Prof. Jacek Łuczak nie żyje. Lekarza medycyny paliatywnej i założyciela Hospicjum Palium wspominają Barbara Grochal i prof. Waldemar Łazuga

Czytaj dalej
Fot. Archiwum
Marek Zaradniak

Prof. Jacek Łuczak nie żyje. Lekarza medycyny paliatywnej i założyciela Hospicjum Palium wspominają Barbara Grochal i prof. Waldemar Łazuga

Marek Zaradniak

- Medycyna to moja życiowa pasja, coś znacznie więcej niż zawód - mówił prof. Jacek Łuczak, wybitny specjalista w dziedzinie medycyny paliatywnej i wielu innych. Zmarł 22 października w wieku 84 lat.

Prof. Jacek Łuczak kochał życie, choć na co dzień towarzyszyła mu śmierć i ludzkie cierpienie. Wiedział, że rozwój opieki paliatywnej to jedyna szansa na godność dla tych, którzy właśnie odchodzą. Był z nimi do samego końca.

Nie ma wątpliwości, że prof. Jacek Łuczak to pionier opieki paliatywnej w Polsce, znany choćby jako współtwórca poznańskiego Hospicjum Palium. Był on absolwentem I Liceum im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Studiował na Wydziale Lekarskim ówczesnej Akademii Medycznej.

Był założycielem i długoletnim prezesem Polskiego Towarzystwa Opieki Paliatywnej oraz przewodniczącym Krajowej Rady Opieki Paliatywnej i Hospicyjnej przy Ministerstwie Zdrowia. Ponadto kierował Kliniką Opieki Paliatywnej Katedry Onkologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

W jego dorobku znajduje się ponad 400 prac naukowych. W latach 1994-2001 był specjalistą i konsultantem krajowym w dziedzinie medycyny paliatywnej. W 2013 roku otrzymał Wielkopolską Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Rok wcześniej zwyciężył w plebiscycie „Człowiek Roku” zorganizowanym przez „Głos Wielkopolski”. W tym samym roku, za zaangażowanie w pracę z ciężko chorymi i rozwijanie opieki paliatywnej uhonorowany został Europejską Nagrodą Obywatelską. Z kolei 23 marca 2015 otrzymał tytuł Ambasadora Marki Wielkopolski.

Jak profesora Jacka Łuczaka wspominają ci, którzy byli blisko niego?

Barbara Grochal, koordynatorka wolontariatu Hospicjum Palium:
- Profesor był człowiekiem renesansu. Miał bardzo wiele różnych twarzy i szerokie zainteresowania. Począwszy od tego, że bardzo interesował się piłką nożną, a szczególnie Lechem Poznań. Był też znakomitym brydżystą. Chyba nawet założył pierwszy w Poznaniu klub brydżowy. Zaczynał jako kardiolog, potem był anestezjologiem i wróżono mu wielką karierę, lecz zobligowany przez jedną z pacjentek, zajął się medycyną paliatywną. Mówiła mu, że tacy ludzie zostają porzuceni i potrzebują wsparcia. Kogoś, kto będzie za nich walczył, chociażby o to, by nie było bólu. Przyjął to zobowiązanie - mówi.

W latach osiemdziesiątych, po wielu bojach, utworzył przy ulicy Łąkowej siedmiołóżkowy oddział. Wcześniej docierał do chorych do domu na zasadzie wolontariatu. Myślę, że był prekursorem opieki paliatywnej w Polsce. Podczas konferencji z okazji 30-lecia Polskiego Towarzystwa Opieki Paliatywnej każdy z jej uczestników mówił, że to profesor go uczył. To on jeździł po kraju, opowiadał o opiece paliatywnej, o tym, jak trzeba zajmować się pacjentem. Wiele mówił o empatii, uważności, pokorze i o tym, że pielęgniarki są najlepszymi nauczycielami. Profesor był takim wzorcem z Sevres pod Paryżem dla wszystkich lekarzy.

Pamiętać o drugim człowieku

- Teraz medycyna bardzo postępuje, ale gdzieś ten drugi człowiek się zagubił. Profesor, nawet kiedy rozmawiał z kimś bardzo ważnym, gdy kątem oka zobaczył kogoś niedomagającego, a w przypadku, o którym mówię była to nasza wolontariuszka, to odrzucił tę ważną osobę i biegł do tej, która źle się poczuła i już jej towarzyszył. Badał, wspierał. Medycyna jest już na tyle sprawna, że niektóre rzeczy, jak ból fizyczny, potrafi usunąć, ale jest jeszcze ból duchowy, w pokonaniu którego mogą pomóc Bóg i drugi człowiek. Takie było jego myślenie i tego nas uczył - mówi Barbara Grochal.

Był człowiekiem niezwykle inteligentnym. Swojego czasu na oddziale hospicjum była pacjentka, która okazała się być jego koleżanką z roku. Wspominała jak przygotowywali się do egzaminów. Przed bardzo trudnym egzaminem wszyscy byli wystraszeni. Młody student Jacek Łuczak przyszedł i zapytał: „A co my dzisiaj zdajemy?”. „Jak to, nie wiesz?” - padły odpowiedzi. „Pożyczcie mi notatki” - poprosił. Wziął je, poszedł na ostatnie piętro, usiadł w oknie, przeczytał. Zszedł na dół i zdał na piątkę.

Kiedy każdy pacjent umiera

Oczywiście sam też był bardzo wymagający. Bo gdyby nie on, to pewnie by to hospicjum nie powstało. Walczył, by ten pustostan, który otrzymał od wojewody Łęckiego, stał się Hospicjum. Na początku całe osiedle było przeciwko niemu. Ktoś inny by się osłabił, ale on wiedział, że te siedem łóżek to bardzo mało i rozbudował. Potem chodził w tej sprawie. Nikt nie był przekonany do tego, bo przecież finansowanie opieki paliatywnej jest słabe. Nikt by nie pozwolił na rozbudowę gdyby nie on i jego determinacja.

- Zgodził się też na mój wariacki pomysł. Na to, by różne rzeczy robić na zasadzie wolontariatu. Motywy wolontariatu były takie, że to był ruch społeczny. Profesor cieszył się tymi młodymi ludźmi, bo edukacja była dla niego bardzo ważna. Myślę, że wiele rzeczy niesamowitych zrobił. Teraz tylko dla nas pozostaje znak zapytania i zobowiązanie ale i przynaglenie, aby tego nie zmarnować

- mówi Grochal.

- Oczywiście będą problemy, bo opieka paliatywna to mało spektakularna dziedzina medycyny i wielu lekarzy i naukowców ma z tym problemy. Bo i tak porażka, bo na końcu każdy pacjent umiera. Ważne jest jednak jak umiera. To było ważne dla profesora, a dla niewielu osób jest ważne. Wielu myśli, że się z tym nie spotka - dodaje.

Marzenie o godności

- Taki był profesor dla nas. Jest wiele rzeczy, których nie zdążył zrobić. Cały czas myślał o rozbudowie hospicjum, na którą nie do końca była zgoda uniwersytetu, i my cały czas czekamy na tę zgodę - podkreśla Barbara Grochal.

Profesor chciał też stworzyć hospicjum dla osób nienowotworowych, a takiego w Poznaniu nie ma. Nie ma też hospicjum dla osób wentylowanych, a więc takich, które muszą używać respiratorów. To były jego marzenia. Myślał o tym, że opieka paliatywna na wysokim poziomie powinna być dużo szersza. On widział to wszystko i gdyby zdrowie pozwoliło, to by pewnie niejedna piękna rzecz przez niego była stworzona. - My byśmy mu w tym pomogli. Zostawił nam to, mówiąc: „Teraz wy” - dodaje koordynatorka wolontariatu Hospicjum Palium.

Profesor Waldemar Łazuga, historyk i przyjaciel:

- Znaliśmy się wiele lat i mógłbym przypomnieć kilkadziesiąt scen, które pamiętam bardzo dobrze. On mnie raz po raz zaskakiwał różnymi decyzjami, tonem władczym albo też bardzo przyjacielskim. Ta nasza przyjaźń była czymś specjalnym.

Dał jej zresztą wyraz w opublikowanym tekście.
Moja ostatnia rozmowa z nim odbyła się dwa tygodnie temu. Zadzwonił z OIOM-u i mnie najzwyczajniej ochrzaniał. Prosił, aby mu przynieść jakąś książkę, a ja o tym zapomniałem. Ja się sumituję i mówię: „Jacku, oczywiście”. Powiedz, gdzie mam ci tę książkę przynieść. „Nie masz mi przynosić, zostaw tam gdzieś” - odpowiedział. „Dlaczego mam gdzieś zostawiać, przecież ty wyjdziesz z tego szpitala” - odpowiedziałem. A on na to: „Ja z tego OIOM-u już nie wyjdę. A o książce musisz pamiętać”. Tak beształ mnie przez piętnaście minut, po czym stwierdził: „Wiesz, musimy do tej rozmowy wrócić. Ja z tego OIOM-u nie wyjdę, choć teraz czuję się bardzo dobrze”. Kompletnie powalił mnie energią z jaką prowadził rozmowę ze mną. To była rozmowa długa i mimo wszystko życzliwa. Zacząłem się śmiać mówiąc: „Wciąż jesteś taki sam” - wspomina prof. Łazuga.

By pomagać, trzeba walczyć

- Kiedyś zaocznie zrobił mnie wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Opieki Paliatywnej i przez lata byłem jego zastępcą. Ale on mnie wcale o zgodę nie pytał. Uznał, że skoro w pewnej sprawie mu pomogłem, to teraz zrobi mnie wiceprezesem i będę miał jeszcze mocniejsze przełożenie. Sposób, w jaki o niektórych sprawach myślał, naprawdę mnie zaskakiwał, ale i czasami bawił. Kiedyś byłem z nim na rozmowie z bardzo ważną osobą. Nie wiem po co on mnie tam wziął. Ale, jak to on, powiedział: „Musimy tam pójść. Bardzo cię proszę, abyś mi towarzyszył”. Poszedłem.
Spotkanie był umówione i muszę powiedzieć, że nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć. Bo na tę bardzo ważną osobę, od pierwszych słów, Jacek Łuczak najzwyczajniej napadł słownie. Zaczął mówić, że to trzeba dać i że kto to widział, a hospicjum ma potrzeby, i że to najważniejsza rzecz. Nie widziałem go wcześniej tak rozjuszonego. Ja się właściwie nie odzywałem. Byłem niemym świadkiem wszystkiego. Byliśmy zaskoczeni tym gwałtownym atakiem. Jeszcze bardziej mnie Jacek zaskoczył, kiedy w dwie minuty po tym spotkaniu wyszliśmy z sali i serdecznie się uśmiechnął mówiąc: „Wiesz co, to może załatwiliśmy?” - mówi przyjaciel profesora.

Śmierć ma wiele twarzy

- Wiele razy mnie zaskakiwał. Któregoś dnia zadzwonił do mnie, że jest w trasie, ale za trzy godziny będzie w Poznaniu i muszę się natychmiast z nim spotkać. „Przełóż wykład i inne spotkania” - prosił. Czego się nie robi dla przyjaźni. Poprzesuwałem swoje zajęcia. Przyjechał do mnie. Usiadł. Uśmiechnął się i powiedział rzeczy niekoniecznie ważne, które równie dobrze mógł mi powiedzieć za dwa dni albo przez telefon. Ale to był cały Jacek. Taki trochę dla mnie nieodgadniony. Takim go pamiętam. Często dzwonił do mnie, albo ja dzwoniłem do niego. On nie tylko lubił mówić o śmierci, choć i o tym rozmawialiśmy. Miał we mnie partnera, który nie jest lekarzem - wyznaje profesor Łazuga.

- Interesował go nie tylko ten biologiczny wymiar śmierci, ale też uczuciowy, filozoficzny i o tym nieraz rozmawialiśmy. Wielokrotnie byłem u niego w hospicjum. Widziałem różne sceny, a on prosił mnie o komentarz, jak to odebrałem. I to nas zbliżało. Rozmawialiśmy o śmierci, ale i życiu, i to jest właśnie ta strona, o której niewielu wie. On bardzo lubił rozmawiać o życiu, o tym, jakimi kolorami ono się mieni. O tym, że jest jak pory roku. Jest jesień, wiosna, lato. W dodatku był taki nieprawdopodobnie żywotny. On, który obcował ze śmiercią, był do życia straszliwie przywiązany. Był kiedyś tak ciężko chory, że myślałem, iż z tego nie wyjdzie. Wyszedł z tego, a kiedy zdrowiał, miałem od niego pogodne i wesołe telefony. Dlatego kiedy zadzwonił z OIOM-u, to naszym wspólnym znajomym mówiłem: „Jacek nie przestaje być sobą”. Myślałem, że to, iż jest na OIOM-ie to żart. Ale to nie był żart. I to był cały Jacek. Ta ostatnia scena była kropką, którą postawił w naszej przyjaźni - wspomina prof. Łazuga.

Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.