Kazimierz Dadak

Nielubiany złoty znakomitym amortyzatorem gospodarczym

Nielubiany złoty znakomitym amortyzatorem gospodarczym Fot. Fot. Marcin KróLak / Polskapresse
Kazimierz Dadak

Przystąpienie do strefy euro byłoby najprostszą drogą do gospodarczej wegetacji, jeśli nie ruiny. Przekonali się już o tym Grecy, niebawem mogą przekonać się np. Włosi

Polski złoty jest anachronizmem, mamy przystąpić do strefy euro i staniemy się bogaci, tak jak bogaci są Niemcy czy Holendrzy - tak sugerują rodzime elity na czele z wieloma ekonomistami. Z całym szacunkiem dla tych ambicji trzeba podkreślić, że taki krok byłby najprostszą drogą do gospodarczej wegetacji, jeśli nie ruiny. Przekonali się już o tym Grecy, a niebawem mogą przekonać się o tym na przykład Włosi.

Żeby nie pozostać gołosłownym: jak podaje Eurostat na koniec roku 2008, czyli w momencie załamania się banku Lehman Brothers i zapoczątkowanego tym wydarzeniem kryzysu w USA i zaraz potem w strefie euro, PKB Grecji na mieszkańca wynosił 21 840 euro, zaś na koniec roku 2019 wyniósł zaledwie 17 090 - spadek stopy życiowej o ponad 21%! Takiej katastrofy nie spowodowała w Polsce nawet terapia wstrząsowa prof. Balcerowicza.

W latach 2008-2019 inne kraje dotknięte kryzysem w strefie euro zanotowały dodatni wzrost, co nie znaczy, że mogą odtrąbić sukces. W całym tym okresie PKB na mieszkańca wzrósł na Cyprze o 7,9%, Włoszech 8,7%, zaś Hiszpanii o 9,5%. W tym samym okresie PKB na mieszkańca Polski - liczony w euro - wzrósł z 9 600 do 13 900, czyli o prawie 45%. U nas stopa życiowa wzrastała w średnim rocznym tempie 3,4%, zaś we Włoszech zaledwie z szybkością 0,77%. W porównaniu ze średnią dla całej strefy euro, u nas zamożność rosła dwukrotnie szybciej.

Mit mocnego złotego

Te osiągnięcia były możliwe dzięki temu, że posiadamy własny pieniądz, który w chwilach kryzysu traci na wartości. Doskonale rozumiem, że słysząc tę wiadomość przeciętny rodak zgrzyta zębami, ponieważ deprecjacja złotego oznacza trudności w spędzaniu wymarzonych wakacji np. w Tajlandii.

Pamiętam opowieści mojej babci o tym, jak to przed wojną „Polskę szanowano, bo nasz złoty był mocny”. Zaiste, wartość złotego mierzona w złocie w latach 1926-1939 była niezmienna. Tymczasem, żeby wyjść z wielkiego kryzysu najpotężniejsza gospodarka świata, USA, w 1933 r. zdewaluowała dolara w stosunku do złota o 41%. Tym samym, kurs dolara w stosunku do polskiej waluty spadł z około 8,9 do około 5,3 złotego. Inne potężne kraje też dewaluowały swe waluty - my należeliśmy do wyjątków.

Wielki kryzys miał w Polsce niesłychanie ciężki przebieg. Spadek PKB należał do najwyższych, jeśli nie był najwyższy w świecie. Stopa życiowa ludności sięgnęła dna. Według zachodnich szacunków co czwarty mieszkaniec cierpiał głód (w rolniczym kraju!). Produkcja przemysłowa uległa załamaniu. Moja babcia była nieświadoma tego, że „mocny złoty” hamował rozwój gospodarczy, szczególnie rozwój przemysłu i w niemałym stopniu przyczynił się do niedorozwoju ekonomicznego i klęski wrześniowej.

Na skutek „mocnego złotego” także nastąpił odpływ kapitału i tym samym wysokość rezerw walutowych uległa potwornej obniżce. Żeby wiosną 1939 r. kupić na kredyt we Francji samoloty myśliwskie, musieliśmy oddać pod zastaw połowę resztek zapasów złota posiadanego przez nasz bank centralny.

Niestety z owych doświadczeń wielkiej nauczki nie wyciągnęliśmy. Niemały wpływ na to mają ci, którym bardzo zależy na tym, aby Polska była wyłącznie dostarczycielem taniej, a wykwalifikowanej siły roboczej i surowców. Te ośrodki niemały wysiłek wkładają w propagowanie austriackiej myśli ekonomicznej, szczególnie tyczące się polityki pieniężnej (waluta jako „kotwica” gospodarki). Tymczasem, w USA żaden poważny ekonomista tą gałęzią myśli ekonomicznej się nie zajmuje, podobnie żaden poważny kraj nie wciela jej zaleceń w życie. Wprost przeciwnie, całe tomy napisano na temat zgubności stałych kursów walutowych i waluty złotej.

Amortyzator kryzysów

Dzięki spadkowi wartości rodzimego pieniądza w stosunku do innych walut (deprecjacji) towary i usługi wytwarzane w danym kraju stają się tańsze na rynkach światowych. Tym samym gospodarka państwa o słabnącym pieniądzu staje się bardziej konkurencyjna. Z tego względu w 2009 r. Polska była „zieloną wyspą” wśród załamujących się gospodarek Unii. Premier Tusk chodził w glorii zbawcy ojczyzny, podczas gdy cała zasługa leżała właśnie w deprecjacji złotego.
W lipcu 2008 r., czyli tuż przed załamaniem się Lehman Brothers, średni kurs wymienny dolara i euro wynosił, odpowiednio 2,07 i 3,26 złotego. Kurs naszej waluty był ogromnie zawyżony, o czym świadczył deficyt w obrotach międzynarodowych. W całym 2008 r. saldo w handlu zagranicznym (towary i usługi) wyniosło minus 68,1 mld złotych.

Pomiędzy lipcem 2008 r. i lutym roku następnego kursy dolara i euro poszybowały w górę do pułapu, odpowiednio, 3,63 i 4,64 złotego, czyli wartość dolara w stosunku do naszej waluty wzrosła o prawie 58%, zaś euro o prawie 28%. Ten fakt miał zbawienny wpływ na nasz bilans handlowy, deficyt w obrotach zagranicznych w całym roku 2009 spadł do 13,6 mld złotych. Warto zauważyć, że pomimo ogromnego spadku popytu za granicą z powodu szalejącego kryzysu w roku 2009 nasz eksport towarów i usług wzrósł do 508,6 mld z 485,6 mld w roku poprzednim.

Ten sukces na arenie międzynarodowej przełożył się na utrzymanie produkcji i zatrudnienia na przyzwoitym poziomie. Owszem, wakacje w tropikach stały się droższe lub nieosiągalne, ale z punktu widzenia całej gospodarki korzyści daleko przewyższyły straty.
Obecnie sprawy będą się rozwijać podobnie. „Słabnący złoty”, jak biadają niektórzy eksperci, spowoduje wzrost atrakcyjności polskich towarów i usług w świecie. Dajmy prosty przykład. Jeśli kurs dolara wynosi tyle, ile wynosił rok temu, czyli około 3,8 złotego, to polski eksporter może sprzedać na rynku amerykańskim towar, którego koszt produkcji wynosi powiedzmy 100 złotych za 30 dolarów i odnotuje przyzwoity zysk. Natomiast jeśli kurs dolara pójdzie w górę, dajmy na to do obecnego (około 4,6 PLN/USD), to te 30 dolarów w przeliczeniu na złote daje już 138 złotych. Dzięki temu, rodzima firma albo zanotuje gwałtowny wzrost zysków w eksporcie do USA, albo będzie w stanie obniżyć cenę sprzedaży w dolarach i powiększyć swój udział w tamtejszym rynku.

W obliczu możliwego kryzysu, dzięki deprecjacji złotego polska firma może obniżyć cenę w dolarach i nadal tam eksportować z zyskiem. Daje jej to przewagę nad amerykańskim konkurentem, który ponosi koszty we własnej walucie i wielkich możliwości obniżenia ceny nie posiada. Jeśli koszty produkcji tego towaru w USA wynoszą przyjmijmy $25, to przy dużo wyższym kursie dolara (czyli niższym złotego) polska firma jest w stanie obniżyć cenę sprzedaży do poniżej $25 i nadal odnosić większe zyski (liczone w złotych) niż zaledwie rok temu (przy kursie 3,8 PLN/USD)!

Ceteris paribus

Deprecjacja złotego jawi się jako zjawisko nadzwyczaj ujemne tylko jeśli na tę sprawę patrzymy z punktu widzenia tego, co ekonomiści nazywają warunkiem ceteris paribus, czyli jeśli zmieniamy wartość tylko jednej zmiennej, zaś wszystkie inne pozostawiamy bez zmian. Jest to założenie nie tylko niezwykle prostackie, co zupełnie nierealistyczne, albowiem gospodarka to jest system naczyń połączonych i zmiana w jednym zakresie wymusza zmiany w wielu innych parametrach.

Jeśli dzięki deprecjacji złotego nasz hipotetyczny eksporter zwiększa zyski w eksporcie do USA, to tym samym winny rosnąć jego inwestycje i zatrudnienie. Podobnie, winny wzrastać jego zakupy części składowych, co z kolei winno przyczyniać się do inwestycji i większego zatrudnienia wśród poddostawców. Dzięki temu, po pewnym czasie rosną płace i obywatele mogą sobie pozwolić na nasze hipotetyczne, wymarzone wakacje w egotycznych krajach. Owszem, to marzenie trzeba nieco odłożyć w czasie, ale na długą metę w ekonomii nie ma możliwości chodzenia „na skróty”. Bogactwo zdobywa się tylko nieustanną wytężoną pracą, a nie dzięki sztucznemu utrzymywaniu zawyżonego kursu własnej waluty.

W zakresie stosunku do kursu wymiennego złotego polska polityka gospodarcza jest dokładnym przeciwieństwem tej stosowanej przez wiele krajów, które błyskawicznie dogoniły czołówkę światową. Niedowartościowany kurs własnego pieniądza przez całe lata utrzymywały dalekowschodnie „tygrysy”, a potem Chiny.

Aby nie było niedomówień, powyższe nie ma nic wspólnego z propagowaniem wahnięcia w drugą stronę, ponieważ zbyt niski kurs wymienny też ma ujemne strony, może przyczynić się do powstania presji inflacyjnej. W polityce gospodarczej, tak jak i w życiu osobistym, stosowanie się do cnoty umiaru daje doskonałe wyniki.

Euro-katastrofa

Przyjęcie euro w mgnieniu oka pozbawiłoby Polskę tego zbawiennego mechanizmu. Zdecydowana większość naszego wywozu trafia na rynki europejskie i tym samym przestałaby istnieć możliwość obniżki cen naszych towarów w drodze deprecjacji pieniądza. Dokładnie w ten sposób została pogrążona gospodarka grecka, zaś ekonomie Włoch i Hiszpanii rozwijają się z szybkością żółwia.

W ramach wspólnej waluty kwitną tylko gospodarki, które są najbardziej rozwinięte. Ich firmy wytwarzają towary wymagające najbardziej zaawansowanych technologii albo ich marki są cenione w świecie. W obliczu kryzysu (spadku popytu ogólnego), popyt na tego typu produkty maleje dużo mniej niż na towary kupowane przez przeciętnego obywatela. Czasy kryzysu w najmniejszym stopniu dotykają bogatych, zaś najbardziej klasę średnią. Poziom spożycia bogatych nie ulega zmianie, natomiast „średniacy” zaciskają pasa.

Żeby utrzymać się na rynku, przedsiębiorstwa, które nie produkują towarów pierwszej potrzeby lub luksusowych, muszą ciąć ceny. Jeśli dany kraj w rodzaju Polski posiada własny pieniądz, ten stan rzeczy odbywa się automatycznie - kurs wymienny jego waluty maleje. Natomiast dla członka unii pieniężnej jedynym sposobem obniżki cen jest obniżka kosztów produkcji, głównie płac.
Tu właśnie kryje się pierwszorzędny koszt członkostwa w strefie euro, ciężar kryzysu spada na barki świata pracy. Przed tą właśnie groźbą ostrzegali ekonomiści tej miary i zarazem o diametralnie różnych poglądach, co Milton Friedman i James Tobin.

Obniżenie kosztów pracy - jak to elegancko ujmują ekonomiści - nie jest zadaniem ani łatwym, ani bezbolesnym. Odbywa się to w drodze zwiększenia bezrobocia - w przypadku Grecji i Hiszpanii masowego bezrobocia. Podany powyżej spadek PKB na mieszkańca w Grecji właśnie odzwierciedla skutki tej operacji. We Włoszech proces ten był mniej drastyczny, ponieważ ich gospodarka jest lepiej rozwinięta. Niemniej nadzwyczaj powolne tempo wzrostu PKB obrazuje wyzwania stojące przed Włochami i kolejny ciężki kryzys gospodarczy może zakończyć się Italexitem ze strefy euro.

Poziomem rozwoju polska ekonomia jest dużo bardziej zbliżona do greckiej niż włoskiej, zatem przyjęcie euro miałoby skutki podobne do tych, które wystąpiły w ojczyźnie Platona i Arystotelesa. Przystępując do strefy euro zamienilibyśmy niestabilną walutę na bardzo niestabilny rynek pracy, czyli możliwość długotrwałego bezrobocia albo ponownego zatrudnienie na dużo gorszych warunkach. Ci, którzy orędują za przyjęciem euro, powinni wyborcom przedstawić tę alternatywę.

Naszym zdaniem, póki co należy cieszyć się z posiadania złotego i tego, że w obliczu kryzysu stanowi on dla naszej gospodarki znakomity i sprawny amortyzator.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Kazimierz Dadak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.