Pani Paulina straciła trzy ciąże. Założyła bloga "Ronić po ludzku" i wspiera inne kobiety po poronieniach

Czytaj dalej
Fot. 123RF
Nicole Młodziejewska

Pani Paulina straciła trzy ciąże. Założyła bloga "Ronić po ludzku" i wspiera inne kobiety po poronieniach

Nicole Młodziejewska

Poczucie winy, niezrozumienie, żal, tęsknota - trudno opisać wszystkie emocje, jakie towarzyszą kobietom, które utraciły ciążę. Niestety, dla wielu z nich, ten dramat odgrywa się wśród traumatycznych przeżyć w szpitalnych salach. Dobrze wie o tym Paulina Szydłowska, która straciła trzy ciąże.

Paulina Szydłowska, to fizjoterapeutka z Wielospecjalistycznego Szpitala Miejskiego im. J. Strusia w Poznaniu. Jest ona także autorką facebookowego bloga „Ronić po ludzku”, gdzie opisuje historie poronień innych kobiet. Skąd zainteresowanie takim tematem? Z własnego doświadczenia.

Pani Paulina ma za sobą trzy utracone ciąże - w tym jedną bliźniaczą. A wszystko to wydarzyło się na przestrzeni zaledwie trzech lat.

- Długo staraliśmy o dziecko. To znaczy… teraz staramy się bardzo długo, ale przed pierwszą ciążą już rok się leczyliśmy. Wtedy wydawało nam się, że jak sięgnęliśmy po pomoc lekarza, to już będzie z górki. W ogóle nie brałam pod uwagę tego, że jeszcze coś może się stać po drodze. Ale jednak życie pokazało, że to, że zaszło się w ciążę nie oznacza, że teraz będzie już euforia - rozpoczyna swoją historię.

Rozmawiamy wieczorem w przytulnym salonie w jej mieszkaniu. Na jednej ze ścian znajdują się dwa wieszaki - każdy obwieszony imponującą liczbą medali z licznych maratonów. Jeden wieszak to trofea pani Pauliny, drugi - jej męża.

Kiedyś to była ich wielka wspólna pasja. Dziś pani Paulina inaczej patrzy na życie. Chociaż się uśmiecha, w jej oczach widać ogromny smutek.

Pierwsza strata - szok i poczucie winy

- W pierwszej ciąży zaczęło się od plamienia, z powodu którego pojechałam na SOR. W szpitalu byłam przez weekend i pamiętam, że wypisano mnie w poniedziałek. Przepisano mi progesteron i zalecono, że mam leżeć. I tak zrobiłam. Na drugi dzień jedynie podlałam kwiaty na balkonie. Wieczorem poszłam do łazienki i nagle coś ze mnie „chlusnęło”. Wyszłam zapłakana i od razu mąż zabrał mnie do szpitala. Pamiętam, że jechaliśmy tam w zupełnej ciszy. Byłam przekonana, że już jest po wszystkim, że to już koniec. W szpitalu okazało się jednak, że serduszka jeszcze biły - opowiada.

Pani Paulina straciła trzy ciąże. Założyła bloga "Ronić po ludzku" i wspiera inne kobiety po poronieniach
Adam Jastrzębowski „Nie-mama” - tak na swojej stronie „Ronić po ludzku” pisze o sobie Paulina Szydłowska, która trzykrotnie straciła ciążę

Pani Paulina została na oddziale, jednak, jak wspomina, przez trzy kolejne dni nic się nie działo.

- Nie miałam żadnych badań. Niczego, żeby zobaczyć co się dzieje. To był początek pandemii, więc mąż nie mógł wejść do szpitala. Byłam zupełnie sama i byłam przerażona, nie wiedziałam co się dzieje, dużo płakałam - relacjonuje fizjoterapeutka.

- W czwartek przyszedł ordynator, który powiedział, że na pewno latałam po mieście „jak poparzona” i to dlatego krwawiłam... Próbowałam się wytłumaczyć, że przecież minął zaledwie jeden dzień, odkąd od nich wyszłam i że leżałam cały ten czas. Ale on tylko na mnie spojrzał. Nadal pamiętam ten jego wzrok. Brakowało tylko tego, żeby pogroził mi palcem, że nieładnie zrobiłam. W ogóle nie wierzył w moje słowa, jakbym była małą dziewczynką, a nie osobą dorosłą. Ocenił mnie z góry.

Następnego dnia, podczas obchodu, pani Paulina dowiedziała się, że zostanie wypisana do domu. Na koniec jednak medycy zdecydowali jeszcze o wykonaniu badania USG.

- Tam okazało się, że… już jest po ciąży - wspomina drżącym głosem.

Po chwili dodaje:

- Pamiętam, że zaczęłam krzyczeć. Chciałam, żeby mój mąż do mnie przyszedł. Wyjątkowo się zgodzili. Dali mi osobną salę. Byliśmy zszokowani i bardzo załamani. Nikt nigdy nie jest gotowy na coś takiego. Wtedy przyszedł jakiś młody lekarz, którego zapytaliśmy, czy możemy zbadać zarodki, żeby zobaczyć, co się stało. Odpowiedział nam, że przy pierwszym poronieniu się tego nie robi i dodał „ale jak pani poroni trzeci raz, to wtedy pani zrobi”. To było straszne, ale ten tekst się sprawdził, bo faktycznie za trzecim razem zrobiłam to badanie.

Osamotnienie w zimnej szpitalnej sali

Mąż pani Pauliny przebywał z nią na sali do późnego wieczora. Jak dziś wspomina, noc była dla niej najgorsza.

- To był lipiec, było ciepło na dworze, ale wiał silny wiatr. Leżałam na tej jednoosobowej sali i czułam się po prostu kompletnie osamotniona. W tle słyszałam tylko śmiech pielęgniarek - wspomina. - Dla mnie to było dziwne, sama pracuję w szpitalu i nie mogłam zrozumieć, że żadna pielęgniarka nawet na chwilę nie usiadła ze mną. Nie wiem, nie potrzymała za rękę, nie spytała się, jak się mam. Czułam się taka strasznie sama w tym swoim bólu.

O północy pani Paulina została wezwana do zabiegowego w celu sprawdzenia rozszerzenia szyjki macicy przed zabiegiem łyżeczkowania.

- Leżałam na tym fotelu ginekologicznym cała zapłakana i jedno, co pamiętam, to moje trzęsące się nogi. Trzęsące się ze strachu, osamotnienia, żalu, zmęczenia… - zwierza się.

Sam zabieg odbył się finalnie dopiero na drugi dzień. To przeżycie było dla państwa Szydłowskich bardzo trudne.

- Przecież my już powoli zaczęliśmy się przyzwyczajać, że będzie z nami dwójka dzieci. Oglądaliśmy jakieś filmy z bliźniakami. Śmialiśmy się, że damy radę. A tak, trzeba było znów wrócić do tej walki i to z nowym bagażem - nie kryje.

Po powrocie do domu pani Paulina była w słabej kondycji psychicznej. Jak przyznaje, często płakała. Co więcej, po przebywaniu w odosobnieniu w szpitalnej sali, bała się spać przy zgaszonym świetle.

Fizjoterapeutka zwraca uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt, jakim jest przepracowanie straty z psychologiem. Jak mówi, ważne, by trafić na kompetentną osobę z doświadczeniem. Jej za pierwszym razem się to nie udało. Jak twierdzi, nie wynosiła niczego z tych wizyt.

- To dało o sobie znać kilka miesięcy później. Było Boże Narodzenie, byliśmy u rodziców. Nagle zaczęłam płakać, trząść się, myślałam o tym, w którym miesiącu ciąży bym właśnie była. To siedziało ciągle w środku - przyznaje.

Druga strata - ciągła obawa

Później małżeństwo podjęło kolejną próbę. Tym razem zdecydowali się na inseminację. W maju 2021 roku wszystko wskazywało na to, że się udało. Niestety, chwile radości zostały przerwane w zaledwie piątym tygodniu ciąży.

- Walczyłam o tę ciążę tydzień. Robiłam sobie zastrzyki z progesteronu, żeby tylko ją utrzymać. Ale po raz kolejny się nie udało... Wtedy nie musiałam jechać do szpitala, bo oczyściłam się sama - relacjonuje pani Paulina.

Chęć utrzymania ciąży i myślenie o tym, by wszystko się powiodło nie dawały jej spokoju. Jak sama mówi, to nie był czas radości, ale ogromnych obaw i stresu.

Trzecia strata - ta boli najbardziej

Kilka miesięcy później los zaskoczył państwa Szydłowskich. Zupełnie naturalnie pani Paulina zaszła w kolejną ciążę.

- To było trochę z zaskoczenia - śmieje się pani Paulina.

- Do dzisiaj nazywamy ją takim naszym małym cudem. Ta ciąża była zupełnie bezproblemowa. Wyniki badań prenatalnych też były prawidłowe. Co prawda po tych wcześniejszych przeżyciach strasznie się bałam. Zakładałam tylko kolorową bieliznę, żeby w razie, gdy pojawi się jakieś plamienie, zauważyć je i od razu jechać do szpitala. Byłam też obstawiona lekami od stóp do głów, robiłam sobie kolejne zastrzyki. I to szło dobrze, bo synek rozwijał się prawidłowo - przyznaje.

Pani Paulina straciła trzy ciąże. Założyła bloga "Ronić po ludzku" i wspiera inne kobiety po poronieniach
Adam Jastrzębowski „Nie-mama” - tak na swojej stronie „Ronić po ludzku” pisze o sobie Paulina Szydłowska, która trzykrotnie straciła ciążę

- Miałam też taki detektor do kontrolowania tętna dziecka. On mnie uspokajał. Niestety, to właśnie on oznajmił nam kolejną złą wiadomość. Pewnego dnia słabo czułam ruchy dziecka. Przyłożyłam głowicę detektora i… - pani Paulina nie kończy swojej wypowiedzi. Z jej oczu płyną łzy.

Po dłuższej chwili uspokaja emocje i kontynuuje:

- Już była cisza.

Najgorsza jest niewiedza

Państwo Szydłowscy nie ukrywają, że po tych przeżyciach, każda myśl o kolejnej ewentualnej ciąży budzi strach i niepokój. Żaden z lekarzy, a byli już pod opieką dziewięciu specjalistów, nie potrafi wskazać konkretnej przyczyny problemu.

- Zazdroszczę tym osobom, które po prostu mogą cieszyć się z ciąży. Dla mnie to wiąże się tylko z lękiem i strachem, że coś się stanie. Czekam po prostu na coś złego. I to niestety, już tak chyba zostanie - mówi fizjoterapeutka.

Ostatnia ciąża została przerwana w 19. tygodniu, momencie, w którym można już poznać płeć dziecka.

Dla pani Pauliny, to poronienie było najtrudniejsze.

- To był nasz kochany synek - mówi przez łzy i pokazuje stojące na regale zdjęcie USG oprawione w ramkę.

- Urządziliśmy mu pogrzeb - dodaje.

Taką stratę trzeba przepracować, ale to nigdy nie jest skończony temat

Po utracie kolejnej ciąży małżeństwo znów sięgnęło po pomoc psychologa. Podczas terapii zostali przygotowani na to, że żal nigdy tak naprawdę nie minie. Będą dni dobre i dni trudne - na zmianę.

- I rzeczywiście tak jest. Są takie dni, że po prostu tęsknię. Myślę, ile miesięcy by już miał - pani Paulinie znów łamie się głos, a oczy zachodzą łzami.

15 października to Dzień Dziecka Utraconego. Jednak pamięć o tych dzieciach nie pojawia się tylko wtedy. Dotyka nie-rodziców w Dzień Matki, Dzień Ojca, szczególnie w miesięcznice, rocznice, daty planowanego porodu i - tak naprawdę - codziennie.

- Rozmawialiśmy nawet ostatnio, że w sumie nie wiemy, jak będzie wyglądało Boże Narodzenie. Bo poprzednie było dla nas takie szczęśliwe. Byłam w 10 tygodniu ciąży i właśnie w święta ogłosiliśmy to rodzinie. To były święta, jak z bajki, wtedy po raz pierwszy od nie pamiętam, kiedy padał śnieg, było tak pięknie i czułam się tak po prostu naprawdę szczęśliwa. Mówiliśmy wtedy, że w kolejne święta to już będzie się trzymało dziecko na rękach. I teraz musimy się zderzyć z rzeczywistością, że jednak tak nie będzie - przyznaje z trudem.

To nie jest tylko dramat kobiety, mężczyzna też cierpi

Mówiąc o poronieniach, nie można zapominać, że jest to strata, która dotyka nie tylko kobiet.

Za każdą utraconą ciążą stoi również mężczyzna, ojciec, który także stracił swoje dziecko.

Choć zwykle w tych trudnych chwilach, które kobiety spędzają w szpitalach, to właśnie mężczyźni zajmują się wszystkimi formalnościami, a przy tym są przy swoich partnerkach i okazują im wsparcie. Często przez to nie mają czasu na przeżywanie własnego smutku.

- Widziałam, jak mój mąż za każdym razem reagował. Często powtarzam mu, żeby nie wstydził się przy mnie płakać. To ważne, żeby wyrzucać z siebie te emocje. Mówię mu, że dla mnie nie musi być twardy, silny i udawać, że wszystko jest ok. Przecież on też czekał na dziecko i też musi pogodzić się ze stratą - mówi pani Paulina.

Empatia - uczucie na wagę złota

Statystyki wskazują, że co czwarta kobieta w swoim życiu doświadczy przynajmniej jednego poronienia. W Polsce w latach 2017-2019, każdego roku ok. 1 700 kobiet urodziło martwe dziecko, za to u ok. 40 tys. kobiet ciąża zakończyła się poronieniem. To pokazuje, jak ogromna jest skala tego problemu.

Mimo to, utracona ciąża nadal stanowi tabu. Dlaczego tak jest? Zdaniem pani Pauliny, wynika to z kilku aspektów. Jednym z nich jest m.in. odbiór społeczeństwa. Zdarza się, że poronienie uważane jest za błahy problem, a smutek kobiety traktowany jako wyolbrzymiony lub nawet napad histerii. Do tego dochodzi jeszcze samoobwinianie się.

- Wydaje mi się, że kobiety mają poczucie winy, z powodu tego, co je spotkało - ja też miałam. Są niezrozumiane, zwłaszcza, gdy są to straty na tych wczesnych etapach ciąży. Słyszą wtedy „nie przejmuj się, będziesz miała następne”, albo „przecież to małe było, w sumie to tam nic prawie nie było”. I to jest bardzo krzywdzące, a niestety pojawia się często. Do tego dochodzi to, co spotyka je w szpitalach. Dlatego kobiety się wstydzą i wolą o tym zapomnieć. Duża część z nich nie jest świadoma swoich praw. A tak naprawdę, jedyne, czego oczekujemy, to tylko empatia - przyznaje pani Paulina.

„Ronić po ludzku”, po prostu

Własne doświadczenia pani Pauliny, skłoniły ją do założenia facebookowego bloga. „Ronić po ludzku” - to przede wszystkim osobiste historie poronień innych kobiet, z których wiele było traktowanych przedmiotowo, jak wadliwy produkt, który trzeba zdjąć z taśmy produkcyjnej.

- Historie, które do mnie spływają są różne. Np. pewna dziewczyna opowiadała mi, że siedziała na korytarzu i czekała na zabieg, gdy nagle jedna z pielęgniarek zaczęła krzyczeć „gdzie jest ta pani z poronieniem, bo studenci chcą zobaczyć”. Każda kobieta ma inną opowieść. Dlatego wciąż proszę o kolejne, bo chciałbym uświadomić społeczeństwu jak to wygląda - wyjaśnia autorka „Ronić po ludzku”.

- Stronę założyłam w Dzień Matki. Sam pomysł powstał po pierwszym poronieniu. Przez cały ten czas zbierałam informacje, te historie. Powstało też logo. Wszystko już było gotowe, gdy okazało się, że jestem w trzeciej ciąży. Powiedziałam sobie, że wrócę do tego po urodzeniu. No… i teraz stwierdziłam, że chyba to jest dobry moment.

Na blogu poruszane są także kwestie przeżywania żałoby, pomocy psychologicznej czy praw po poronieniu.

- Uważam, że czas najwyższy, żeby kobiety nie miały oporów, żeby o tym rozmawiać. Zależy mi, żeby nie czuły się same z tym wszystkim. Bo ja miałam takie wrażenie, że jestem sama na świecie, że inne kobiety to nie spotyka. A przecież poronienie to jest częste zjawisko. I w momencie, kiedy zaczęłam o tym mówić, nagle okazywało się, że inne kobiety też to przeżyły - relacjonuje.

Marzeniem pani Pauliny jest założenie fundacji, której działania skupią się na wspieraniu i pomocy kobietom po stracie ciąży.

- Liczę na to, że lekarze, pracownicy szpitali zaczną się zastanawiać, czy nie robią czegoś źle. Oczywiście, rozumiem, że osoby w szpitalu mogą być zmęczone, że są braki kadrowe, czy jeszcze inne powody do frustracji. Ale naprawdę nie trzeba wiele, wystarczy dobre słowo i powstrzymanie się przed jakimiś dziwnymi komentarzami. Bo sama utrata ciąży jest niewyobrażalnie ciężkim przeżyciem i kobiety w takich momentach są słabe, bezbronne, więc ostatnie na co mają wtedy siłę to walka z kimkolwiek… tak naprawdę o normalne traktowanie - podsumowuje autorka bloga.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Nicole Młodziejewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.