#Mecenasi Gastro. Prawnicy na pomoc zbuntowanym restauratorom

Czytaj dalej
Fot. Jacek Smarz
Dorota Witt

#Mecenasi Gastro. Prawnicy na pomoc zbuntowanym restauratorom

Dorota Witt

„Jest epidemia, nie czas na konstytucję” - takie stwierdzenie denerwuje mnie najbardziej. Od momentu wybuchu epidemii politycy, na potrzeby wyborów, zdążyli już nawet odwołać pandemię, dlatego nie mam litości dla rządzących: mieli czas, by skonstruować covidowe obostrzenia tak, by były zgodne z konstytucją - mówi Piotr Wódkowski, radca prawny z Torunia, który miesiąc temu zainicjował akcję #Mecenasi Gastro. Prawnicy w kilku miastach Polski dyżurują w otwartych mimo zakazów restauracjach i pomagają właścicielom, gdy zjawi się kontrola.

Akcja #Mecenasi Gastro, którą miesiąc temu zapoczątkował pan w Toruniu, rozlała się po kraju: prawnicy wspierają nieodpłatnie właścicieli restauracji w Krakowie, Wrocławiu, Rzeszowie, Warszawie, Częstochowie i Łodzi - tych, którzy otworzyli lokale mimo zakazu. Pomagacie łamać rządowe obostrzenia nałożone na przedsiębiorców z uwagi na pandemię?

Jeśli wyraźnie zaznaczymy, że trudno nazwać te obostrzenia legalnie obowiązującym prawem, to tak. Żadnemu właścicielowi restauracji czy kawiarni nie zalecam jednak, by otwierał swój biznes wbrew obostrzeniom wprowadzonym przez rząd. Deklaruję swoją pomoc prawną tym, którzy są pewni, że właśnie to chcą zrobić (a tej pewności nabierają niemal zawsze ci restauratorzy, którzy - pozbawieni pracy od wielu miesięcy - są na skraju bankructwa). Przyglądam się z bliska problemom restauratorów, wiem, co to w praktyce znaczy być dziś właścicielem otwartej knajpy: niebywały stres, niepewność, strach. Nie mogę jako prawnik brać na siebie odpowiedzialności moralnej za podjęcie decyzji o otwarciu lokalu mimo obostrzeń, dlatego, gdy ktoś dzwoni i oczekuje, że go do tego kroku przekonam, odmawiam pomocy. Gdy ktoś dzwoni i pyta: otwieram jutro, nie wiem, jak się zachować w czasie kontroli. Wpadnie pan? Wpadam. Zwykle wygląda to tak, że dyżuruję przy jednym ze stolików, popijam kawę i czekam na pierwszą kontrolę - ona prędzej czy później się zjawia, raczej prędzej. Czuwam nad jej przebiegiem, sprawdzam, czy kontrolujący lokal pracownicy stacji sanitarno-epidemiologicznej trzymają się procedur. A potem jestem pod telefonem. Bywa, że restauratorzy dzwonią i proszą o pilną pomoc, bo do lokalu właśnie po raz kolejny weszła kontrola. Mogę być gotowy w 20 minut.

Co z prawem ustanawiającym obostrzenia dla przedsiębiorców jest nie tak, że zdecydował się pan pomagać restauratorem nieodpłatnie i jeszcze namawia pan do tego innych prawników?

No tak, ale mamy pandemię, tu chodzi o ochronę zdrowia i życia, to sytuacja wyjątkowa, odpuśćmy więc literalne trzymanie się prawa - słyszy pan taki argument?

Ten denerwuje mnie chyba najmocniej, bo jest jednym z najbardziej szkodliwych. Co mnie dziwi, słyszę go nawet z ust osób, które są zdecydowanymi przeciwnikami partii rządzącej. Ale zostawmy politykę, nie o to mi chodzi. Mógłbym się zgodzić, z tym tłumaczeniem, gdybyśmy rozmawiali rok temu, kiedy sytuacja była nowa, trudna dla wszystkich. Ale minęło prawie 12 miesięcy. Od momentu wybuchu epidemii politycy, na potrzeby wyborów, zdążyli już nawet odwołać pandemię, dlatego nie mam litości dla rządzących: mieli czas, by poprawić przepisy, skonstruować je tak, by były zgodne z konstytucją. Nielegalnie ograniczanie wolności gospodarczej niesie za sobą krótko- i długofalowe skutki. Przestrzeganie prawa przez organy państwa przy wprowadzeniu i egzekwowaniu różnego rodzaju obciążeń antyepidemicznych, to nie idealistyczny wymóg „państwa prawa", ale jeden z czynników, przekładających się bezpośrednio na rzeczywistą skuteczność tych obostrzeń. Ignorowanie przez same organy państwa zasad porządku prawnego, prowokuje do ignorowania nakazów tych organów przez obywateli. Część osób pomyśli: „skoro rząd narusza prawo, to czemu ja mam go przestrzegać?" i sporo z nich jeszcze doczepi do takiego rozumowania jakąś teorię spiskową, która zaneguje całość środków bezpieczeństwa związanych ze zwalczaniem epidemii. Skwitowanie sytuacji słowami: „oj, a co rząd poradzi, jeśli głupi ludzie nie rozumieją, że to wyższa konieczność?" to przyjmowanie jednej z najbardziej niekonstruktywnych postaw. Nazywam ją obrażaniem się na rzeczywistość. To obowiązkiem władzy publicznej jest uwzględnienie takiej reakcji w planowaniu swoich działań. Nie chcę oceniać zasadności zamknięcia gastronomii z punktu widzenia rozwoju epidemii, podkreślam jednak, że trzeba podejmować takie decyzje z poszanowaniem prawa. Pomagamy tym właścicielom lokali, którzy się do nas zgłaszają i spełniają dwa warunki: ściśle przestrzegają reżimu sanitarnego obowiązującego w gastronomii przed lockdownem i są pewni, że chcą otworzyć lokal, co wiąże się z ryzykiem.

W listopadzie przedstawiciele branży gastronomicznej protestowali, m.in., w Toruniu
Jacek Smarz W listopadzie przedstawiciele branży gastronomicznej protestowali, m.in., w Toruniu

Jakie to ryzyko?

W momencie podjęcia decyzji o otwarciu, restaurator musi wiedzieć, że rozpoczyna wojnę z aparatem państwa. Sprowadza na siebie widmo nieustających kontroli - pracowników sanepidu, ale nie tylko. W myśl zasady: „pokaż mi człowieka, a znajdzie się paragraf" z rządowych agend płynie komunikat o możliwości kontrolowania otwartych lokali przez urzędy skarbowe. Chodzi o ich zastraszanie. Kontrolerom z sanepidu często towarzyszą też policjanci - z reguły w charakterze asysty. Sanepid z miejsca może nałożyć karę na „zbuntowanego” restauratora - 30 tys. zł. I tak nawet codziennie. Może też wydać decyzję o zamknięciu, jak stało się z jednym z toruńskich lokali, a w skrajnych przypadkach może dojść do sytuacji, że policja użyje wobec właściciela przymusu bezpośredniego.

Nielegalnie ograniczanie wolności gospodarczej niesie za sobą krótko- i długofalowe skutki. Przestrzeganie prawa przez organy państwa przy wprowadzeniu i egzekwowaniu różnego rodzaju obciążeń antyepidemicznych, to nie idealistyczny wymóg „państwa prawa", ale jeden z czynników, przekładających się bezpośrednio na rzeczywistą skuteczność tych obostrzeń. Ignorowanie przez same organy państwa zasad porządku prawnego, prowokuje do ignorowania nakazów tych organów przez obywateli.

Jak przebiegają kontrole pracowników sanepidu?

Obserwując pracę pracownic sanepidu (bo kontrole w restauracjach, przy których byłem, przeprowadzają głównie kobiety), odnoszę wrażenie, że one nie chcą tam być, nie chcą w tym uczestniczyć. Kontrolują i wykonują swoją prace zgodnie z procedurą, bo takie dostały polecenie służbowe (które przełożony wydał w oparciu o niekonstytucyjne przepisy). Tak po ludzku nie dziwię się, że te je wykonują. Mają rodziny, zobowiązania finansowe, a widmo utraty pracy w sytuacji kryzysu gospodarczego przytłacza. Jeden z prawników biorących udział w akcji, mec. Jerzy Grys z Częstochowy, zadeklarował pomoc prawną właśnie pracownikom sanepidu. Na pewno pomoże im to bardziej niż hejt wylewany na nich w sieci. Po pomoc zgłaszają się kontrolerzy z całej Polski, pytają: co mamy robić? Pracownik ma prawo, a nawet obowiązek sprzeciwić się wykonaniu nielegalnie wydanego polecania. Jeśli sprzeciw stanie się przyczyną dyscyplinarnego zwolnienia, pracownik powinien odwołać się do sądu pracy. Pracownicy sanepidu muszą pamiętać, że fakt wykonywania polecenia przełożonego nie zawalania ich z odpowiedzialności za nielegalne działanie. Takie jak na przykład prowadzenie kontroli według ujawnionych przez media wytycznych. Była w nich mowa o tym, by przeprowadzać nagłe, niezapowiedziane kontrole pod pretekstem tzw. urzędowej kontroli żywności, ale pracownicy stacji sanitarno-epidemiologicznych w rzeczywistości mieli sprawdzać przestrzeganie przez właścicieli otwartych restauracji obostrzeń covidowych i natychmiast zamykać lokale - przy użyciu przygotowanych wcześniej niemal gotowych decyzji administracyjnych. W przypadku tak przeprowadzonej kontroli właściciel restauracji nie ma żadnego pola manewru, nawet , gdy łamane są procedury. W tej sprawie interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. Główny Inspektora Sanitarny oświadczył, że nie była to jego decyzja, ale... nakazał Państwowej Inspekcji Sanitarnej ich wycofanie.

Jakie patenty mają właściciele lokali gastronomicznych, by je otworzyć, ale się nie narazić?

Proszę o następne pytanie... A tak na poważnie, to chciałbym zaznaczyć, że doradzanie przez nas w takich kwestiach (bo tym zdecydowanym właścicielom również niekiedy w ten sposób pomagamy) trudno nazwać pomocą w omijaniu prawa, skoro samo prawo jest „bezprawne”. Raczej powiedziałbym, że jest to budowanie strategii unikania wchodzenia w otwarty konflikt z aparatem państwowym oraz reagowania na coraz to nowe pomysły rządzących na egzekwowanie nielegalnych rozporządzeń, w takich sytuacjach jak wspomniane planowanie kontroli covidowych pod pretekstem kontroli żywności. To trochę tak, jak mawia jeden z
prawników, biorących udział w akcji, mec. Szymon Żywicki z Wrocławia, jakbyśmy grali w szachy z gołębiem: analizujemy, szukamy rozwiązań, planujemy każdy ostrożnie wykonywany ruch. A gołąb przylatuje na plansze, strąca pionki i jeszcze zostawia na niej... to, co zostawiają gołębie.

Jak sądy patrzą na przedsiębiorców, którzy łamią obostrzenia?

Głośna sprawa fryzjera z Opola, który zaskarżył nałożoną przez sanepid karę w wysokości 10 tys. zł. ciągnęła się dziewięć miesięcy. A trzeba pamiętać, e decyzje sanepidu mają rygor natychmiastowej wykonalności, czyli pomimo wniesienia skargi zablokowane mogą być np. rachunki bankowe przedsiębiorcy. Zapadł wyrok korzystny dla przedsiębiorcy i tak jest w większości przypadków, jednak nie zawsze. Przykładowo przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Bydgoszczy, w sprawie podobnej do przypadku fryzjera z Opola, zapadł wyrok niekorzystny dla przedsiębiorcy oparty z grubsza na argumentacji w stylu „jest epidemia, nie czas na konstytucję”. Czas pokaże, co na to Naczelny Sąd Administracyjny.

Dorota Witt

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

misiekle

Baseny, to otworzyli, ale jadłodajni, to już nie, a przecież "środowisko basenowe" najbardziej sprzyja rozprzestrzenianiu się wirusów : bez namordników, wilgoć, ciepło, brak zachowania dystansu, wspólna woda - nie jestem wirusologiem, ale to chyba najlepsza pożywka dla bakterii i wirusów. A w jadłodajniach tylko brak namordników podczas jedzenia.

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.