzone do takich zakładów czuły zapewne aurę tajemnicy jak Adaś Niezgódka z „Akademii Pana Kleksa; nota bene bardzo kasowego hitu kinowego lat osiemdziesiątych) gdzie na tajemniczych głowach znajdowały się damskie i męskie peruki, a mistrzowie grzebienia, niczym tajemni konstruktorzy lalki Alojzego pojawiali się bezszelestnie w białych kitlach niosąc ze sobą specjalne, drewniane wysokie krzesełka dla małych klientów. W Przeworsku sławnym do dzisiaj zakładem był lokal przy placu Mickiewicza w którym trzech nobliwych Panów Fryzjerów zwano „Trzema Muszkieterami”.

Ówczesne zegarki naręczne miały duszę. Dzięki mechanizmowi sprężynowemu nie musiały „chodzić na baterii” - wystarczy jak raz na dobę zegarek taki nakręcano. Dziś kiedy wyczerpie się bateria wielu z nas zegarek po prostu wyrzuca. Usługi zegarmistrzowskie nie są już tak jak dawniej popularne. Zakład Zegarmistrzowski pana Stanisława Ciąpały w Łańcucie był jednym z najstarszych zakładów usługowych. Znany był również zakład Jana Kudyby. W domu pana Kudyby skonstruowano mechanicznego aniołka do bożonarodzeniowej szopki, cieszącego się wielkim zainteresowaniem; aniołek – po wrzuceniu monety kłaniał się i zapalał latarenkę, machając przy tym skrzydłami.

Dobrym wspomnieniem starszego pokolenia cieszą się ówczesne lokale gastronomiczno-rozrywkowe. W rzeszowskiej „Jutrzence” przy placu Wolności odbywano zakrapiane dancingi podobnie w przemyskim „Egerze” czy „Adrii” W rzeszowskim „Relaksie” przy ul. Moniuszki w występowali artyści rzeszowskiej Estrady, a do tańca przygrywała orkiestra. W latach osiemdziesiątych sporą popularnością cieszyły się „Coctail-Bary” gdzie można było zjeść dobrą wuzetkę np. w Przemyślu czy wyśmienitą galaretka z bitą śmietaną w Łańcucie przy Synagodze. W dzisiejszym, poważnym budynku Instytutu Pamięci Narodowej, na Słowackiego w Rzeszowie mieścił się „Hortex” w którym jeszcze w latach dziewięć dziesiątych podawano smaczne lody. Przemyśl zaś słynął „langoszami” specjalnymi plackami węgierskimi serwowanymi na Franciszkańskiej, i restauracją „Bałtycką” w której witrynie – jak podobno opowiadano - pływały wielkie ryby.

Mięso i papier toaletowy – towary strategiczne

Sklep komercyjny w Łańcucie - inaczej sklep mięsny PSS Społem przy palcu Sobieskiego był w czasach PRL-u strategicznym punktem tego miasteczka. Od wczesnych godzin porannych przed wejściem do sklepu tworzyły się kilometrowe kolejki konsumentów spragnionych podrobów, szynki i kiełbasy - luksusowych wówczas dóbr, szarej rzeczywistości.

Panie Ekspedientki pracujące w tym pawilonie były najbardziej szanowanymi obywatelkami miasta z którymi warto było zadzierzgnąć głębszą znajomość . Sprawnie operowały nożyczkami odcinając głodowe racje z kartek na mięso - wrzucając następnie ścinki do specjalnego zeszytu. Podobno w jednym z łańcuckich sklepów mięsnych pan sprzedający tzw. berlinki – cienkie parówki uczył gawiedź jak należy je gotować a następnie podawać. Pewna pani przyjechała od matki z Wiednia i opowiadała znajomym jak należy jej jeść. Dziś na parówkach wiesza się ...psy.

A w społemowskich sklepach z artykułami cukierniczymi ustawiały się kolejne dłuuugie kolejki po wyroby czekoladopodobne. Podobnie było w sklepach papierniczych, gdzie przy odrobinie szczęscia można było dostać papier toaletowy, niestety szary. Ale rekompensowały to kolorowe chińskie piórniki na magnesy, pachnące chińskie gumki ; dostępne były także duże „mychy", kremowe lub białe gumki myszki, chowane w plastikowych pudełeczkach, z których otwierano tylko jedną połowę (połowa gumki tkwiła w drugiej części pudełeczka).Wśród uczniów furorę robiły długopisy chińskie, z charakterystycznym zakończeniem, złotą strzałeczką i takową, bądź srebrną skuwką. Pisały bardzo cienko, ich tusz miał charakterystyczny kolor. Pisano również ołówkami, a prawdziwym hitem były znowu chińskie, białe ołówki w różne śmieszne wzorki, zakończone różową gumką osadzoną w złotej tulejce. Ołówek trzeba było kiedyś zatemperować, więc powodzeniem cieszyły się temperówki np. o twarzach krasnali. Tęsknota sprawia, że pamięcią sięgamy do tamtych papierniczych sklepów – jak choćby niezapomniany „Miś Uszatek" w Rzeszowie na ulicy Kopernika (wcześniej 3 Maja).

Arkadiusz Bednarczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.