Polityczna wojna o poznańskie zoo. Kto ją wygra?

Czytaj dalej
Fot. Waldemar Wylegalski
Marta Danielewicz

Polityczna wojna o poznańskie zoo. Kto ją wygra?

Marta Danielewicz

Kilkanaście nazwisk, różne stanowiska, zawody, różne też interesy i wizje co do tego, jak ma wyglądać poznański ogród zoologiczny. Faktem jest, że poznańskie zoo nie pozostaje neutralne wobec politycznego wpływu. Kto jednak ciągnie za sznurki ogrodu i kto chce wpłynąć na jego przyszłość?

Czy zoo ma być tradycyjnym zwierzyńcem, jednostką badawczą, gdzie następuje reprodukcja gatunków zagrożonych, czy też spełniać rolę azylu dla zwierząt, które nie mogą trafić na wolność, ale jednocześnie nie mogą wziąć udziału w wymianie genów? I chociaż ustawa przewiduje, że ogrody zoologiczne będą spełniały z równym zaangażowaniem wszystkie te funkcje, okazuje się, że nie jest to tak łatwe do pogodzenia, jak myśleli ustawodawcy. Czy więc czas takich miejsc jako pokazowych przestrzeni minął?

Zoo we Wrocławiu było pierwszym w Polsce, które przygotowało bogatą ofertę turystyczną dla zwiedzających, uruchamiając Afrykarium. Z kolei łódzki ogród zamienia się teraz w Orientarium. Każdy z nich stawia na komercję. Nawet nie myślą o pielęgnowaniu skonfiskowanych zwierząt.

Czy zoo w Poznaniu powinno także skoncentrować się na komercji, czy raczej wciąż, licząc na hojność osób prywatnych i dotacje z budżetu miasta, rozbudowywać się i tworzyć kolejne azyle? Opinie są różne. Jedni uważają, że obecna dyrektor Ewa Zgrabczyńska wniosła swymi rządami powiew świeżości, który doprowadził poznański ogród do świetności. Stare woliery zamieniła w nowoczesne wybiegi, dostosowane do potrzeb zwierząt. Inni z kolei nazywają ją z racji tego, że sympatyzuje z organizacjami sprzeciwiającymi się istnieniu w ogóle ogrodów zoologicznych, lisem pilnującym kurnika.

Czy poznańskie zoo powinno działać również jako azyl dla zwierząt?

Ostatnie wydarzenia pokazują jednak, że nie jest to także miejsce pozbawione wpływów politycznych. Poznań huczy od plotek, że Ireneusz Sobiak, powiatowy lekarz weterynarii w Poznaniu, cofnął status jednostki zatwierdzonej zoo ze względu na swoich kolegów, którzy zostali od tej placówki odsunięci. Z kolei jego nagłe odwołanie, do którego doszło w ostatnich dniach, także przypisuje się wpływom politycznym osób, które od samego początku popierały Ewę Zgrabczyńską.

Poznańskie Zoo, czyli polityczno-zoologiczna wojna o ogród:

Polityczna wojna o poznańskie zoo. Kto ją wygra?

Sekcja Ratajszczak, Klepka

Plotki na temat różnych grup interesu, które miałyby wpływać na kształt i rozwój zoo, pojawiły się już podczas wyboru Aleksandra Niwelińskiego na dyrektora. Zarzucano, że to protegowany Radosława Ratajszczaka, długoletniego dyrektora zoo w Poznaniu, dziś dyrektora wrocławskiego ogrodu. Za kadencji jego i Lecha Banacha w Poznaniu powstała słoniarnia. Ratajszczak w 2014 r. został zaproszony do komisji konkursowej przez ówczesnego prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego.

- O wyborze Niwelińskiego na dyrektora zoo plotkowano, zanim w ogóle ogłoszono konkurs - mówi Katarzyna Kretkowska, radna Zjednoczonej Lewicy.

Potwierdzają to także pracownicy. - Niwelińskiego rekomendował Ratajszczak. Chciał tu zakończyć swoją karierę i odejść na emeryturę. Nasz ogród go fascynował. Jeszcze z Płocka, gdzie wcześniej był dyrektorem, przesyłał do nas praktykantów. Podejmował jednak trudne decyzje. To go pogrążyło - mówi jedna z pracownic, chcąca pozostać anonimowa.

Plotka powtarzana na korytarzach urzędu miasta głosi, że Radosław Ratajszczak w ten sposób szykował sobie grunt, by w wielkim stylu powrócić do Poznania tuż przed emeryturą. - Buduję się we Wrocławiu. Do Poznania już nie zamierzam wracać - powiedział nam Ratajszczak.

Tajemnicą jednak nie jest jego negatywny stosunek do działań aktualnej dyrektor ogrodu. Ale oficjalnie nie chce ich komentować.

W czasie gdy dyrektorem był Niweliński, reaktywowało się także Towarzystwo Przyjaciół Ogrodu Zoologicznego. To samo, które w 2003 roku nakłoniło dyrekcję zoo do budowy słoniarni. Jego członkom niektórzy radni zarzucają, oczywiście nieoficjalnie, osobisty interes w funkcjonowaniu zoo. Zwłaszcza jego prezesowi - Pawłowi Leszkowi Klepce.

- Towarzystwo nie miało wpływu na wybór Niwelińskiego. Zawiesiliśmy działalność po tym, jak pokłóciliśmy się o plany inwestycyjne z dyrektorem Banachem. Ja zresztą w okresie wyboru Niwelińskiego byłem w Boliwii. Nie miałem też nigdy, co mi wielokrotnie zarzucano, żadnego powiązania biznesowego z ogrodem. Lobbowałem jedynie za tym, by od ulicy Browarnej powstał jeszcze jeden parking dla zwiedzających zoo, ale nie dlatego, by mieć tam swój biznes - odpiera zarzuty Paweł Leszek Klepka.

Problemy byłego dyrektora Aleksandra Niwelińskiego rozpoczęły się od afery z żółwiami czerwonolicymi ze Starego Zoo, które nakazał uśpić. Wtedy też okazało się, że sposób jego rządzenia nie wszystkim pracownikom odpowiada. W otwartym konflikcie byli z nim przede wszystkim pracownicy Starego Zoo, zrzeszeni w związku zawodowym Solidarność, którzy zarzucali mu mobbing.

- Moim zdaniem to wszystko było ukartowane. Stan żółwi był naprawdę tragiczny. Żadnych uchybień tam nie było. Radni postanowili jednak, że trzeba się pozbyć Niwelińskiego i tak to się wszystko potoczyło

- opowiada były już pracownik zoo, chcący także pozostać anonimowy.

Polityczna wojna o poznańskie zoo. Kto ją wygra?
Przemek Świderski Żółwie czerwonolice

Zarówno dyrektor Zgrabczyńska, jak i niektórzy radni, a także przedstawiciele organizacji prozwierzęcych mieli już wtedy żal do powiatowego lekarza weterynarii. O to, że w niedostateczny sposób zadbał o żółwie, że nie wyciągnął konsekwencji z nagłej decyzji ich uśpienia.

Otwarty konflikt jednak wybuchł, gdy Ewa Zgrabczyńska została mianowana dyrektorem poznańskiego ogrodu zoologicznego. Wówczas, jak sama opowiada o tym, starała się naprawić niedociągnięcia poprzedników. Pokazała, w jakich warunkach do tej pory były przetrzymywane zwierzęta. Otworzyła zaplecze zoo dla radnych i mieszkańców miasta, nie ukrywając, że potrzeba dużo pracy, nie mniejszych pieniędzy, by wszystko naprawić. Pozyskała fundusze i ruszyła do roboty.

- Faktem jest, że poznańskie zoo objęłam w zarząd w opłakanym stanie: woliery pochodzące z 1974 dosłownie się sypały, liczba niezbędnych remontów i modernizacji była porażająca, ludzie nie mieli narzędzi do pracy, a do tego - potężne zaniedbania w dobrostanie zwierząt i opiece weterynaryjnej. Obaj panowie mieli sporo czasu, żeby zadbać o zoo, ale nie komentuję pracy poprzedników, biegnę w przyszłość. Moim zadaniem jest stworzenie nowoczesnego i zadbanego pod każdym względem zoo - deklarowała.

Jednak Zgrabczyńska zrobiła więcej. Zoo nie traktowała tylko jako miejsca oglądania zwierząt. Zaczęła organizować np. pokazowe karmienia. Nie jest to też dla niej tylko centrum badawcze. - Wcześniejsi dyrektorzy traktowali ogród jak instytut naukowy, a zwiedzających jak intruzów przeszkadzających w badaniach - mówią niektórzy radni, sprzyjający Zgrabczyńskiej .

Polityczna wojna o poznańskie zoo. Kto ją wygra?
Łukasz Gdak Ewa Zgrabczyńska nie traktowała zoo tylko jako miejsca oglądania zwierząt

- Przyszłość zoo jest związana z nowymi wyzwaniami: nigdy do tej pory nie było takiej skali kłopotów z przemytem zwierząt, a z drugiej strony - z postępującymi błyskawicznie procesami wymierania i utraty bioróżnorodności na ziemi. Zoo stało się szczególnym miejscem ochrony zwierząt zagrożonych wyginięciem, edukacji przyrodniczej oraz wsparcia instytucji walczących o ich prawa - zapowiadała dyrektor. - W zoo wiele zwierząt z programów hodowli nie uczestniczy w rozrodzie, czyli stanowi tzw. zasób puli genowej. Przeminął już czas zwierzyńców, a nastał czas ochrony bioróżnorodności, łączenia nauki z praktyką, mądrej edukacji, walki o dobrostan.

I w ten sposób swoją misję realizuje. Poznański ogród przyjął niedźwiedzicę z Bieszczad, niedźwiedzia i krokodyle odebrane z cyrku, małpkę kapucynkę, aż w końcu dwa lwiątka z prywatnych rąk. Zwierzęta te trafiły do Poznania po interwencjach fundacji na rzecz zwierząt VIVA!, policji i prokuratury. Pochodziły jednak z miejsc, które nie są jednostkami zatwierdzonymi (zoo). O ich przybyciu Ireneusz Sobiak, powiatowy lekarz weterynarii, nie został poinformowany, więc rozpoczął kontrolę zoo, która trwała kilka miesięcy i skończyła się odebraniem jednostce statusu zatwierdzonej. Jest to z pewnością najbardziej dotkliwa kara dla poznańskiego ogrodu, który od 28 kwietnia nie może brać już udziału w wymianie zwierząt z innymi ogrodami zoologicznymi, ośrodkami mającymi status jednostek zatwierdzonych. Zdanie Sobiaka podzieliła Rada Dyrektorów Polskich Ogrodów Zoologicznych i Akwariów.

- Decyzja powiatowego lekarza weterynarii była zaskakująca i nieroztropna - uważa Tomasz Lewandowski, zastępca prezydenta. - Żadnemu zoo nie został odebrany status jednostki zatwierdzonej. W naszym przypadku mamy najdalej idącą sankcję, mimo że powiatowy lekarz weterynarii miał wiele innych narzędzi działania, to wybrał sankcję niewspółmierną do potencjalnego przewinienia. I to w dodatku z klauzulą natychmiastowej wykonalności.

Prezydent Lewandowski przypomina, że stosuje się ją wtedy, gdy istnieje zagrożenie. Tymczasem żadne ze zwierząt, odebranych z cyrku czy od przemytników nie wywołało żadnej choroby, wszystkie przeszły kwarantannę i są zdrowe.

- Powiatowy lekarz weterynarii odpalił bombę atomową, żeby zabić komara - twierdzi. - Jako prawnik mam wątpliwości co do podstaw prawnych tej decyzji. Powołanie się na dyrektywę unijną, która wprost nie jest aktem prawa powszechnie obowiązującego na terenie RP, już jest błędem, a przepisy krajowe, które implementują ją do naszego prawa, regulują jedynie obrót zwierzętami w ruchu transgranicznym, a nie wewnątrz kraju.

Zoo od decyzji Ireneusza Sobiaka zamierza się odwołać, a w tym samym czasie został on odsunięty ze stanowiska powiatowego lekarza weterynarii. Sam zainteresowany nie chce komentować decyzji przełożonych.

Sekcja Kretkowska, Lewandowski

Pojawiają się kolejne przypuszczenia i plotki. Niektórzy radni uważają, że na decyzję wojewódzkiego lekarza weterynarii o odwołaniu Sobiaka wpływ mieli politycy. Spekulacje nie cichną, nawet gdy wojewódzki lekarz weterynarii im zaprzecza, mówiąc, że sprawy zoo w ogóle nie zna. Z plotek płynie też sugestia, że od samego początku dyrektor Zgrabczyńską wspiera poznańska lewica.

- Sobiak wyleciał, bo dbał o czystość i przejrzystość zoo - uważa Paweł Klepka.

- Z lekarzem powiatowym zawsze dobrze układała się nam współpraca. Kiedy zajmowałem się transportem zwierząt, kontaktowałem się z nim bezpośrednio. Nigdy nie robił problemów, przeciwnie, gdy była potrzebna nagła interwencja, służył pomocą. Oczywiście, że musiał o wszystkim wiedzieć. Gdy się go nie informuje o transporcie jakiegoś zwierzęcia, to on i zoo mogą mieć problemy - ocenia jeden z byłych pracowników zoo.

Katarzyna Kretkowska i Ewa Zgrabczyńska nić porozumienia nawiązały podczas rozmów o kondycji i przyszłości Starego Zoo w 2009 r. Na sesji rady miasta proponowały, by w starym budynku lwiarni stworzyć schronisko dla bezdomnych kotów.

- Razem z innymi radnymi, różnych opcji politycznych wybraliśmy się do Starego Zoo. To, co zobaczyliśmy, przeraziło nas. Zaczęliśmy szukać więc kogoś nowego na stanowisko dyrektora. Kogoś, kto jest naukowcem, ale ma otwarty umysł i świeże spojrzenie na wiele spraw. Zgrabczyńska pasowała idealnie - to zoolog z pasją. Namawialiśmy ją, by wzięła udział w konkursie

- opowiada Katarzyna Kretkowska.

Za pierwszym razem się nie udało. Wygrał Niweliński. Po jego odejściu Ewa Zgrabczyńska, decyzją komisji konkursowej, została wybrana na zarządcę zoo. Wówczas napłynęła kolejna fala krytyki, przeciwnicy przypomnieli publikacje o jej hodowli kotów w prywatnych mieszkaniach, na którą skarżyli się inni mieszkańcy kamienic. Z decyzji pani dyrektor nie byli też zadowoleni niektórzy wieloletni pracownicy, którzy z dnia na dzień musieli podjąć decyzję o odejściu lub zostali wyrzuceni. Zarzucają jej mobbing i zastraszanie, niektórzy skierowali sprawy do sądu pracy.

- Pani dyrektor wyrzuciła całą kadrę zarządzającą lub niektórych przeniosła na niższe stanowiska. Ci, co pożegnali się ze stanowiskami kierowniczymi, mieli podjąć pracę pielęgniarzy zwierząt, czyli mniej płatną. Awansowała zaś osoby bez wykształcenia, doświadczenia, które z wdzięczności ją wspierają. Tłumaczyła, że to wymogi urzędu miasta. Otoczyła się ludźmi bez fachowej wiedzy zoologicznej - mówi pracownik, który przepracował w zoo 25 lat, dziś jest na wypowiedzeniu.

- Niestety, pani Zgrabczyńska nie jest dobrym urzędnikiem, co wykazały wyniki kontroli Ireneusza Sobiaka. Zawarł on w niej uwagi do 125 zwierząt. Duży chaos panuje w ogrodzie także w zarządzaniu zasobami ludzkimi - uważa Tomasz Lipiński, radny PO.

Jego zdaniem jedyną obiektywną kontrolę w zoo, uznaną przez wszystkie strony sporu, powinno przeprowadzić Europejskie Stowarzyszenie Ogrodów Zoologicznych i Akwariów. Ta ma się odbyć najwcześniej w 2018 r.

Zdania radnego Lipińskiego nie podzielają Tomasz Lewandowski, Katarzyna Kretkowska ze Zjednoczonej Lewicy oraz Artur Różański, szef radnych PiS, którzy popierają rewolucyjną wizję dyrektor Zgrabczyńskiej.

- Zawsze się znajdą przeciwnicy tego, kto wprowadza zmiany, zwłaszcza jeśli przez wiele lat trzymali z sitwą, która stara się odzyskać zoo. Nie ma przymusu pracy, a pani dyrektor może dowolnie dobierać pracowników - mówi Artur Różański.

- Pani dyrektor, chcąc realizować swój cel, musiała wprowadzić zmiany w kadrze. Za dużo było administracji, za mało pielęgniarzy, ktoś też musi się zajmować promocją zoo. A dziś promocję mamy świetną w mediach ogólnopolskich, a nawet za granicą. Mówi się o nas w samych superlatywach, a frekwencja podskoczyła. Nawet gdy sądy pracy zadecydują na korzyść byłych pracowników, jesteśmy w stanie ponieść koszty takiej rewolucji - zapowiada Tomasz Lewandowski.

- W każdej dużej załodze zdarzają się tarcia, konflikty, a zarządzający spotyka się z akceptacją, jak i krytyką. Poznańskie zoo to świetna załoga, świetni ludzie, którzy do tej pory nie byli właściwie wynagradzani. Pracuje się w zoo coraz lepiej i coraz wydajniej - zapowiada z kolei Zgrabczyńska.

Czy zoo zdaniem radnych ma być więc azylem dla zwierząt, czy iść w kierunku, jaki obrały Wrocław czy Łódź? I tu zdania są podzielone, bo wiadomo, że przy takich inwestycjach zawsze chodzi o pieniądze. Radny Różański uważa, że tereny Nowego Zoo idealnie nadają się na wybudowanie azylu. Z kolei Marek Sternalski czy Tomasz Lipiński widzieliby nowoczesne obiekty, na miarę Afrykarium. Tomasz Lewandowski, mimo że przyklaskuje pomysłom Zgrabczyńskiej, także ma co do powstania azylu wątpliwości.

- Azyl na pewno jest potrzebny i my to widzimy. Nie wiem jednak, czy tylko miasto powinno finansować jego budowę, skoro trafiałyby do niego zwierzęta z całej Polski, z konfiskat. Jego finansowanie powinno odbyć się także z centralnych środków budżetu państwa - uważa wiceprezydent.

---------------------------------------------------

NASZ KOMENTARZ

Polityczna wojna o poznańskie zoo. Kto ją wygra?

Krzysztof Smura

Spółka zo.o., czyli chaos na wybiegu dla małp człekokształtnych, który miał być rewolucją, a okazał się polucją
Nerwy, nerwy, nerwy. Każdego dnia nerwy. Co chwilę jakaś bomba. Co dwie chwile ktoś coś palnie, a moment później ktoś inny go zgasi. Atmosfera wokół ogrodu zoologicznego jako żywo przypomina mi sytuację z lat 90. Był strajk. Ogród zamknięty dla ludzi i oflagowany. Chaos. I w tym chaosie dwójka młodych mężczyzn przeskakuje przez płot i nie niepokojona przez nikogo, „zwiedza” ogród, robi zdjęcia. Zagląda w oczy zwierzętom, wchodzi na wybiegi. Po wszystkim ma wrażenie, że nikt nad niczym nie panuje.

Byłem zdziwiony wyborem na dyrektora zoo pani Zgrabczyńskiej. Jeszcze bardziej zdziwił mnie kurs, jaki obrał ogród, który przez lata był wizytówką Poznania. Nie przekonują mnie słowa ludzi, którzy tego wyboru dokonali, że ogród jest dla zwierząt. Wszystkich zwierząt. Nie jest. Ogród to idea. To działanie, które ma zmierzać do zachowania gatunków. Zachować biologiczną czystość i zdolność reintrodukcji. To w końcu wielka księga tajemnic, którą z pozycji mieszczucha można odkrywać niemal bezkosztowo. Mam prawo tak mówić, bowiem jeden z członków mojej rodziny był dyrektorem Starego Zoo. To on przywrócił żubra puszczy. I wiedział, co robi. Czy wie to obecna dyrektor? Śmiem wątpić. A że jest ambitna? W nosie mam indywidualne ambicje, gdy szkodzą większości.

Kocham zwierzaki, ale uważam, że dla wszelkiej maści nieszczęśników z całej Polski przydałaby się ochronka. Nie ogród zoologiczny. Ochronka. Pani ska myli pojęcia. Rozumiem jej miłość do kotów, ale rozumiem też powagę instytucji, jaką jest ogród. Obejmując stanowisko dyrektora, trzeba sobie zdawać sprawę z uwarunkowań. Także z zakazów i nakazów wypracowywanych przez lata. Szanować tych, którzy je wymyślili i albo się dostosować, albo podziękować za współpracę. To nie prywatny folwark i trzeba to przyjąć. Z dobrodziejstwem inwentarza.

I nie zapomnijmy. Zoo nad Maltą należy do Nas. Do poznaniaków. My je wybudowaliśmy. Nasi rodzice i dziadkowie zasuwali w tych nieszczęsnych czynach społecznych i krok po kroku porządkowali ogród dla Nas. Także dla obecnej dyrekcji i ludzi z magistratu, którzy mówią, że nic się nie stało.

Są w historii poznańskiego ogrodu postaci świetlane, są i mniej oświecone. Zoo miało szczęście do pasjonatów, ale nie zawsze potrafiliśmy to docenić. Sam mogę w ostatnim trzydziestoleciu wymienić choćby dwóch, trzech dyrektorów, którzy wiedzieli, co robią. Jeden już nim nie jest, bo miał problem z relacjami z załogą, drugi był chyba za cichy na tę posadę, a trzeci? Trzeci świetnie sobie radzi. We Wrocławiu. I jego żałuję najbardziej. Tak, tak Panie Ratajszczak. O panu piszę. Dyrektor Zgrabczyńska na razie jest daleka od mojej bajki.

Podsumowanie nich będzie tytułem, bo dla mnie tu i teraz zoo to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Do tego z zarysowanymi podziałami politycznymi, o których piszemy w Magazynie. Ludzie są głupi, bo nie wiedzą, że mentalnie małpy nie są ani czerwone, ani czarne. Małpy to małpy, a ja czasem odnoszę wrażenie, że to nie one powinny być w zoologicznych klatkach tylko ambicje niektórych ludzi. Tam stłamszone z ich pomysłami urodziłyby potwora, którego poznaniacy oglądaliby z podziwem, krzycząc Łaaaaaa!

Marta Danielewicz

Zajmuję się głównie tematyką z zakresu ochrony środowiska, śledzę także rozwój lokalnego biznesu. Tropię afery toksyczne, bacznie obserwuję zmiany w świadomości i prawie dotyczące ochrony środowiska. Z kolei w biznesie podziwiam nowe rozwiązania technologiczne, kibicuję małym i dużym firmom, stosującym się do zasad CSR, piszę o prawach pracownika, a także o tych, którzy o nie walczą.
Prywatnie mam szczęście być właścicielką psa, który został interwencyjnie odebrany z pseudohodowli, lubię dobrą kuchnię, niskobudżetowe podróże po świecie, a także filmy animowane.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.