Tomasz Szymczyk

Oto Mołdawia, czyli najbiedniejsze państwo w Europie

Oto Mołdawia, czyli najbiedniejsze państwo w Europie
Tomasz Szymczyk

Mołdawii trudno szukać w gronie najbardziej obleganych przez turystów krajów Europy. Jest za to uznawana za jeden z nielicznych krajów, w których nie ma żadnych atrakcji turystycznych. Ale każdy słyszał przecież piosenkę „Dragostea Din Tei” miejscowej formacji O-Zone, która kilka lat temu nie tylko w Polsce stała się wakacyjnym hitem.

We wciśniętym między Rumunię a Ukrainę kraju ludzie są rozdarci. Z jednej strony będąca już dzisiaj w UE Rumunia, w której mówi się tym samym językiem, ale żyje się o wiele lepiej. Z drugiej cały obszar poradziecki, w którym Mołdawia funkcjonowała przecież przez wiele lat. Ale pomysł zjednoczenia z Rumunią Mołdawianie odrzucili w referendum z początku lat 90.

Do Mołdawii trudno dotrzeć, bo stan dróg i kolei nie pozwala na rozwinięcie dużych prędkości. Ukraińskie Czerniowce i mołdawską stolicę Kiszyniów dzieli tyle co Katowice i Poznań, ale podróż nie trwa kilka godzin, a cały dzień. Jeśli nie ma się samochodu, zostaje tylko duszna rozklekotana marszrutka (busik). Pociągu brak. To znaczy jest, ale jedzie na około. Ale że odwiedzając Kiszyniów i tak się wiele nie straci, może sprawdzić, jak wygląda mołdawska prowincja?

Pociąg z drewnianymi ławkami

Codziennie rano z Czerniowców wyrusza pociąg, którego docelowa stacja - Sokiriany - też leży na Ukrainie, ale nim pociąg tam dotrze, kilka razy przekracza granicę ukraińsko-mołdawską. W czasach radzieckich nikomu to nie przeszkadzało, ale dzisiaj za każdym razem odbywa się kontrola paszportowa.

Ropożerczy spalinowóz M62, jeszcze radziecki, i dwa wysłużone niebieskie wagony z drewnianymi ławkami suną i suną w kierunku Mołdawii. W środku niewielu pasażerów. Są kolejarze, którzy wracają z pracy, i miejscowe babuszki z zakupami. Jedna z nich wiezie ze sobą ogromną paczkę chyba stu rolek papieru toaletowego. Za oknem wioski, lasy, pola. W Mamałydze pociąg stoi kilkanaście minut. Ukraińska pograniczniczka sprawdza paszporty. Pociąg rusza, ale kilka minut później zatrzymuje się w środku ogromnych zarośli. Do pociągu wsiada funkcjonariuszka mołdawskiej straży granicznej. Ukraińskie i mołdawskie dokumenty w ogóle jej nie dziwią. Polskie - wprost przeciwnie.

- Cel pojezdki? - pyta po rosyjsku. - Turystycznie - mówimy. - Turystycznie?! Serio?! Przecież tu nie ma nic do oglądania - dziwi się, ale wbija pieczątki do paszportu.

Pociąg rusza, a my patrzymy przez okno. Zaraz będą Lipkany, pierwsze większe miasteczko już w Mołdawii. Na stacji czas się zatrzymał gdzieś w okolicach pieriestrojki, ale trzeba przyznać, że jest czysto i schludnie. Do miasta trzeba iść koło trzech kilometrów ulicą Gorkiego. Chyba autor „Matki” nie przypuszczał, że je-go sława mimowolnie trafi też na mołdawską prowincję. Mijamy opuszczony kołchoz. Upał jest straszny, ale przy każdym domu cień dają winogrona pnące się po specjalnie wykonanych konstrukcjach. Produkcja wina - i ta przemysłowa, i domowa - to rzecz, z której Mołdawia zawsze słynęła i słynie do dziś. Mijamy dwa sklepy, na każdym szyld „alimentare”. To nic innego jak kalka z rosyjskiego czy ukraińskiego szyldu „produkty” na każdym sklepie spożywczym. W sąsiedniej Rumunii szyldu „alimentare” nie uświadczysz, co pokazuje, że chociaż mołdawski (historycznie jeden z rumuńskich dialektów) tak naprawdę niewiele różni się od rumuńskiego, to funkcjonowanie przez wiele lat w innych, radzieckich warunkach zrobiło swoje.

Leje ze Stefanem III Wielkim

W drodze do „miasta” mijamy też piękną cerkiew ze złotymi kopułami (95 proc. Mołdawian to prawosławni). Obok dwujęzyczny billboard, na którym Partia Socjalistów Republiki Mołdawii po mołdawsku i rosyjsku dziękuje wyborcom za oddane głosy. Dopiero w trzecim sklepie można płacić kartą, zresztą obok jest bankomat, z którego wypłacić można miejscowe leje. Na każdym - król Stefan III Wielki. Jeden lej to niewiele ponad 20 groszy. Jesteśmy w kraju wina, ale postanawiamy spróbować też miejscowego piwa. W lodówce stoją butelki Chisinau. Szybko można się zorientować, że „blonde” znaczy jasne. Pomocą służy ekspedientka, początkowo mówi po mołdawsku, ale gdy orientuje się, że „my nie panimajem”, bez problemu przechodzi na rosyjski.

Lipkany liczą 5 tys. mieszkańców. To mniej więcej po połowie Mołdawianie i Ukraińcy, ale z przewagą tych pierwszych. W jedynym lokalu gastronomicznym nie ma słynnej placin-ty, czyli placków z różnym nadzieniem. Ale są inne miejscowe dania. Pyszna zupa przypominająca rosół z makaronem, ale zabarwiona na czerwono przez paprykę, przez co bardziej pikantna. Jest też zestaw podawany w drewnianym korytku z czterema otworami - z gulaszem, jajecznicą ze szczypiorkiem i pomidorami, mamałygą (kaszą kukurydzianą) przykrytą jajkiem sadzonym oraz tartą bryndzą. Wszystko bardzo smaczne, no może poza michą sera, bo ile można na jeden raz? Mimo że to mołdawska prowincja, w jedynej jadłodajni nie ma problemu z wi-fi. Dlatego można wysłać tweeta z końca świata. Zapytana przez nas sympatyczna kelnerka podpowiada nam, jak po mołdawsku napisać „pozdrowienia z Mołdawii”. Ale w miejscowym alfabecie - dzisiaj znów łacińskim, bo w czasach radzieckich używano cyrylicy - mnóstwo jest daszków i ogonków, nie wszystko też pisze się tak, jak się mówi. Ostatecznie to ona zapisuje nam na kartce „Va trimat un salut!”.

Lenin wciąż wiecznie żywy

Mołdawia, jaką znamy dziś, powstała w 1940, gdy ZSRR siłą wymusił na Rumunii przekazanie ziem, które - co prawda - wcześniej przez sto lat były rosyjskie. Tak powstała Mołdawska SRR, która w 1991 roku ogłosiła niepodległość. Znakiem dawnych lat jest w Mołdawii wciąż stojący pomnik Lenina. Widać, że jest już zniszczony i od dawna nikt go nie odnawiał. Odpadła m.in. ostatnia litera „H”, czyli „N”. W Lipkanach pomnik Lenina tylko stoi. W Naddniestrzu, czyli separatystycznej części Mołdawii, nieuznającej rządu w Kiszyniowie, symbolika radziecka ma się w najlepsze, na czele z flagą i herbem radzieckiej Mołdawii z sierpem i młotem. Kraj uznają tylko mające podobny status Abchazja i Osetia Południowa. Ale trzyma się osobno głównie dzięki wciąż stacjonującej tu armii rosyjskiej. Dla Kiszyniowa to największy problem w stosunkach z UE i NATO, bo podstawą w nich jest uregulowanie granic. Bez tego i bez decyzji Rosji, Mołdawii bardzo trudno będzie pozbyć się łatki biedy.

Tomasz Szymczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.