Nicole Młodziejewska

Nowotwór nie daje za wygraną... Jednak walka Anity wciąż trwa. Będzie świąteczna zbiórka na jej leczenie

Anita jest mamą trojaczków: Klaudii, Alana i Borysa. To właśnie oni dają jej siłę do dalszej walki i nadzieję na kolejne dni. Jak sama mówi, przy nich Fot. Grzegorz Dembiński Anita jest mamą trojaczków: Klaudii, Alana i Borysa. To właśnie oni dają jej siłę do dalszej walki i nadzieję na kolejne dni. Jak sama mówi, przy nich nie ma czasu, by myśleć o swojej chorobie.
Nicole Młodziejewska

Dla Anity Biedrzyckiej nowotwór to zmora. Nie tylko dlatego, że to choroba śmiertelna, ale także dlatego, że nie opuszcza jej od 11 lat. Co więcej, za każdym razem, gdy Anita i jej rodzina mają już nadzieję, że rak odszedł w niepamięć, on pojawia się nieproszony w najważniejszych momentach jej życia... i to ze zwiększoną siłą.

Rok 2008. 28-letnia wtedy Anita wraz ze swoim ukochanym Mariuszem przygotowują się do jednego z najważniejszych dni w ich życiu - ślubu. Starają się dopiąć wszystko na ostatni guzik i z niecierpliwością patrzą na kalendarz, odliczając dni do lipca, kiedy powiedzą sobie sakramentalne tak. Krawcowa robi ostatnie poprawki przy białej sukni, a Anita i Mariusz są szczęśliwi, bo przecież co może pójść nie tak.

Czytaj też: Radioterapia może wystarczyć sama lub być uzupełnieniem innych metod [ROZMOWA]

Jeszcze w maju, przed ślubem Anita kieruje się do poradni, której pacjentką jest od 2006 roku, na rutynową kontrolę. Kilka lat wcześniej zgłosiła się tam ze zmianami w piersi, które wykryła u siebie podczas samokontroli. Lekarze mówili, że to łagodna zmiana, więc Anita zgłaszała się tam bez obaw na regularne wizyty kontrolne. Niestety, tę jedną wizytę zapamiętała na zawsze.

- Pierś zaczęła się zmieniać, wciągała się brodawka. Jednak lekarz twierdził, że to nic niepokojącego, a piersi są mastopatyczne. Jednak osoba, która później robiła mi USG, uznała, że nie jest to normalne i wezwała lekarzy by skonsultować mój przypadek. Zlecono mammografie. Później usłyszałam od jednego z lekarzy: „przecież to jest zaawansowany nowotwór”

- wspomina Anita Biedrzycka.

Miała być biała suknia, tort i zabawa. Niestety, welon zastąpiły wypadające po chemioterapii włosy, zamiast pysznego tortu była operacja, a na miejscu zabawy pojawiła się radioterapia.

- To był szok. Ze względu na duże zaawansowanie choroby lekarze mówili, że rokowania nie są dobre. Pamiętam, że jeden z onkologów zapytał mnie wtedy: „chyba pani nie chce, żeby mąż szybko został wdowcem?” - wspomina Anita. I dodaje: - Wszystko zostało odwołane. Rodzina, znajomi, wszyscy byli w szoku, bo po pierwsze, byłam w młodym wieku, a po drugie, w mojej rodzinie byłam pierwszym przypadkiem z nowotworem, wcześniej nikt nie chorował.

Teraz na pewno jest dobrze

Pani Anita przyznaje, że wtedy na moment świat się dla niej zatrzymał. Przez pewien czas była załamana, zadając w koło pytanie „dlaczego akurat ja?”...

- W rodzinie nie było nigdy nowotworów, miałam badania i one również nie potwierdziły, że choroba ma podłoże genetyczne - podkreśla Anita.

W grudniu skończyła się terapia pani Anity. Zbliżał się nowy rok, a wraz z nim nowy etap w życiu 28-latki. Anita znów patrzyła na kalendarz, tym razem odliczając kolejne lata.

- Czas mijał i wszystkie badania wskazywały na to, że jest już w porządku. Czułam się wtedy spokojna, bo zapewniano mnie, że jeżeli przez pięć lat nic się nie pojawi, to znaczy, że już będzie okej

- wspomina Anita Biedrzycka.

Wraz z większą pewnością i poczuciem bezpieczeństwa, pani Anita postanowiła nadrobić zaległości. W 2013 roku stanęła na ślubnym kobiercu w wymarzonej przez lata białej sukni.

- Później zaczęliśmy starać się o dzieci. W sumie to szybko nam poszło i to w dodatku potrójnie. Cud - śmieje się Anita, spoglądając na swoje trojaczki.

Sprawdź też: Poznań: Nastoletnia Zuza pokonała raka. Teraz chce być przykładem, by uświadamiać rówieśników

W 2014 roku na świat przyszli Klaudia, Alan i Borys. Koszmar pani Anity przerodził się w ogrom szczęścia, które, niestety, nie trwało długo.

- To był rok 2015, karmiłam wtedy piersią i w trakcie znów wyczułam u siebie guzka, tym razem w drugiej piersi - opowiada mama trojaczków.

Tym razem Anita zdecydowała przejść przez to bez załamania i szybko wzięła sprawy w swoje ręce.

- Wtedy postanowiłam zrobić wszystko prywatnie, by jak najszybciej ze zmiany wychwycić. I znów rozpoczęła się ta sama historia - USG, rezonans, biopsja… Na szczęście komplet badań zebrałam w ciągu tygodnia. Okazało się, że te zmiany były na tyle szybko wykryte, że skończyło się jedynie operacją i leczeniem w formie takiej blokady hormonalnej

- przypomina sobie Anita. I dodaje: - Tym razem nie było już takiego szoku. Przecież pierwszy nowotwór, który był w dużym stopniu zaawansowania dał mi spokój na kilka lat. Ale te zmiany były malutkie, udało się wykryć je szybko, nie było przerzutów na węzły, nie musiałam przyjmować chemii. Czułam, że pójdzie łatwo i nie poddawałam się. Miałam dla kogo walczyć - mówi mama trojaczków.

3 x dzieci, 3 x nowotwór?

Po drugim nowotworowym epizodzie w życiu rodziny Biedrzyckich wszystko wróciło do normy. Dzieci poszły do przedszkola, a Anita znów zaczęła chodzić do pracy.

Przez ostatnie cztery lata nowotwór przestał być głównym tematem w domu. Anita, Mariusz, Klaudia, Alan i Borys znów mogli cieszyć się tylko sobą.

Jednak w lutym tego roku Anita zaczęła słabnąć, odczuwała duże zmęczenie i ból w plecach. - Wiązałam to z różnymi infekcjami, bo dzieci często chorowały, a ja, jak to zwykle bywa, razem z nimi. Jednak te bóle zaczęły być coraz silniejsze - wspomina Anita.

W końcu doszło do złamania kręgów kręgosłupa. Mama trojaczków musiała przejść skomplikowaną operację stabilizacji śrubami odcinka piersiowego i lędźwiowego. To jednak nadal nie był koniec zmartwień.

- Niestety, rak wrócił ze zdwojoną siłą pod postacią licznych przerzutów do kości, atakując kręgosłup, żebra, mostek, udo, biodro. Okazało się, że po 4 latach, pomimo przebywania pod stałą kontrolą onkologów, stosowane leczenie zachowawcze przestało działać, a choroba znów chce przejąć kontrolę nad moim życiem…

- mówi Anita.

Cena za życie

Dzisiaj 39-letnia blondynka z ciemnymi oczami, cały czas czeka. Stara się nie poddawać. Jednak w jej oczach widać smutek i zmęczenie nieustającą chorobą. Mimo tego, wciąż walczy.

- Siłę dają mi przede wszystkim dzieci. Przy nich nie ma czasu, żeby myśleć o chorobie. I pewnie, gdybym ich nie miała, to już dawno załamałabym się. A tak, to jest dla kogo walczyć

- tłumaczy Anita.

Klaudia, Alan i Borys, to pełne energii 5-latki. Zapanowanie nad nimi jest nie lada sztuką. Jednak ich uśmiechy mogą dawać nadzieję.

Zobacz także: Poznań: Nowy oddział kardiochirurgii dziecięcej już z pacjentami. Nie spodziewali się, że będzie tam tak pięknie [ZDJĘCIA]

- Dzieci wiedzą, że choruję, chociaż myślę, że nie rozumieją dokładnie, z czym się zmagam. Mówią, że mama choruje na raka. Gdy po operacji leżałam i nie mogłam się ruszać, próbowałam ich oswoić z tą myślą, że „mama może kiedyś umrzeć”. Nie wiem, na ile zdają sobie z tego sprawę, ale odpowiadają na to, że „wtedy ciocia się będzie nimi zajmować”, czyli siostra męża - uśmiecha się Anita, ale w jej oczach wciąż widać strach.

39-latka, jak mówi, obecnie czuje się dobrze. Wyniki badań pokazują, że choroba stanęła w miejscu. Nie wiadomo jednak, na jak długo i czy znów nie wróci z większą siłą. Dlatego teraz Anita podjęła kolejną próbę. Tym razem musi zebrać pieniądze na lek, który jest dla niej jedyną szansą.

- W Polsce jest lek, który potrafi dwukrotnie wydłużyć remisję raka. Od niedawna jest on refundowany, ale ja i wiele kobiet w podobnej do mnie sytuacji, nie spełniamy jej wymogów - tłumaczy Anita Biedrzycka. I dodaje: - Wśród takich wymogów jest między innymi to, że zmiany muszą być mierzalne, a u mnie po prostu są rozsiane i nawet lekarze nie są w stanie ich zmierzyć. Po drugie, choroba musi być cały czas postępująca, a na ten moment, u mnie ona się zatrzymała. Bez refundacji koszt leku to ok. 10 tys. zł. miesięcznie.

Nie wiadomo ile dawek będzie musiała przyjąć pani Anita. - Mam koleżankę, która brała go tylko trzy miesiące, ale z kolei moja druga znajoma bierze go już dwa lata. Nie ma reguły - tłumaczy.

W pomoc w zebraniu funduszy na leczenie Anity angażuje się nie tylko rodzina i znajomi, ale również rodzice innych dzieci z przedszkola, do którego chodzą Klaudia, Alan i Borys.

Czytaj też: Z jakimi problemami rodzą się wcześniaki i w czym trzeba im pomagać? Rozmawiamy z prof. Janem Mazelą

7 grudnia organizują dla niej wydarzenie „Świątecznie dla Anity”. Gościem specjalnym ma być Mezo. Oprócz jego koncertu odbędą się również pokaz magii, występy dzieci z przedszkola i przede wszystkim licytacje, z których dochód zostanie przeznaczony na leczenie Anity.

Na portalu fundacji Alivia trwa również zbiórka internetowa. Anitę można wesprzeć wpłacając pieniądze pod tym linkiem: www.skarbonka.alivia.org.pl/anita-biedrzycka.

Nicole Młodziejewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.