Poszukiwaczka spadkobierców na tropie. Czasami nieznanych historii rodzinnych sprzed 150 lat. Na czym polega ta praca? [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Fot. Pixabay.com
Mikołaj Woźniak

Poszukiwaczka spadkobierców na tropie. Czasami nieznanych historii rodzinnych sprzed 150 lat. Na czym polega ta praca? [ROZMOWA]

Mikołaj Woźniak

Rozmowa z Sylwią Huber, Wielkopolanką mieszkającą w Berlinie i zajmującą się poszukiwaniem spadkobierców. Niemieckie sądy korzystają z jej usług po śmierci osoby, która nie wyznaczyła spadkobierców, a jej korzenie prowadzą do Polski. Ciekawych historii nie brakuje, a w ten sposób pani Sylwia zdołała już poznać choćby… laureata Nagrody Nobla.

Poszukiwacz spadkobierców. Taki zawód brzmi egzotycznie, więc na czym polega ta praca i jak się zostaje poszukiwaczem?
Droga do wykonywania tej pracy nie jest ograniczona dla konkretnej grupy zawodowej, jednak większość z nas to prawnicy lub historycy. Moja przygoda z poszukiwaniem spadkobierców zaczęła się zupełnie nietypowo. Po ukończeniu studiów prawniczych na UAM pracowałam przez kilka lat w berlińskiej kancelarii adwokackiej, zajmującej się - oprócz typowej dla adwokatów działalności –

Żeby dotrzeć do spadkobierców czasami trzeba się cofnąć o kilka pokoleń i nawet 150 lat. Używa się wszelkich dostępnych źródeł - dokumentów czy nawet
archiwum prywatne Sylwia Huber skończyła studia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Obecnie mieszka w Berlinie i zajmuje się poszukiwaniem spadkobierców po zmarłych w Niemczech, którzy nie pozostawili testamentu.

pomocą w uzyskaniu odszkodowań dla osób, które w okresie II wojny światowej utraciły mienie. Istniała wówczas potrzeba poszukiwania i kompletowania dokumentów. Po zakończeniu programu odszkodowawczego zaprzyjaźniona kancelaria poprosiła mnie o pomoc w uzyskaniu z Polski dokumentów do sprawy spadkowej. I tak się zaczęło. Później pracowałam dla trzech największych niemieckich firm genealogicznych, a od kilkunastu już lat prowadzę własną działalność i pracuję bezpośrednio dla sądów i kuratorów spadkowych poszukując nieznanych spadkobierców pozostawionych w Niemczech spadków.

Podejście ludzi do takiej profesji zmieniało się na przestrzeni czasu?
Początkowo, przyjeżdżając do urzędów, miałam wrażenie, że widzę w oczach rozmówcy wielki znak zapytania, któż to taki dziwny pojawia się u nas i jakich nietypowych rzeczy od urzędnika oczekuje… Dziś, ponieważ pracę tę wykonuje już więcej osób, reakcje są zazwyczaj: „proszę nie szukać, proszę wpisać mnie”. (śmiech) Choć nadal podlegamy pod status „egzotów”.

Epidemia koronawirusa ma wpływ na pani pracę?
Niestety, dość spory. Pomimo iż dużą cześć pracy mogę wykonać stacjonarnie, ze względu na coraz większą ilość danych dostępnych w internecie, nadal konieczne są wyjazdy do Polski. To tam skupia się przeważająca część mojej działalności. Niestety, na dziś to niemożliwe. Niektóre urzędy nie wysyłają nawet korespondencji do Niemiec, czekam więc na wnioskowane dokumenty, nie mogąc posunąć się w sprawach dalej, a i niemieckie archiwa, sądy i urzędy zdecydowanie ograniczyły działalność.

Czytaj też: Epidemiolog: W Polsce może nie być szczytu zachorowań koronawirusa. Przyrost zakażeń może być stały i wysoki [ROZMOWA]

Co zwykle się robi, żeby odnaleźć spadkobierców?
Poszukiwania wymagają mnóstwo mrówczej, ale i niezmiernie ciekawej pracy. Zazwyczaj otrzymuję od kuratora lub sądu nazwisko, imię, datę i miejsce urodzenia spadkodawcy. Zaczynam od metryki urodzenia, potem szukam rodziców, ich małżeństwa, dziadków, ich zstępnych. Szuka się korzystając ze wszystkich dostępnych źródeł. Łącznie z cmentarzami, gazetami, aktami sądowymi, ale oczywiście podstawę pracy stanowią akta metrykalne i stanu cywilnego.

Do ilu lat i pokoleń wstecz się szuka? Ilu spadkobierców można w ten sposób wytypować?
Wszystko zależy od sprawy. Kiedyś prowadziłam taką, gdzie spadkodawca nie wiedział o siostrze, którą jego matka urodziła jako niezamężna nastolatka i wyjechała do Niemiec, pozostawiając dziecko pod opieką dziadków. Po 20 latach urodził się w Niemczech spadkodawca, nie miał dzieci, a jego siostra, o której nie wiedział, ponieważ matka nie utrzymywała kontaktów z rodziną w Polsce, również już nie żyła. Miała jednak troje dzieci i to one właśnie były uprawnione do spadku. Są też przypadki, że cofnąć się należy nawet 150 lat i odszukać kilka pokoleń. Wówczas, przy normalnej na tamte czasy liczbie rodzonych z małżeństwa dzieci, spadkobierców może być nawet kilkudziesięciu.

W takich poszukiwaniach trzeba liczyć na pomoc urzędników?
Oczywiście, pomoc urzędników jest w tej pracy niezbędna. Wiele zależy od życzliwości i chęci pomocy pań i panów z USC. I jak to w życiu, czasami chęć tej pomocy jest, a czasami trafia się na mur i nie sposób go przebić. Nie znaczy to, że wówczas do akt nie docieramy w ogóle, ale wymaga to dużo więcej pracy. Każda sprawa musi być zawsze poparta dokumentami, a pokrewieństwo wykazane nimi bez żadnych luk. Ostatecznie otrzymuję niezbędne dokumenty z urzędów, ale zanim dotrę do konkretnych danych innymi drogami, mija sporo czasu i wymaga nakładów finansowych, co w efekcie działa na niekorzyść spadkobierców.

Zobacz: Wejście do UE, śmierć papieża, katastrofa smoleńska, Euro 2012 i polityczne afery. Oto najważniejsze wydarzenia ostatnich 20 lat

Jak wysokie są spadki, z którymi ma pani do czynienia?
Z tym też różnie bywa. Ponieważ nie należę do poszukiwaczy pracujących na własne ryzyko (wówczas po zakończeniu konkretnej sprawy i odnalezieniu spadkobierców podpisuje się z nimi umowę i firmy takie pobierają od 20 do 33 proc. wysokości spadku) lecz na bezpośrednie zlecenie sądu lub kuratora, nie zawsze wiem ile taki spadek wynosi. Nie wpływa to wtedy na wysokość mojego honorarium. Jednak na chwilę obecną w jednej ze spraw, masa spadkowa wynosi powyżej dwóch milionów euro. Z kolei kiedyś bardzo stara sprawa przywiodła mnie na Ukrainę, do blisko 100-letniej pani, która odziedziczyła majątek po swoich kuzynach z USA. Jego wysokość wynosiła blisko milion dolarów, a pani należała się połowa. W większości spraw mówimy jednak o mniejszych kwotach.

Załóżmy, że spadek jest zadłużony. Nadal poszukuje się wtedy spadkobierców?
Nigdy. Nawet jeżeli masa spadkowa jest bardzo mała tzn. jeżeli kwota pozostała po odliczeniu kosztów pochówku, uprzątnięcia mieszkania i obsłużenia innych zobowiązań zmarłego jest znikoma, spadkobierców się nie szuka. Wtedy właściwy miejscowo sąd wzywa oficjalnie poprzez ogłoszenie do zgłoszenia się spadkobierców po zmarłym, a ci mają na to sześć tygodni. Natomiast sąd podaje zazwyczaj, że masa spadkowa jest zadłużona lub znikoma. Czasami podaje się jej dokładną wysokość.

Jakie były najciekawsze historie związane z poszukiwaniem spadkobierców?
Jest ich sporo. Kiedyś miałam sprawę nauczycielki, która pozostawiła dość pokaźny spadek. Wiedziałam, że spadkobiercy są, ale niestety nie mogliśmy udokumentować pochodzenia. Sprawa, którą mam obecnie, jest nieco zabawna, ponieważ udało mi się odszukać wszystkich spadkobierców. Niestety, jeden z nich odmawia przyjęcia spadku i wszelkiej z nami współpracy, twierdząc, że kiedyś się z tym kuzynem pokłócił i nic od nie go nie chce. Zdarza się też, że przyjeżdżam do ludzi z historiami, o których sami nie mieli pojęcia. To historie ich rodziny czy tragedie nieślubnych dzieci. Raz zdarzył się nawet bigamista, w którego przypadku potomkowie z sąsiednich miejscowości nawet nie wiedzieli, że całkiem blisko mieli tego samego przodka. Obydwie „żony” rodziły dzieci praktycznie w tym samym momencie, więc śmialiśmy się, że pewnie musiał mieć rower, bo inaczej nie udałoby mu się docierać na czas.

Sprawdź: W Poznaniu ma powstać kino samochodowe jako alternatywa dla tradycyjnych kin, które są zamknięte z powodu koronawirusa

A najtrudniejsza sprawa?
W każdej sprawie przychodzi moment, w którym nagle się utknie i ciężko jest ruszyć dalej. Czasem ze względu na brak dokumentów, a czasami na to, że nagle jeden członek rodziny gdzieś nam znika i zupełnie nie wiemy, gdzie mógł się udać, a świadkowie jego egzystencji dawno nie żyją, bo przecież urodził się np. ok. 1880 roku… Są też sprawy ze sprawiedliwym i szczęśliwym zakończeniem. Prowadziłam taką, w której pani miała prawo do spadku, choć dalsi spadkobiercy, których udało się odnaleźć innej osobie, twierdzili, że nie mają żadnych krewnych. Po tym jak zostałam zaangażowana do odszukania dokumentów na potwierdzenie ich prawa do spadku, doszłam do wniosku, że gdzieś brak mi jednej osoby. Co więcej – ta osoba wykluczałaby właśnie tych spadkobierców. Odnalazłam panią i rzeczywiście – to ona oraz jej brat byli prawowitymi spadkobiercami.

Zdarzają się jakieś zabawne momenty?
Tak, oczywiście. Na przykład kiedy czasami kontaktuję się z ludźmi, których uda mi się odnaleźć i od razu mówią mi, że żadnych pieniędzy mi nie dadzą. (śmiech) Z kolei ostatnio rozmawiałam z panią, którą prosiłam o przesłanie mi swoich danych (oczywiście w odpowiedzi na stosowne pismo opatrzone uwierzytelnionymi pełnomocnictwami), na co pani zareagowała: „Hmm… W sumie dobrze mi się z panią rozmawia, ale tak sobie myślę, żeby mi pani czasem na mój dowód kredytu jakiegoś nie wzięła”. Podkreślam, że nigdy od nikogo nie oczekuję, że przyśle mi swój dowód osobisty! Czasem zdarza się też dłuższa rozmowa przez domofon, zanim zostanie się wpuszczonym do mieszkania. Dla mnie to zupełnie zrozumiałe, choć początkowo miałam trudności zwięźle, wiarygodnie i sensownie wytłumaczyć się kim jestem i po co chcę się z daną osobą spotkać. Przy okazji chcę uczulić na fakt, że pojawia się na rynku sporo oszustów. Proszę pamiętać, że rzetelny poszukiwacz nigdy nie będzie chciał od nikogo żadnych pieniędzy. Nasze honoraria otrzymujemy od sądu lub kuratora spadku.

Bywają też pewnie wzruszenia, np. ze strony spadkobierców.
Oj tak. Kiedyś pojechałam do pana, którego matka była Polką, a ojciec Niemcem. Pan urodził się przed wojną. Kiedy ojciec powrócił po wojnie do matki, okazało się, że podczas jego nieobecności została ona zgwałcona przez żołnierza Armii Radzieckiej i z tego gwałtu urodziła się dziewczynka. Niemiec nie chciał zabrać jej ze sobą, ale chciał żeby jego syn i żona wyjechali z nim do Niemiec. Kobieta nie zgodziła się, a on wyjechał. Kontakt się urwał. Jednak umierając sporządził testament, w którym wyznaczał do części spadku swojego syna. Nie miał żadnych danych, oprócz tych z metryki urodzenia. Udało mi się tego pana odnaleźć, a dodam, że sprawa jest już stara i wówczas szukanie nie wyglądało tak jak teraz. Pan płakał i powiedział, że pieniądze, które dostanie, na pewno mu się przydadzą, ale fakt, że ojciec o nim pamiętał, to najpiękniejsza rzecz, jaka mu się przydarzyła. Pan zaufał mi dość szybko i nawet obdarował mnie na koniec mojej wizyty wiśniówką własnej produkcji.

Czytaj też: MPK Poznań w czasie epidemii koronawirusa obniża pensje pracowników. Cięcia nie dotyczą tylko... kadry kierowniczej

Czy polska historia - zabory, wojna, okupacja sprawia trudności w Pani pracy?
Może to dziwnie zabrzmi, ale ze względu na taką właśnie historię mam więcej pracy, ponieważ tak, a nie inaczej wyglądała migracja ludności. Zabory są o tyle problematyczne, że spotykamy się z różnymi rodzajami dokumentów. Nie sprawia mi trudności czytanie języka niemieckiego, choć mówimy tu o dokumentach pisanych gotykiem, a to już zupełnie co innego. Ze względu na wieloletnią praktykę robię to dobrze, ale i tak miewam problemy i korzystam z pomocy przyjaciół (czasem nawet kilku). W zaborze rosyjskim jest jeszcze gorzej. Prusy w 1874 roku wprowadziły Urzędy Stanu Cywilnego i księgi Rejestrów Cywilnych. Są to zawsze formularze, w które urzędnik wpisywał odręcznie dane. Ale już w zaborze rosyjskim lub austriackim całość pisana jest odręcznie przez księdza rosyjskiego, ukraińskiego lub polskiego. W zależności od narodowości następuje zmiana pisowni nazwiska, a sam zainteresowany nie miał zazwyczaj możliwości kontroli dokumentu ze względu na powszechny analfabetyzm.

Przypomina sobie pani jakieś poszukiwania związane z Wielkopolską?
W tej chwili mam na biurku sprawę, która od lubuskiego prowadzi mnie przez mój rodzinny Nowy Tomyśl do Bydgoszczy, a potem do Szkocji, gdzie żyją spadkobiercy. Sprawa jest zawiła, ale Szkoci, z którymi już nawiązałam kontakt, niezmiernie mili. Przez Wielkopolskę na Śląsk prowadziła mnie sprawa, jeszcze w toku, w której jeden z potomków wyjechał do USA. Udało mi się odnaleźć całą 12 jego zstępnych, a jeden z nich jest laureatem nagrody Nobla. To bardzo sympatyczny, już nieco wiekowy pan.

Co jeśli jednak nie uda się odnaleźć spadkobierców?
Jeżeli przez długi czas nie udaje mi się odnaleźć spadkobierców, ponieważ ginie ślad albo brakuje dokumentów, oddaję sprawę kuratorowi, załączając sprawozdanie z przeprowadzonych poszukiwań. Napisane jest w nim, które dokumenty w jakim czasie zostały sprawdzone, do jakich instytucji się zwracaliśmy, co udało się, a czego nie udało się odnaleźć i prognozuję, co można by jeszcze zrobić. Kurator spadkowy konsultuje całość z kuratorem sądowym, a sąd z urzędu ogłasza oficjalnie wezwanie spadkobierców.

Niemcy polegają tylko na opinii jednego poszukiwacza czy starają się zaangażować innych?
Sąd zawsze zobowiązany jest do ogłoszenia publicznego, bez względu na to ilu poszukiwaczy angażuje. Prawda jest jednak taka, że angażuje się tylko jednego poszukiwacza, ponieważ – nie czarujmy się – nikt z nas nie robi tego charytatywnie, a zarówno sąd, jak i kurator zobowiązany jest do rzetelności i oszczędnego gospodarowania masą spadkową. Nie można by wytłumaczyć racjonalnie angażowania kilku kancelarii czy biur. Po ogłoszeniu publicznym każdy ma prawo na własne ryzyko poszukiwania wszcząć, nie otrzymuje jednak już zazwyczaj pełnomocnictwa z sądu, co przy obecnym stanie prawnym uniemożliwia otrzymywanie z kolei dokumentów z urzędów.

W ilu średnio przypadkach udaje się odnaleźć spadkobierców, a ile majątków trafia na konto państwa niemieckiego?
Kwota płynąca do fiskusa z tytułu przejęcia majątków nie posiadających spadkobierców nie jest oficjalnie podana, ale jeżeli chodzi o mnie to bardzo się cieszę, że mogę wykazać się ok. 80 proc. skutecznością w poszukiwaniach.

Sprawdź: Polska też bywa przedziwna, czyli o podróży bez GPS

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na:
Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Mikołaj Woźniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.