Opowieść o miłości, która śmierć zwycięża

Czytaj dalej
Fot. Adrian Wykrota
Anna Kot

Opowieść o miłości, która śmierć zwycięża

Anna Kot

Paulina, Mariusz, Ninka... Jeszcze nie minęły cztery lata, odkąd wszyscy cieszą się wspólnym życiem. Ale w czerwcu 2013 roku to nie było takie oczywiste.

Mariusz: Myślę, że w życiu naszej rodziny szukanie wsparcia z góry jest dość częste. To nie jest tak, że jak trwoga to do Boga. Faktycznie w momentach, kiedy dzieje się coś złego, tego dialogu z Panem Bogiem potrzeba więcej, ale gdzieś z tyłu głowy mam poczucie, że On zawsze jest ważny w moim życiu.

No i zdarzyło się w czerwcu 2013 roku, kiedy żona była w szóstym miesiącu ciąży...
Paulina: Ciąża przebiegała świetnie do 29 tygodnia. Nic nie zapowiadało tego, co się wydarzyło po 4-5 dniach, odkąd trafiłam do szpitala. Skąd się tam wzięłam? Miałam problem z oddychaniem, wybrałam się do lekarza rodzinnego, który natychmiast karetką wysłał mnie do szpitala na Polną. Wtedy okazało się, że nie wszystko jest w porządku. Czułam się tak źle, że napisałam do Mariusza, że ja tu chyba umrę. To były moje ostatnie słowa do niego, nie odczytałam już jego odpowiedzi - zaczęła się akcja ratowania dziecka. To było 24 czerwca, w poniedziałek. Jeszcze w nocy zostałam wybudzona tylko po to, aby zadzwonić po męża. I szybko mnie uśpili. To mogła być 3-4 nad ranem, Nina się urodziła o 5.20.

Mariusz: Tak, to było około 3. Ten telefon mnie raczej zaalarmował niż wystraszył.Żona powiedziała, że mam przyjechać do szpitala, bo najprawdopodobniej zaraz będzie miała operację. Tam zobaczyłem Paulę podłączoną do mnóstwa urządzeń, już miała podawaną krew. Nie była przytomna. Za chwilę miała mieć cesarskie cięcie. I wtedy wydarzył się najpoważniejszy i najtrudniejszy moment w moim życiu - pani doktor powiedziała, że mam się z żoną pożegnać, bo możemy się już więcej nie zobaczyć.

Paulina: Ja, moja świadomość, nie brały w tym wszystkim udziału, dlatego mam inne podejście do wszystkiego , co się wtedy wydarzyło. Ostatnia chwila, jaką pamiętam, to wyjazd ze szpitalnego pokoju i ta minuta, kiedy zadzwoniłam do męża. Nie wiem, co przeżywał Mariusz i moja mama, bo tylko moje ciało w tym wszystkim uczestniczyło. Ja zasnęłam i się obudziłam – jak w filmie – a pomiędzy zamknięciem i otwarciem powiek rozegrała się walka o Ninki i moje życie.

No więc Pani się budzi, córka jest na świecie...
Tak, to było moje pierwsze pytanie: co z dzieckiem…

A co właściwie się stało? Dlaczego doszło do tej walki o dwa życie?
Paulina: Miałam tzw. zespół HELLP, czyli kilka czynników zagrażających ciąży. Gdyby lekarz rodzinny nie zareagował przytomnie i szybko, do tragedii mogło dojść w domu… Na szczęście zdarzyło się to w szpitalu.

Mariusz: Kiedy lekarze przystąpili do cesarskiego cięcia, okazało się, że Paula ma pękniętą wątrobę, wszystko wewnątrz jest zalane krwią i Ninkę trzeba z tego wyciągać. A szpital na Polnej nie ma chirurga, który pozszywa rozerwaną wątrobę. Widziałem żonę, jak czeka na karetkę, która miała ją przewieźć na operację do szpitala na Przybyszewskiego - lekarze odsączali jej krew jakimiś chustami...
Do tej pory była walka o nią, a teraz zaczęła się o Ninę… Bo Ninka jest malutka, nie jest w stanie sama oddychać. To była połowa szóstego miesiąca, kiedy Nina się rodzi jej waga wynosi 1370 gramów, mieści się w jednej ręce! I i ta waga spada! Ale mieliśmy szczęście, bo Polna jest znakomicie wyposażona w sprzęt ratujący dzieci przedwcześnie urodzone. Ninka trafiła szybko do inkubatora. Ale loteria życia i śmierci trwa, bo wciąż nie wiem, czy obie będą żyć. I teraz zaczynam dialog z Panem Bogiem…

12.04.2017 poznan aw paulina mariusz mueller cudem uratowana. glos wielkopolski. fot. adrian wykrota/polska press
Adrian Wykrota 12.04.2017 poznan aw paulina mariusz mueller cudem uratowana. glos wielkopolski. fot. adrian wykrota/polska press

Żona już jest wybudzona?
Nie, nie! Nina rodzi się o 5.20 na Polnej, a około 6 zaczyna się już operacja Pauli na Przybyszewskiego, i to tylko dzięki naszym aniołom stróżom – Beni Gliszczyńskiej i Alicji Kobus, które nad ranem zadzwoniły po zaprzyjaźnionego chirurga. Po operacji żona trafia na OIOM, ale jej stan jest cały czas krytyczny. Teraz biegnę do córeczki, a tu potężny problem: płuca nie pracują, dzieje się coś złego. Już nawet nie pamiętam co.

Wtedy bardzo często rozmawiałem z Panem Bogiem, chodziłem do kościoła – jednego, drugiego, trzeciego, praktycznie cały czas, gdy nie byłem w szpitalach albo w pracy, to byłem w kościołach. To był dla mnie najpiękniejszy czas kontaktów z Bogiem, bo gdzie szukać wsparcia, jak nie u Boga? Tylko On decyduje o naszym życiu, jest jego Panem. Zawsze, kiedy jestem w potrzebie, przypominają mi się słowa Jana Pawła II: „Gdy będziecie w życiu przeżywać jakieś niepowodzenie czy zawód, niech myśl wasza biegnie ku Chrystusowi, który was miłuje, który jest wiernym towarzyszem i który pomaga przetrwać każda trudność”.

Ale na pewno wszyscy znajomi, rodzina Pana wspierali, mówili, że będzie dobrze,
Mariusz: Tak mi powtarzali:Trzymaj się, wyjdą z tego… Ale to jest za mało, potrzebujemy iskry, wsparcia od Najważniejszego, Tego, który tym wszystkim steruje. Więc ja przypuściłem szturm do Niego: napisałem do najbliższych przyjaciół z prośbą o modlitwę, bo każda się liczy, każda daje moc. Ludzie się włączyli, zamówiliśmy msze za zdrowie dziewczyn, byłem u ks. Andrzeja Sołopy, chrystusowca i w małej kaplicy w ich domu zakonnym sama na sam z księdzem i Panem Bogiem modliliśmy się dużo. Dostałem od ks. Sołopy kawałek materiału z ubrania Jana Pawła II na czas walki o życie dziewczyn, a mojej kampanii modlitewnej. Na Przybyszewskiego zawsze chodziłem do kaplicy i osobny dialog prowadziłem z Matką Boską, a osobny przy ołtarzu z Panem Jezusem i tak na zmianę.

A żona nadal śpi?
Mariusz: Śpi, dopiero na drugą noc po operacji była przytomna, ale jeszcze pod tymi wszystkimi aparaturami.

Wtedy lekarze powiedzieli: Już po wszystkim, może się Pan przywitać z żoną?
Mariusz: Nie, to cały czas były szanse pół na pół, Paula leżała na OIOM-ie, ale już miałem z nią kontakt – otworzyła oczy, reagowała na to, co mówię, sama nie mogła. Ale już to było bezcenne. To, na to czekaliśmy...

Miał Pan chwile rezygnacji, siłę powiedzenia: Panie Boże, niech się dzieje Twoja wola?
Mariusz: Nie! Nie! Bo ja jestem optymistą i Pan Bóg mnie jeszcze nigdy nie zawiódł. To jest ta MOC. Nigdy nie straciłem wiary.

Bo tyle i takie cuda się dzieją, ile jest w nas wiary?
Mariusz: No tak, to był wielki cud, nigdy nie zwątpiłem w to, że się musi udać i z wszystkich sił i na wszystkie sposoby o to zabiegałem…

Co się zmieniło w Pana życiu od tego momentu, kiedy usłyszał Pan, że ma się pożegnać z żoną…
Mariusz: Naturalnie wszystko! Człowiek momentalnie, automatycznie przewartościowuje życie...

Czyli?
Mariusz: Niewyobrażalnym było dla mnie stracić w jednym momencie dwie najbliższe osoby. Nawet nie umiem sobie wyobrazić, co by się stało, gdybym stracił je tak bez przygotowania, z godziny na godzinę. Bo przecież cały czas wszystko było dobrze i w ciągu jednego dnia cały świat zaczął się walić: telefon w środku nocy, jadę, mam się żegnać…

12.04.2017 poznan aw paulina mariusz mueller cudem uratowana. glos wielkopolski. fot. adrian wykrota/polska press
Adrian Wykrota

Dotarło do Pana świadomości, że to może być naprawdę pożegnanie?
Mariusz: Kiedy pani doktor to powiedziała, to uwierzyłem, bo wierzę, że lekarz najlepiej zna stopień zagrożenia życia i nie stawiałby mnie w sytuacji granicznej, gdyby takiej nie było. W rok czy dwa po narodzinach Niny byliśmy u pani doktor, która była przy operacji i ona sama przyznała, że dobrze wiedziała, że to krytyczna sytuacja – lekarze byli na 80 proc przekonani, że to się źle skończy. Żaden nie miał odwagi powiedzieć: „Wie pan, może się tak zdarzyć, że żona nie przeżyje”. Ale powiedzieli wyraźnie i bez dawania najmniejszych złudzeń: „Proszę się pożegnać”. To było trudne i będę to pamiętał do końca życia.

Kiedy najgorsze minęło, kiedy było wiadomo, że Paula będzie żyła, poczułem, że po raz drugi Pan dał mi żonę, tę samą, potwierdził, jakby powiedział: „Od początku wybrałem ją dla ciebie i ciebie dla niej”. Przepraszam, ale nie umiem nazwać tego, co poczułem… Wiedziałem, że przed nami jeszcze dużo modlitwy, dużo zmagań, ale Paula będzie ze mną, że jesteśmy na dobrej drodze i te moje spotkania z Bogiem to nie był monolog, Pan odpowiedział… konkretnym faktem, działaniem – dał żonie drugie życie i pozostał wierny - raz dawszy życie naszemu dziecku, zachował je. Ja chyba nie jestem człowiekiem wielkiej wiary, bo nie przesiaduję w kościele, ba, nawet nie w każdą niedzielę jestem na mszy, nie uczestniczę w innych nabożeństwach, nie jestem przykładnym katolikiem i nie spłynęła na mnie odpowiedź Boga, który by mnie uspokoił i powiedział: "Będzie dobrze, zrobię to dla ciebie, bo ładnie mnie prosiłeś”. Ale ta rozmowa była po prostu nasza, wewnętrzna – to był dialog, dwie osoby w niej uczestniczyły.

A co się zmieniło?
Wszystko poszło na dalszy plan - praca, rozrywki, kwestie materialne straciły zupełnie znaczenie. Ja musiałem chodzić do pracy, bo czerwiec to bardzo trudny okres, trwa sezon, od rana jechałem do dziewczyn, potem do pracy, wychodząc o 22 znów jechałem do dziewczyn. I tak kilka dni. Myślami byłem skupiony tylko na nich. Wszystko inne, co dotychczas miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie, w oka mgnieniu je straciło. Doszczętnie. To był specyficzny czas.

Bez czego, kogo, w takich dramatycznych sytuacjach mógł się Pan obejść.
Mariusz: Na pewno nigdy bym nie porzucił Pana Boga. To była moja droga, bez Boga - i to wiem na pewno – nie dalibyśmy rady i to jest STO, nieee MILION procent pewne, że dzięki Niemu jesteśmy tutaj razem i dziewczyny mają się dobrze. To też nie jest tak, że kiedy zagrożenie minęło, zapomniałem o Bogu – cały czas czuję wdzięczność i kiedy tylko mogę, dziękuję Jemu za to wszystko, co dla nas zrobił. Jak jestem w okolicy Starego Rynku, idę do fary pomodlić się, podziękować, kładę kwiaty na ołtarzu Matki Boskiej, nigdy nie oczekiwałem czegoś za coś. Po prostu jestem wdzięczny i umówiłem się z Panem Bogiem, że tak jak On mi, tak jak będę pomagał innym. Powiem tak - On jest wierny…

Wróćmy do Pani. Pani wreszcie się budzi. Kiedy do Pani dotarła świadomość, że mogła się nie obudzić?
Paulina: Nie byłam skupiona na sobie, od samego początku byłam skoncentrowana na dziecku. Nosiłam w sobie poczucie winy, że nie dałam rady na tyle długo je nosić, aby urodziło się bezpiecznie i w pełni zdrowe. Do dzisiaj mam do siebie pretensje, że córeczka cierpiała, że nie dałam rady. Ja źle się czułam nie tylko z powodu ciężkiej operacji, ale przede wszystkim, że nie miałam dziecka przy sobie. Musiałam wierzyć w to, co mi przekazują Mariusz i moja mama. Zobaczyłam ją pierwszy raz dopiero po 2 tygodniach, jak wyszłam ze szpitala. Do dzisiaj nie dociera do mnie fakt, że mogłoby mnie nie być. To jednak wszystko działo się poza moja świadomością – ja zasnęłam, obudziłam się i było po wszystkim – nie widziałam ani nie uczestniczyłam w tej walce, tylko moje ciało. Do końca nie wiedziałam, jak poważne było zagrożenie. Nawet tego, że Mariusza wezwano, by się ze mną pożegnał, dowiedziałam się później, przez przypadek i nie od niego. Ta niemożność zobaczenia córki, fakt, że nie jestem przy niej, gdy ona walczy o życie, to było dla mnie najboleśniejsze. To jej życie było najważniejsze. Mnie interesowało wyłącznie dziecko. I nie zapomnę tego bólu, kiedy aż dwa miesiące była w szpitalu i nie było jej przy nas.

Mariusz: Ja nie mam wątpliwości, że byłem świadkiem naszego małego zmartwychwstania. Przecież jak Paula zasnęła, mogła się nie obudzić. Pożegnałem się z nią. A ona żyje, wróciła, jest zdrowa. Tak samo jak Nina, a i ona przeżyła krytyczne chwile.

Paulina: Mąż to trochę inaczej traktuje. On inaczej w tym wszystkim uczestniczył. Byliśmy po różnych stronach – on to przeżył całym sobą: duchowo, fizycznie, psychicznie. Ten mój sen jednak ograniczył pełną świadomość przeżywania całości dramatu.

Rozumiem, co się wydarzyło, ale w sensie emocjonalnym tego nie doświadczyłam. Natomiast mocno przeżyłam wszystko, co dotyczy Niny. Zwłaszcza że przez dwa miesiące, kiedy Ninka leżała w szpitalu nigdy nie usłyszałam od lekarzy, że jest dobrze, a wręcz przeciwnie: że wszystkiego można się spodziewać. „Że jest cały wachlarz możliwych niepowodzeń”. A lekarze dzień za dniem i tygodniem powtarzali: nie wiadomo, nie wiadomo...

Czy nastąpił już moment, kiedy czujecie Państwo, że najgorsze za Wami? Śpicie spokojnie?
Mariusz: Tak, tak tak… wszystko idzie zgodnie z planem, Nina rośnie, jest zdrowa, mądra, piękna, rozwija się jak dzieci w jej wieku...

Czyim planem?
Mariusz: Wiemy czyim, no przecież wiemy...

Paulina: Kiedy Mariusz przestał mnie całe noce kurczowo trzymać za rękę, to był ten moment, kiedy wiedziałam, że już wszystko będzie dobrze. Że on już przestał się bać, że mu ucieknę.

Anna Kot

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.