Poznań: Stuletnia „Dwójka” wyrusza w XXII wiek. Jubileusz II Liceum Ogólnokształcącego im. Generałowej Zamojskiej i Heleny Modrzejewskiej

Czytaj dalej
Fot. Archiwum II LO
Monika Kaczyńska

Poznań: Stuletnia „Dwójka” wyrusza w XXII wiek. Jubileusz II Liceum Ogólnokształcącego im. Generałowej Zamojskiej i Heleny Modrzejewskiej

Monika Kaczyńska

Dwa budynki, dwie patronki, dwie matury i historia podzielona poniekąd na dwie części: tę szkoły żeńskiej i drugą - koedukacyjną. Poznańskie II Liceum Ogólnokształcące im. Generałowej Zamojskiej i Heleny Modrzejewskiej obchodzi setne urodziny.

„Dwójka wyróżnia się łagodnością charakteru, skromnością oraz dobrocią. Wie, że tolerancja dla cudzych poglądów otwiera w życiu wiele drzwi” - piszą numerolodzy. O II Liceum Ogólnokształcącym im. Generałowej Zamoyskiej i Heleny Modrzejewskiej absolwenci mówią podobnie. A liczba dwa towarzyszy szkole od pierwszych dni istnienia.

Młodsza siostra

„Dwójka” została powołana do życia w 1919 roku jako „Państwowe Liceum Żeńskie na Łazarzu”. Była drugą państwową szkołą średnią w Poznaniu, powstałą krótko po męskim wówczas „Marcinku”.

W przeciwieństwie do „starszego brata” miała dwa adresy. W pierwszym roku działała w budynku przy ul. Matejki 56, w kolejnym roku szkolnym przeniesioną ją do budynku przy ul. Matejki 8. I choć można powiedzieć, że działa w nim do dziś, nie byłaby to do końca prawda. W 1959 roku oddano do użytku nowe skrzydło szkoły i choć od tego czasu upłynęło już 60 lat zajęcia w „Dwójce” odbywają się w starym lub nowym budynku. I to wciąż nie koniec dwójkowych dwoistości.

Do 1966 roku była szkołą wyłącznie żeńską. Dopiero w roku szkolnym 1967/1968 po raz pierwszy w szkolnych klasach pojawili się uczniowie. Od 1993 roku szkoła ma dwie patronki: Generałową Zamojską i Helenę Modrzejewską, a od 2004 roku przeprowadza dwie matury: polską i międzynarodową.

Od początku istnienia szkołą kierowało 14 dyrektorów, kilkuset profesorów kształtowało młode umysły i charaktery. Jej absolwenci ze wszystkich roczników mogliby zaludnić całkiem spore miasteczko. Od 1922 roku było ich łącznie 13504.
Wśród nich nie brakuje nazwisk z pierwszych stron gazet i tych mniej popularnych: prawników, lekarzy, naukowców, polityków, artystów, nauczycieli, przedsiębiorców. (Żeby wymienić tylko kilka osób: Anielę Sławską, Grażynę Kulczyk, prof. Marię Siemionow, prof. Katarzynę Dziubalską-Kołaczyk, Piotra Gąsowskiego). Rodziców, przyjaciół, obywateli... Z takim bilansem „Dwójka” wchodzi w drugie (a jakże) stulecie swoje działalności.

Wyniesione ze szkoły

Pamięci o dniach spędzonych w szkole przy ul. Matejki czas się często nie ima. Może tylko jego upływ trochę łagodzi sądy, nieco wygładza kontury, ale emocje pozostają żywe.

- „Ale co ty sama o tym myślisz..”, „Jak myślisz co autor chciał przez to powiedzieć”, „Dlaczego wybrałaś ten temat?”. Te i inne pytania dźwięczą mi w (...) uszach, gdy wspominam naszą polonistkę, panią Dziembowską

- wspomina Jadwiga Komorowska (matura 1939), jedna z najstarszych, żyjących absolwentek „Dwójki”.

- Drugą osobą, której ślady odnajduję w późniejszym, moim dorosłym życiu była pani Michalina Krzyżanowska. Uczyła nas języka, ale i kultury francuskiej. (...)Język francuski przydał mi się w pracy naukowej i w wykładach z socjologii na zagranicznych uniwersytetach. Gdy na pytanie „gdzie się pani uczyła francuskiego” odpowiadałam, że w szkole, to moim rozmówcom trudno było uwierzyć. Ale to była prawda - snuje opowieść. Podobnie było z łaciną. (...) Moi Rodzice cieszyli się, że mieli córkę w - jak to mówili - najlepszej w całym Poznaniu ogólnokształcącej średniej szkole imienia Generałowej Zamoyskiej. I ja również cieszę się, że byłam uczennicą tej szkoły i odkrywam w sobie wiele cech i zainteresowań mających swoje źródło w pełnej oddania pracy jej nauczycieli, moich nauczycieli. Jestem im za to bardzo wdzięczna - podsumowuje.

Także znacznie późniejsze absolwentki wciąż żeńskiej „Dwójki” o latach spędzonych w jej murach myślą bardzo ciepło. Choć nie ukrywają, że „dyscyplina” była drugim imieniem szkoły.

- To były wspaniałe lata, choć wymagano od nas byśmy były bardzo zdyscyplinowane - mówi Lubomira Burchardt (matura 1961). - Nie mogłyśmy chodzić po ulicach po godzinie 20. A oczywiście o tej porze wyświetlano w kinach najatrakcyjniejsze filmy, więc zdarzało się nam przekradać. Obowiązkowa była też tarcza na rękawie płaszcza. Pani dyrektor sprawdzała czy jest porządnie przyszyta czy tylko przypięta szpilkami. Bywało, że fatygowała się nawet na przystanek, by sprawdzać czy któraś nie zmienia po drodze płaszcza. Robiła to na zmianę z Dyziem - naszym łacinnikiem. On zawsze wzbudzał grozę.

- To było straszne - przyznaje Janina Przybecka (matura 1961). - W domu ojciec, absolwent doskonałego gimnazjum klasycznego w Lesznie, przepytywał mnie z deklinacji i było dobrze. Gdy stawałam przed łacinnikiem nie umiałam już nic. Jakoś jednak przez to przeszłam. I w sumie wspominam szkołę znakomicie. Zostały mi z niej trwałe przyjaźnie, a także zainteresowanie kulturą w różnych formach. Także dzięki temu, że chodziłyśmy ze szkołą do teatru, na koncerty, same przygotowywałyśmy spektakle, wystawiałyśmy na przykład „Śluby panieńskie”.

Były też intelektualne odkrycia. - Lekcje chemii, matematyki, biologii... - Lubomira Burchardt przywołuje wspomnienia. - Właśnie w „Dwójce” po raz pierwszy zobaczyłam pod mikroskopem komórkę.

Ale nie samą nauką człowiek żyje, a krew nie woda. Czasem i najporządniejsze uczennice zbaczały nieco z regulaminowych ścieżek.

- Jedne wagary w roku, 1 kwietnia musiały zostać zaliczone

- twierdzi Lubomira Burchardt.

Elżbieta Grzegorzewicz (matura 1960) przypomina figle, które mogły wzbudzać niejaką zgrozę wśród okolicznych mieszkańców.
- Nasza sala była usytuowana na wysokim parterze, z oknami wychodzącymi na ulicę Matejki - opowiada. - Przy otwartych oknach biłyśmy linijką w ławkę i krzyczałyśmy „pani dyrektorko kochana więcej nie będę”. Miałam znakomitą klasę - bardzo zdolną, zgraną i ambitną. Dla mnie „Dwójka” była wspaniałą szkołą. Naszą wychowawczynią była matematyczka - poważna, surowa, bardzo wymagająca, ale z drugiej strony miała do nas niezwykle ciepły stosunek i bardzo się o nas troszczyła.

Szkoła życia

- O szkole myślę wyłącznie ciepło - mówi Maciej Cymerys (matura 1986). - O przyjaźniach, o wagarach, o życiu, które toczyło się tu i teraz. Dla mnie to był najpiękniejszy okres życia. Trzeba też pamiętać, że był to bardzo ciekawy okres społecznie i politycznie. Wtedy przekonałem się, że trzeba myśleć samodzielnie, zyskałem też poczucie, że są sprawy wielkie, a świat jest światem wyborów. I każdy z nich niesie swoje konsekwencje. Wtedy w szkole pracowały zarówno osoby partyjne, jak i opozycjoniści. Było też wielu profesorów, których poglądów się nie znało, a szanowało za ich etos pracy, jak dziś by się powiedziało - profesjonalizm. To była dla mnie bardzo ważna lekcja szacunku i otwartości - twierdzi absolwent II LO.

W 1977 roku w „Dwójce” znalazł przystań, nieżyjący już dziś, poeta Marek Kośmider. Aktywny uczestnik protestów marcowych, skazany za udział w nich, po wyjściu z więzienia relegowany z ostatniego roku studiów polonistycznych przez lata uczył w szkołach podstawowych. Co roku w innej, bo, jak pisze we wspomnieniu o nim Jerzy Grupiński, władza nie zapomniała mu 1968.
W „Dwójce” był „panem od świetlicy”. Tworzył i redagował gazetki szkolne, prowadził szkolny teatr, reżyserował jego spektakle. Pożyczał książki. W czasach powszechnego niedoboru, gdy interesujące pozycje zdobywało się po znajomości i spod lady, zawartość jego biblioteki, zaopatrzonej lepiej niż niejedna osiedlowa, imponowała.

W 1982 roku, gdy literackiego Nobla dostał Gabriel Garcia Marquez to on pierwszy wyciągnął „Sto lat samotności”. I choć z młodzieńczą bezkompromisowością i okrucieństwem wytykano mu pewną abnegację to lektury i rozmowy zostawiały ślad. Gdy po 1989 otworzyły się dla niego drzwi, zamkniętych wcześniej wydawnictw, wydał 12 tomików poetyckich. W 2013 r. został odznaczony przez prezydenta Komorowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Za "działalność na rzecz przemian demokratycznych w Polsce i aktywny udział w proteście studenckim". Zmarł rok później w rodzinnym Wągrowcu.

W czasie stanu wojennego „Dwójce” jak w soczewce skupiały się ówczesne podziały i różnice.
- Gdy przyszedłem do II LO byłem całkiem zielony - mówi Paweł Kwiatkowski (matura 1986). - Szybko wciągnąłem się w działalność opozycyjną. Drukowaliśmy i kolportowaliśmy „Głos SKOS-ów” (Szkolnych Kół Oporu Społecznego), „Echo Dwójki” . Drukowaliśmy jeszcze parę dni przed maturą. Współorganizowałem „ciche przerwy”. Działalność opozycyjna to oczywiście była z jednej strony wielka przygoda, ale też wielka lekcja dorosłości, bo można było ponieść realne konsekwencje swoich działań. Nie do przecenienia jest też przygoda intelektualna jaką była nauka w „Dwójce”. Właśnie w szkole zafascynowało mnie dwudziestolecie międzywojenne. Brałem udział w przygotowaniu konferencji naukowej, która odbyła się w szkole z udziałem prof. Drozdowskiego, osobiście przygotowywałem towarzyszącą konferencji wystawę fotograficzną. Ta fascynacja została mi do dziś i zaowocowała studiami historycznymi. Ale najważniejsze co mi dała szkoła, to poznanie mojej żony Zosi, która chodziła do równoległej klasy. Jesteśmy ze sobą do dziś, a nasza córka też parę lat temu ukończyła „Dwójkę”.

W latach 80-tych bunt kontrkulturowy także nie był szacownym murom obcy. Szkolne korytarze oglądały punkowe czuby, heavy metalowe czupryny, powiewne kiecki spadkobierców dzieci-kwiatów. Zresztą bywało, że po obu stronach katedry.
- Gdy dziś o tym myślę dochodzę do wniosku, że nasi nauczyciele byli bardzo wyrozumiali - mówi Izabela Wróblewska (matura 1986).

- Mogliśmy popełniać błędy, mieliśmy przestrzeń na poszukiwanie swojej drogi. I to jest chyba najważniejsze

.

„Mój kapitanie...”

Od 1919 roku „Dwójka” miała 14 dyrektorów. Do tej pory stery szkoły dzierżyło 9 pań i 5 panów. Przed każdym z nich polska rzeczywistość stawiała inne, wcale nie małe wyzwania. Nie sposób tu oddać ich zasługi.

Pierwsza. Zofia Rzepecka, tworzyła szkołę od podstaw. Kolejna Irena Hope (objęła funkcję w 1929 roku) stanęła przed zadaniem przeniesienia dwójkowych wartości przez czas okupacji i reaktywowania szkoły po II wojnie.

Śmierć Stalina, Wypadki Poznańskie, Wybrzeże, Wypadki w Radomiu i Ursusie, Festiwal „Solidarności”, stan wojenny, wejście do Unii, powstanie i rozwój internetu wyznaczały kadencje kolejnych dyrektorów. Ich inicjatywa, odwaga, staranie byłoby niczym bez grona profesorskiego.

Każdy z „dwójkowiczów” potrafi wymienić kilka nazwisk tych, którzy wywarli na nich szczególny wpływ. Niektórzy czas w szkole liczą okrągłymi jubileuszami. Jak Jolanta Baszyńska, która przed pokoleniami „dwójkowiczów” odkrywała tajniki języka ojczystego czy Hanna Hejmlich - chemiczka, trzykrotnie wicedyrektor.

- Przyszłam do „Dwójki” jako trzynastolatka i spędziłam tu prawie całe dorosłe życie. Po studiach wróciłam jako nauczycielka, planowałam zostać rok. Ale z odejścia nic nie wyszło. „Dwójka” potrafi do siebie przywiązać - mówi.

Obecna dyrektor, Małgorzata Dembska, pracuje w II LO już 33 lata. Od 14 stoi u steru (przed nią szkołą kierowała niezapomniana polonistka Barbara Helena Materny). - Najważniejszy jest duch szkoły - mówi. - Składa się na niego system ponadczasowych wartości, tak ważny dziś, gdy świat wokół bywa rozmyty i miałki. Ale też kształcimy młodzież na miarę XXII wieku i to co robimy musimy temu podporządkować. Chcemy, aby szkołę opuszczali mądrzy ludzie. Mądrość to suma wiedzy i dobra. I to kolejna „dwójkowa” dwoistość.

Monika Kaczyńska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.