Pustostan działaczy PO: jak ZKZL opróżnił parter kamienicy?

Czytaj dalej
Fot. ADRIAN WYKROTA
Łukasz Cieśla

Pustostan działaczy PO: jak ZKZL opróżnił parter kamienicy?

Łukasz Cieśla

Przez 61 lat pewna rodzina z Poznania zajmowała parter kamienicy przy ul. Krasińskiego. Urzędnicy z ZKZL, powołując się na twardą literę prawa, w końcu doprowadzili do jej eksmisji. Tak „opróżniony” lokal szybko przejął Tadeusz Czyżyk, kierownik w miejskiej spółce i od kilku lat członek PO.

Rodzina Wolnych i Dworaczków od 1950 roku mieszkała na parterze kamienicy przy Krasińskiego 11. Gdy chcieli wykupić lokal, urzędnicy Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych na to nie pozwolili. Powoływali się na twardą literę prawa. W końcu pozwali rodzinę do sądu i doprowadzili do jej eksmisji. Tak oto atrakcyjnie położone mieszkanie stało się pustostanem, które szybko trafiło w ręce… Tadeusza Czyżyka. Czyli opisywanego już przez nas pracownika „mieszkaniówki” i działacza PO.

Czyżyk, wskutek decyzji urzędników najpierw wynajął, a potem wykupił od miasta olbrzymi lokal. Smaczku sprawie dodaje fakt, że był kierownikiem miejskiego Biura Obsługi Mieszkańców, któremu podlegał „opróżniony” lokal

.

Parter nie do wykupu

O losach mieszkania na parterze przy Krasińskiego 11 opowiedział nam Norbert Dworaczek, wieloletni lokator. W 2011 roku musiał opuścić mieszkanie. Wskutek pozwu ZKZL został z niego eksmitowany.

- W tym budynku są też dwa inne mieszkania. Zarówno sąsiadowi z pierwszego piętra, który jest księdzem, jak i sąsiadom z drugiego udało się wykupić od miasta mieszkania. Nic do nich nie mam, zawsze żyliśmy w zgodzie. Ale fakty są takie, że jedynie nam to się nie powiodło. To bardzo przykre - mówi Norbert Dworaczek.

Mieszkania mogły wykupić pozostałe osoby mieszkające przy Krasińskiego. Tylko lokatorzy z parteru usłyszeli „nie” od ZKZL

Jego dziadkowie przydział na Krasińskiego 11 dostali w 1950 roku. Zamieszkała tam także jego mama Czesława oraz jej chora psychicznie siostra Genowefa. W 1984 roku Genowefa została zresztą ubezwłasnowolniona. Opiekunem prawnym została matka chorej, czyli babcia Norberta. Potem pieczę nad chorą sprawowała siostra Czesława, mama Norberta. Także Norbert zamieszkał przy Krasińskiego. Był tam zameldowany od urodzenia w 1972 r. W latach 80. wyprowadził się z rodzicami na os. Chrobrego, by w 1990 roku na stałe wrócić na Krasińskiego. Opiekował się babcią i schorowaną ciocią.

Upośledzona głównym najemcą

Lokal na parterze miał 137 m.kw. Ale w praktyce były to dwa odrębne mieszkania ze wspólną łazienką i korytarzem. To spuścizna po dawnych czasach, po mieszkaniach z przydziału, w których upychano po dwie i więcej rodzin.

Dziadkowie Norberta i reszta jego rodziny zajmowali większą część parteru, ok. 76 m.kw.

Najemcą była babcia Norberta. Ale w 2005 roku kobieta podupadła na zdrowiu i zmarła. Przed jej śmiercią rodzina zdążyła uregulować opiekę nad chorą Genowefą. Nowym opiekunem prawnym została jej siostra Czesława, czyli mama Norberta.
Czesława, jeszcze za życia swojej matki, zaczęła mieszkać przy Krasińskiego. Opiekowała się nią oraz upośledzoną siostrą.

Gdy matka zmarła, Czesława została przy Krasińskiego. Zajmowała się niesamodzielną siostry. Ale to ubezwłasnowolniona Genowefa została nowym najemcą.

- ZKZL powiedział, że tak ma być. Oczywiście to ja załatwiałam wszystkie sprawy i podpisywałam dokumenty najmu, ale formalnie to upośledzoną siostrę wpisano jako nowego, jedynego najemcę - opowiada Czesława.

Twarde prawo, ale prawo

Wkrótce rodzina zaczęła starania o wykup lokalu przy Krasińskiego. 7 lutego 2007 roku ubezwłasnowolniona Genowefa, reprezentowana przez siostrę Czesława, złożyła stosowny wniosek. Nie udało się.

- Nie było możliwości realizacji wniosku z uwagi na niespełnienie kryterium samodzielności lokalu - wskazuje Magdalena Gościńska, rzecznik ZKZL. - Parter budynku to było jedno, duże mieszkanie wspólne. A ta rodzina miała tytuł prawny, czyli umowę najmu, tylko do jego części - dodaje.

Niebawem ZKZL wyszedł z własną propozycją. Chciał, by chora psychicznie Genowefa, wymagająca całodobowej opieki, wyprowadziła się do innego, jednopokojowego mieszkania. Nie zgodziła się na to jej siostra.

Po chwili rodzina złożyła kolejny wniosek. Tym razem Czesława chciała pomóc rodzinie mieszkającej na pierwszym piętrze. Bo zwolniła się ta część mieszkania na parterze, do której Dworaczkowie nie mieli prawa najmu. Czesława prosiła więc ZKZL, by opuszczoną część parteru przyznać rodzinie B., sąsiadom znajdującym się w trudnej sytuacji. Zaproponowała, że sama odda im jeszcze jeden z trzech swoich pokoi, bo jej, siostrze i Norbertowi wystarczą dwa.

- Tamtym pismem do ZKZL wsparłam starania państwa B. Ta sześciosobowa rodzina, na pierwszym piętrze przy Krasińskiego, wynajmowała od księdza jeden pokój i małą kuchenkę. Ale urzędnicy się nie zgodzili. To było bardzo dziwne. Efekt był taki, że ta część parteru przez kilka następnych lat stała pusta - opowiada Czesława.

Dlaczego ZKZL nie zezwolił, by potrzebująca rodzina zajęła zwolnioną część parteru? - Niestety, rodzina państwa B. nie posiadała uprawnień do podpisania umowy najmu z zasobów miasta Poznań. Taka możliwość byłaby wtedy, gdyby znaleźli się na liście mieszkaniowej - odpowiedziała nam Magdalena Gościńska, rzecznik ZKZL.

Genia zmarła, więc „do widzenia”

W 2008 roku doszło do kluczowego zdarzenia. W lipcu zmarła upośledzona Genowefa, formalnie jedyny najemca parteru przy Krasińskiego

. Opiekująca się nią siostra Czesława oraz zameldowany tam Norbert nie mieli tytułu prawnego do lokalu.
Zgodnie z przepisami, po Genowefie „odziedziczyć” prawo najmu mógłby tylko jej hipotetyczny mąż, jej dzieci, partner lub osoba, której płaciłaby alimenty. A przecież Genowefa była chora psychicznie. Małżeństwo czy rodzicielstwo nie wchodziły w grę.

ZKZL szybko więc poinformował Norberta, że jako siostrzeniec zmarłej nie ma żadnego prawa do lokalu. Co prawda w piśmie do Norberta dyrektor Ewa Bartosik z ZKZL wskazała, że w szczególnie uzasadnionych przypadkach miasto może wynająć lokal osobie nie mającej tytułu prawnego, ale tematu nie rozwijała.

Jarosław Pucek, były prezes ZKZL:
- Zapis o szczególnie uzasadnionych przypadkach to taki przepis-wytrych. Mógł go zastosować prezydent Poznania, ale nie było wskazanych konkretnych sytuacji, kiedy dochodzi do takiej nadzwyczajnej sytuacji. Stosowanie przepisu było więc uznaniowe.

ZKZL wskazał również Norbertowi, że po śmierci ciotki został sam na 76 m.kw. A przepisy w Poznaniu stanowią, że na jedną osobę w lokalu komunalnym może przypadać maksymalnie 35 m.kw. Urząd wskazał więc Norbertowi, że może starać się o znacznie mniejsze lokum.
- A ja planowałem wtedy małżeństwo. Potem pojawił się syn.

Gdy mnie eksmitowano, żona była w zaawansowanej ciąży

- opowiada Norbert.

Z kolei w przypadku jego mamy Czesławy, ZKZL wskazał, że była zameldowana na Piątkowie. Tam mieszkał jej mąż.

- Mój błąd polegał na tym, że gdy w 2005 roku mama zachorowała i się do niej przeprowadziłam, nie zameldowałam się przy Krasińskiego. Jednak wtedy nie przypuszczałam, że za kilka lat ZKZL pozbawi nas mieszkania - podkreśla Czesława.

ZKZL chce eksmisji

Czesława i Norbert z pomocą prawnika walczyli jeszcze o tytuł prawny do lokalu.

ZKZL odpowiedział „z grubej rury”.

W marcu 2009 roku urząd złożył do sądu pozew o eksmisję Norberta - zameldowanego, ale „bezprawnego” lokatora parteru przy Krasińskiego.

Uczestniczką postępowania stała się także jego mama Czesława. Kobieta przekonywała sąd, że w 2005 roku wróciła do rodzinnego mieszkania przy Krasińskiego. Zamieszkała tam, opiekowała się umierającą się matką oraz schorowaną siostrą. Świadkowie, w tym sąsiedzi, potwierdzili, że tam mieszkała, na Jeżycach chodziła do kościoła, organizowała uroczystości rodzinne, rano otwierała drzwi pielęgniarce przychodzącej do matki i siostry.

Sądu to nie przekonało. Uznał, że Czesława tak naprawdę żyła na dwa domy. Bo na Piątkowie, gdzie była zameldowana i mieszkała od lat 80., wciąż chodziła do fryzjera i lekarza. A w rozmowie z jednym z urzędników miała powiedzieć, że chce wrócić na Piątkowo, jeśli upośledzoną siostrę umieści w domu opieki.

Dla sądu kluczowe było to, że Czesława w chwili śmierci matki nie traktowała mieszkania przy Krasińskiego jako swojego miejsca życia

. W ocenie sądu tylko tam przebywała, bez zamiaru stałego pobytu. Sąd uznał ponadto, że prawa do lokalu nie ma również Norbert.

W lutym 2011 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu prawomocnie orzekł o eksmisji rodziny. W maju 2011 roku Norbert opuścił lokal. Wraz z ciężarną żoną szukał innego mieszkania.

Pan kierownik bierze pustostan

W efekcie działań ZKZL, działającego pod szczytnym hasłem obrony porządku prawnego, od maja 2011 roku cały parter przy Krasińskiego 11 stał się pustostanem.

Przebieg dalszych wydarzeń był następujący. W czerwcu 2011 roku ZKZL przekazał cały lokal do Biura Zamiany Mieszkań „w celu złożenia oferty zawarcia umowy najmu osobom zainteresowanym wykupem mieszkań, a aktualnie zajmującym lokale komunalne”. We wrześniu odbyło się planowanie robót budowlanych potrzebnych do adaptacji lokalu w jedno duże mieszkanie. W październiku oszacowano koszt tych prac. W listopadzie 2011 r. po pustostan zgłosił się Tadeusz Czyżyk, ówczesny kierownik BOM nr 1, któremu podlegał ten lokal.

Z czasem Tadeusz Czyżyk stał się nowym najemcą, a potem kupił cały lokal po okazyjnej cenie. Bo miasto udzieliło mu dużej bonifikaty.

Arkadiusz Stasica, obecny prezes ZKZL: - Wszystko z tym mieszkaniem działo się zgodnie z przepisami. Jednak, gdybym ja podejmował wtedy decyzje, sądzę, że finał byłby inny. Gdy niemożliwe okazało się pozostanie w lokalu dotychczasowych mieszkańców, zaproponowałbym przeznaczenie całego mieszkania na sprzedaż w przetargu.

Na inne aspekty zwraca uwagę Tomasz Lewandowski. Były radny, a obecnie wiceprezydent Poznania od lat zajmuje się gospodarką mieszkaniową.

- Nie znam sytuacji tej konkretnej rodziny. Ale sprzeciwiam się poglądowi, że jeśli ktoś przez lata wynajmował lokal komunalny, to on mu się należy. Nie, nie należy się z automatu. Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie - zaznacza Tomasz Lewandowski. - Jednak wiem również, że urzędnicy podchodzą bardzo uznaniowo do różnych spraw. W wielu sytuacjach potrafili być bardzo restrykcyjni i wskazywać na przeszkody przy wykupie mieszkań. Za to w innych przypadkach byli bardzo życzliwi. Historia pana Czyżyka to właśnie przykład takiej otwartości. Przebieg jego sprawy pokazuje, że był traktowany z dużą życzliwością. Nie doświadczył tego, co w takich sytuacjach spotyka przeciętnego Kowalskiego.

Czyżyk nabył pustostan, gdy ZKZL-em kierował Jarosław Pucek, kiedyś także działacz PO.
- Moim zdaniem Tadeusz Czyżyk miał prawo wynająć tak duży pustostan. Ale

wszystko wskazuje na to, biorąc pod uwagę sekwencję zdarzeń, że operacja miała z góry powzięty zamiar

. Taki, żeby lokal tanio wykupiony przez Czyżyka od miasta trafił w ręce Filipa Kaczmarka - uważa Jarosław Pucek.

Tajemniczy remont pustostanu

Tadeusz Czyżyk, po wynajęciu pustostanu, musiał przeprowadzić w nim remont. Miasto wyceniło koszty na 123 tys. zł netto.

Z informacji docierających do naszej redakcji wynika, że

prace wykonywały firmy, które wcześniej dostawały bezprzetargowe zlecenie w kierowanym przez Czyżyka Biurze Obsługi Mieszkańców

. Ponoć remontowały bez faktur, bo roboty miały być wykonane „po dobrej znajomości z panem kierownikiem”.

- Jakiś czas po naszej eksmisji poszłam po resztę rzeczy na Krasińskiego. Trwał generalny remont, ale pracownicy nie chcieli powiedzieć, kto jest właścicielem. Stwierdzili jedynie, że przysyła ich tutaj „pan kierownik” - relacjonuje Czesława, mama Norberta.

Tadeusz Czyżyk, choć kilka razy pytaliśmy go o faktury za remont, nigdy nie chciał ich pokazać. Z kolei ZKZL przekazał nam informację, że urząd nie miał prawa weryfikować kosztów remontów prowadzonych przez Czyżyka.

W 2014 roku, po spełnieniu wszystkich formalności i zakończeniu remontu,

Tadeusz Czyżyk formalnie wykupił pustostan. I tak bardzo był nim zainteresowany, że już po dwóch miesiącach w drodze zamiany oddał lokal partyjnemu koledze Filipowi Kaczmarkowi

. W zamian za wyremontowany pustostan, dostał od Kaczmarka na własność nowe mieszkanie.

Kulisy ich zamiany opisaliśmy wiosną 2015 roku. Ustaliliśmy, że gdy Czyżyk starał się o wykup pustostanu, Kaczmarek w 2012 roku kupił nowe mieszkanie w „Willi Urbano” przy Piątkowskiej. Od mieszkańców tego budynku usłyszeliśmy, że Kaczmarka nigdy tam nie widzieli. Doskonale kojarzyli za to Czyżyka. Jako swojego sąsiada, który wprowadził się tam najpóźniej na początku 2013 roku. Oznaczałoby to, że Czyżyk najpierw zamieszkał w lokalu Kaczmarka przy Piątkowskiej, a potem zrewanżował mu się pustostanem tanio wykupionym od miasta.

Istotne jest także to, że już na przełomie 2012 i 2013 roku Czyżyk wszedł do zarządu wspólnoty mieszkaniowej nowego bloku przy Piątkowskiej. A wspólnotę tworzą przecież właściciele mieszkań.

Po naszych artykułach z zeszłego roku, Tadeusz Czyżyk pozwał do sądu dziennikarza „Głosu Wielkopolskiego” (autora artykułu). Czyżyk przegrał sprawę. Proces stał się okazją do wysłuchania zeznań bohaterów tej historii.

W sądzie zapytaliśmy Czyżyka, jak wytłumaczy fakt, że mieszkańcy z Piątkowskiej kojarzą go jako swojego sąsiada najpóźniej od początku 2013 roku? Czyżyk stwierdził, że po prostu tamtędy przechodził, bo... odwiedzał Filipa Kaczmarka. Czyżby chciał powiedzieć, że majętny polityk porzucił swój duży dom i wybrał 77-metrowe mieszkanie w bloku? Czyżyk po chwili stwierdził, że Kaczmarek nie mieszkał przy Piątkowskiej lecz czasami tam „przebywał”. I wtedy właśnie go tam odwiedzał.

Dlaczego Czyżyk od razu wszedł do zarządu wspólnoty przy Piątkowskiej, skoro, jak twierdzi, zamieszkał tam dopiero latem 2014 roku? Czyżyk w sądzie zeznał, że wiele wspólnot mieszkaniowych prosi go, by wszedł do ich zarządów. Ale on odmawia.
Gdy sąd zapytał w zarządach ilu wspólnot zasiada, Czyżyk odpowiedział, że... w jednej. Właśnie tej przy ul. Piątkowskiej. Do wejścia do zarządu tej wspólnoty, jak zeznał Czyżyk, skutecznie namówiła go… żona Filipa Kaczmarka. Czyżyk dodał też, żona polityka chciała w pustostanie przy Krasińskiego prowadzić fundację.

Filip Kaczmarek inaczej skomentował sprawę. W sądzie zeznał, że nie ma żadnej wiedzy na temat zasiadania Tadeusza Czyżyka w zarządzie wspólnoty przy Piątkowskiej. Twierdził też, że nigdzie go nie delegował. Sam nie uczestniczył w spotkaniach wspólnoty.

Sprawę pustostanu wciąż wyjaśnia poznańska prokuratura.

Łukasz Cieśla

Zajmuję się głównie sprawami kryminalnymi, śledztwami, prokuraturą i procesami sądowymi. Chętnie podejmuję również inne, ciekawe i kontrowersyjne tematy. Czasami piszę o polityce. Jestem współautorem reportaży telewizyjnych w "Superwizjerze TVN".

Wychodzę z założenia, że najciekawsi są ludzie i fakty.

W "Głosie Wielkopolskim" swoje pierwsze teksty opublikowałem jeszcze jako student, latem 2003 roku. Prywatnie jestem pasjonatem sportu pod różnymi postaciami, podróży i Gruzji, do której jeżdżę od kilkunastu lat.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.