Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Petarda, czyli Paweł Fajdek (prawie) bez tajemnic

Czytaj dalej
Fot. Paweł Relikowski
Marta Zalewska

Petarda, czyli Paweł Fajdek (prawie) bez tajemnic

Marta Zalewska

Rozmowa z Pawłem Fajdkiem, medalistą w rzucie młotem o pierwszej „popełnionej” książce.

Nie za wcześnie na książkę? Jest pan sportowcem w sile wieku, przed panem jeszcze przynajmniej jeden cel do zdobycia - olimpijskie złoto, a tu książka.
Gdybym napisał autobiografię, to na pewno byłoby za wcześnie, ale to książka zupełnie inna. O mnie, oczywiście, że o mnie, ale nie biograficzna.

?
Najkrócej określiłbym ją „jak bawię się sportem”, ale tytuł musiał być jeszcze krótszy, więc jest „Petarda”. To jest zbiór anegdot i - mam wrażenie - naprawdę niezwykłych historii z mojego życia. Nie tylko już z czasów kariery, choć sportu jest w tej książce naprawdę dużo, ale także z dzieciństwa. A ponieważ mam zamiar napisać w życiu trzy książki…

Petarda, czyli Paweł Fajdek (prawie) bez tajemnic
"Petarda" to pierwsza książka Pawła Fajdka. Jak zapowiada, zamierza napisać jeszcze dwie.

Trzy?!
Pierwsza już jest. Drugą, mam nadzieję, napiszemy za dwa lata po igrzyskach olimpijskich w Tokio i chciałbym, żeby miała roboczy tytuł „Do trzech razy sztuka”. A trzecia zacznie powstawać dzień po zakończeniu kariery.

Też ma roboczy tytuł?
Tak. „Cała prawda o lekkiej atletyce”.

Uuuu, to niektórzy nie będą mogli pewnie spać spokojnie.
No pewnie nie! To naprawdę temat na później. Z pewnością jest wiele rzeczy, które można opisać i które zadziwią kibiców naszej dyscypliny.

Jest pan po sezonie, który możemy nazwać średnio udanym, czy jednak dobrym?
Oczywiście, mierzyłem wyżej/dalej, zwłaszcza jeśli chodzi o odległości. Cóż, ze zdrowiem czasem się nie wygra. Miałem trochę problemów, straciłem przez to trochę czasu i nie wróciłem do pełnej dyspozycji. Spokojnie, jeszcze przede mną sporo sezonów.

Największym tegorocznym osiągnięciem jest srebro Mistrzostw Europy. Samo srebro może nie jest zdziwieniem, ale to, że przegrał pan z innym polskim zawodnikiem już może zaskakiwać.
Zaraz, zaraz! Wojtek Nowicki od lat jest w światowej czołówce, robi szybkie postępy i porażka z nim nie jest jakimś powodem do wstydu. Zdarzało się już przecież, że Wojtek był wyżej ode mnie. Poza tym mam świadomość tego, że nie byłem w tym sezonie sobą i mam spore rezerwy. Mam nadzieję, że gdy pogadamy za rok po Mistrzostwach Świata w Katarze będę miał już cztery złota.

Przywiązuje się pan do tych medali? Gdybym poprosiła o pokazanie jakiegoś szczególnego to dałoby się go szybko odszukać?
Pewnie. W moim rodzinnym domu, gdzie dzisiaj mieszka mój ojciec, w salonie jest nad kanapą gablota - tam wszystkie wiszą. Oczywiście tylko te najważniejsze są na wierzchu, bo w sumie sporo ich; reszta też jest łatwa do znalezienia, mój tata o to dba.

To ile tych medali jest?
Oj nie wiem, ale dużo. Najważniejsze, że z uniwersjady są cztery złote, z Mistrzostw Świata trzy złote, a reszta będzie tam później. Chciałbym skompletować kiedyś tylko złotą gablotę.

Ten z Pekinu też jest?
Wiadomo!

To jak to z tym medalem było? Teraz, po latach, może pan wszystko szczerze opowiedzieć.
Ale ja już opowiedziałem szczerze, chociażby w „Petardzie”. Nie ma w tej historii, która przyczepiła się do mnie i pewnie już nigdy się nie odczepi, niczego sensacyjnego, poza tym, że nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu wykazałem się bałaganiarstwem.

Mistrz się bawi, złotem płaci. To było jednak lepsze wytłumaczenie.
Lepsze, lepsze, ale niestety nieprawdziwe. Dwa lata po Pekinie będąc w Tajpej zrobiliśmy materiał wideo, w którym próbowałem zapłacić złotym medalem uniwersjady za kurs taksówką. Nie przeszło, w tamtej części świata jednak pieniądze cenią wyżej, niż medale.

Opisał pan dokładnie tę historię w „Petardzie”?
Pewnie, przecież wtedy stałem się celebrytą (śmiech), a moje nazwisko trafiło na łamy gazet na całym świecie. Jestem przekonany, że sporo ludzi wtedy dowiedziało się, że jest coś takiego, jak rzut młotem. I jest taki facet, co kilka godzin po zdobyciu mistrzostwa świata zgubił medal. Na szczęście tylko na chwilę.

Przeglądałam pana książkę i powiem tak: wesoło macie w tej lekkiej atletyce.
I to jak! Generalnie lekkoatleci to weseli ludzie. Lubimy się śmiać, lubimy żartować i lubimy wikłać się w momentami przedziwne sytuacje. Ale mamy też umiejętność wychodzenia z nich w taki sposób, że później się z tego możemy śmiać.

Jak chociażby z tej sytuacji ze zgubionym medalem?
Dokładnie. Na pewno z tej książki czytelnicy dowiedzą się rzeczy, o których nigdy nie słyszeli. Dowiedzą się też tych, o których słyszeli, ale niekoniecznie prawdę.

Uwierzą panu?
Sądzę, że tak, bo w książce nie unikam też trudnych momentów, które na pewno wygodniej byłoby zapomnieć. Tu jest sto procent prawdy i nie ma żadnej ściemy.

Te trudne momenty, to…
A mówiła pani, że pani czytała.

Medal w Pekinie raz, bójka we Francji dwa?
Chociażby. Bójka, do której doszło oczywiście nie z mojej winy, ani z winy nikogo z naszej ekipy. To była chwila, w której wszyscy wiedzieliśmy, że musimy zareagować, bo jednej z naszych koleżanek może stać się potworna krzywda. Wyszliśmy z niej bez szwanku, chociaż kilka godzin po tym zajściu obawiałem się, że w moim przypadku będzie inaczej.

Przeszły panu wtedy przez głowę myśli o zakończeniu kariery?
Na pewno przeszły wielu ludziom, którzy widzieli wtedy moją nogę. Nie wyglądało to dobrze, ale na szczęście zagoiło się na mnie wszystko, jak na psie.

Jak na Coco, czy jak na Chanel?
Hahaha. Moje psy ran jeszcze w życiu nie miały i oby nigdy nic się im nie stało.

Są oczkiem w głowie Pawła Fajdka?
Oczkiem w głowie jest moja córeczka Laila. Ale psy oczywiście są pełnoprawnymi członkami naszej rodziny i uczestnikami naszego życia. Jeżdżą ze mną na obozy, czasem na starty.

Prezydent Lublina je dobrze zapamiętał.
Na pewno. Przyjechałem na Mistrzostwa Polski do Lublina trochę za późno i przed konferencją nie zdążyłem zostawić Coco i Chanel w hotelu. Poszły więc ze mną i… No, zostawmy to, być może ktoś będzie czytał ten wywiad przy śniadaniu (śmiech).

Współautorzy książki długo musieli pana namawiać do jej napisania?
Nie, decyzja zapadła podczas jednego spotkania, podczas uniwersjady na Tajwanie. To był mój ostatni uniwersjadowy start; usiedliśmy we trzech, żeby chwilę pogadać, a ja opowiedziałem kilka śmiesznych historii. Chłopaki mówią - Paweł, kurde, trzeba to opisać. No i opisaliśmy.

Miał pan czas, żeby się w tę książkę zaangażować na poważnie?
Sam proces tworzenia książki był prześmieszny. Siedzieliśmy wieczorami na balkonie hotelu w Portugalii, gdy byłem tam na zgrupowaniu i zaśmiewaliśmy się do łez przy kolejnych historiach. Dla mnie to była kapitalna zabawa, gdy przypominałem sobie różne wydarzenia. I z każdą kolejną godziną obawiałem się, że nie wystarczy nam stron w książce na zmieszczenie wszystkiego. Ale trochę przebraliśmy, wybraliśmy najlepsze i tak powstała „Petarda”. Jeszcze przed drukiem pokazaliśmy tekst książki kilku osobom, ze świata lekkiej atletyki, ale nie tylko. Dla mnie najlepszą oceną było to, że gdy dzwonili po przeczytaniu, to się śmiali. To nie ma być książka pouczająca, tylko rozweselająca. I mam nadzieję, że udało nam się właśnie taką napisać.

Córka kiedyś ją przeczyta?
Na pewno, jest w końcu moim największym kibicem. Ma swoją koszulkę z napisem „kibicuję tatusiowi”. To jest mega fajne, że dziecko rozpoznaje mnie w telewizji i kibicuje. Zresztą nie tylko mnie, także wujkom i ciociom, których poznała przy okazji różnych spotkań i ich też kojarzy. Zawsze krzyczy i widać to, że już jest zarażona sportem. Kibicuje mi tak mocno, jak Sandra, moja partnerka.

Partnerka, którą, jak czytałam w książce, zdobywał pan wrzucając do bagażnika.
No metoda może rzeczywiście nie była do końca konwencjonalna, ale jak się okazało później skuteczna (śmiech). To, że ja się umiem z tego śmiać to może nic nadzwyczajnego, ale to, że Sandra się tego śmieje zasługuje już na najwyższe uznanie.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Głosu Wielkopolskiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Głosu Wielkopolskiego
  • codzienne e-wydanie Głosu Wielkopolskiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Marta Zalewska

Gdy nie biegam z kamerą po mieście lub nie odwiedzam dziwnych zakątków świata, można mnie spotkać w redakcji "Gazety Pomorskiej". Na co dzień jako redaktor działu online pół życia spędzam na Facebooku, a drugie pół na www.pomorska.pl.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.