Przemysław Osuchowski

Nowy Jork. Merry Christmas Everyone, czyli święta po amerykańsku

Nowy Jork. Merry Christmas Everyone, czyli święta po amerykańsku Fot. Archiwum
Przemysław Osuchowski

Na pytania o Amerykę odpowiadam zwykle po amerykańsku: jeśli czegoś tam nie ma, to znaczy, że było, ale się nie sprawdziło. Kiedy znajomi pytają mnie, a jak tam Boże Narodzenie, odpowiadam z kolei po polsku... jeśli coś nowego masz w Polsce, możesz być pewien, że naśladujemy Amerykę.

Włóczę się po USA i Kanadzie od kilku lat, poznałem ponad 40 amerykańskich stanów i kanadyjskich prowincji, ale amerykańska „świąteczność” nadal mnie śmieszy i fascynuje. Od Alaski po Nową Szkocję, od Jukonu po Florydę jest to przede wszystkim najdłuższe misterium biznesowo-zakupowe w roku. Nakręca handel do granic absurdu. I wszyscy mają tu tylko jedno zmartwienie: skoro jest tak dobrze, dlaczego nie można obchodzić Bożego Narodzenia dwa razy w roku?

Rodzinna przymiarka

W poniedziałek po Halloweenie, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej znikają dynie i „cmentarne” żarty, a półki sklepowe wypełniają się bożonarodzeniową pozłotą. W radio słychać już co popularniejsze świąteczne przeboje, telewizja też reklamuje co się da w świątecznym anturażu. Świątecznym? No... nie zupełnie. Raczej disneyowskim. Z siwym brodaczem w czerwonym kubraczku i reniferem Rudolfem z pijackim czerwonym nosem.

Amerykanie w gronie rodzinnym spotykają się dwa razy w roku. Treningiem i wprawką przed Bożym Narodzeniem jest Święto Dziękczynienia. Najczęściej przypominają sobie wtedy wszyscy, że mają rodziców i dziadków, no i jadą lub lecą setki kilometrów na pieczonego indyka do mamy lub babci. Celebra przypomina nieco naszą Wigilię, choć opłatka nie ma, ale są za to tłuczone ziemniaki.

Najważniejszym symbolem jest oczywiście gigantyczny indyk. Mieści się w piekarniku tylko dlatego, że amerykańska kuchnia ma zwykle piekarnik i lodówkę dużo większe niż w Europie. Miliony indyków idą pod nóż. Zamrażarki sklepowe i domowe pozbywają się zapasów, żeby zrobić miejsce na... indyki bożonarodzeniowe.

Choinki

Sygnał do odpalenia bożonarodzeniowych choinek daje Nowy Jork. Gigantyczna choina pod Rockefeller Center wraz z otwarciem lodowiska to strzał z pistoletu startowego. Amerykanie nie zastanawiają się już ani chwili. Gdy spędzałem za oceanem swe pierwsze święta, poszedłem z córką po choinkę cztery dni przed Wigilią. I okazało się, że choinek już od dawna nie ma! Musiałem wyjechać z Toronto 50 kilometrów, żeby jaką sierotę na wsi znaleźć. Zresztą wyglądała (nie córka, lecz choinka) na łysiejącego podrzutka... Po prostu w Ameryce choinka ma się świecić nie tylko w sklepie czy biurze, ale również w domu już miesiąc przed Bożym Narodzeniem. Tak mają.

Dobrym sygnałem jest zapewne to, iż wróciła moda na choinki żywe. Kanadyjczycy zacierają ręce, bo sprzedają tych świerków i jodeł dziesiątki milionów. Wszystkie są gęste jak zmutowane. I idealnie stożkowate. Z bliska niestety widać, że swój perfekcyjny kształt zawdzięczają strzyżeniu. Najpiękniejsze i największe choinki stają oczywiście w centrach handlowych. Przewyższają tę, która z Polski jedzie do Watykanu.

Od początku grudnia zdobi się świątecznie domy. Girlandy lampek, zanim spopularyzowano żaróweczki diodowe, bywały nawet przyczyną kryzysów energetycznych w większych miastach. Przeciętny amerykański dom musi być rozświetlony jak jasny gwint! Biały Dom w Waszyngtonie także. Świecą się też na podjazdach plastikowe bałwany (uwolnić bałwana!) i renifery. Zdobi się również samochody, nad dachami pojazdów pojawiają się rogi reniferów i czerwony pompon na masce.

Kolędujemy

Kolęd jako takich w Ameryce nie znają. Czasem w koncertowej sali lub na centralnym placu pojawi się orkiestra lub chór z klasycznym repertuarem. W Ameryce słucha się świątecznych przebojów. Tych samych od dziesiątków lat! Frank Sinatra, Nat King Cole wiecznie żywi i młodzi. Nowością wręcz są dzwoneczkowe przeboje „Last Christmas” George’a Michaela i „All I Want For Christmas is You” Mariah Carey. Grane wszędzie i bez przerwy zyskały nawet miano świątecznych killerów. Telewizja też ma swoje evergreeny od prehistorycznej „Świątecznej gospody” po „Love Actually”. Telewidz bombardowany przez kilka tygodni odpoczywa dopiero w same święta przy nieśmiertelnych „Ojcu chrzestnym” i serii z Indianą Jonesem.

Ale jest w Ameryce coś znacznie gorszego od zespołu Wham. To Armia Zbawienia... Wiadomo, że święta aktywizują wszelkie organizacje charytatywne. Na co drugim skrzyżowaniu i w co drugim sklepie stoi jakiś baran w czerwonym kaftanie, w jednej ręce ma puszkę na datki, w drugiej solidny dzwonek. I dzwoni non-stop!

Sprzedawcy w sklepach, sekretarki w recepcjach biurowców, taksówkarze i konduktorzy na szczęście nie dzwonią dzwonkami, ale mają za to różne choinkowe ozdoby na sobie. Nie ważne, czy to plaża w Kalifornii, czy stacja benzynowa w Dakocie. Jak kto ładny, to mu czerwona kulka na nosie lub równie czerwone rogi renifera na głowie specjalnie nie szkodzą. Ale zwykły przeciętniak w garniturze i muszce z choinkowych lampek wygląda jak idiota. Szczególnie że do świąt ciągle mamy jeszcze 3-4 tygodnie.

Prezenty

Muszą być!

Z dalszej części artykułu dowiesz się:

  • jakie prezenty najczęściej fundują sobie Amerykanie
  • jak ważna jest religia podczas obchodów Bożego Narodzenia
  • jak świętuje Polonia
Pozostało jeszcze 41% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Przemysław Osuchowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.