Andrzej Plęs

Maria i Adam przez ćwierć wieku przygarniali bezpańskie psy do swojego "Azylu u Majki". Teraz sami poprosili o pomoc

Maria i Adam opiekują się dziesięcioma psami. A bywało, że mieli pod opieką nawet siedemdziesiąt stworzeń. Komuś się zmarło, więc pies trafiał do „Azylu Fot. FB "Azylu u Maji" Maria i Adam opiekują się dziesięcioma psami. A bywało, że mieli pod opieką nawet siedemdziesiąt stworzeń. Komuś się zmarło, więc pies trafiał do „Azylu u Majki“. Sami też zgarniali zdziczałe, włóczące się czworonogi
Andrzej Plęs

Ostatnie ćwierć wieku ze swojego życia poświęcili zwierzętom, „przytulając” chore, porzucone i bezdomne psy. Sobie odmawiali wszystkiego, czworonogom zapewniali wszystko. Aż pan Adam zapadł na chorobę nowotworową i teraz to oni potrzebują wsparcia.

Prosty dom na peryferiach Wysokiej Strzyżowskiej, na końcu dawno temu wysypanej żwirem drogi, że dalej już tylko las. Dom mocno zaniedbany i w kiepskim stanie technicznym. Nie było kiedy i za co zająć się remontami, bo szczekacze zawsze były dla gospodarzy ważniejsze od… gospodarzy.

Maria Borowiec sama wybrała to miejsce przed 15 laty, kiedy zdecydowała się uciec od zgiełku Rzeszowa, zabrała z sobą tłum psów, którymi już wcześniej się opiekowała. Bo tu będą miały przestrzeń, będą miały miejsce na wybieg, na budy i zgiełk cywilizacji nie będzie psiaki straszył.

A tych stale przybywało: ktoś znalazł porzuconego i przywiózł, albo wstydliwie przerzucił przez ogrodzenie posesji. Grupy wolontariuszy - animalsów też wiedziały, komu przywieźć bezpańskiego czworonoga. Komuś się zmarło i rodzina zmarłego przywiozła tu opuszczonego psiaka, sami też zgarniali z okolicy dzikie, włóczące się czworonogi, które mogły skończyć od uderzenia kłonicą, albo pod kołami samochodów. Te, dla których brakowało już bud i kojców, mieszkały pod dachem razem z gospodarzami. Dziesiątka wciąż jeszcze mieszka, choć jest ich mniej niż niegdyś. A bywało, że pani Maria z mężem Adamem mieli pod opieką nawet siedemdziesiąt stworzeń.

- To robota na 24 godziny i siedem dni w tygodniu. W zasadzie dla siebie nigdy nie mieliśmy czasu, ostatnio po raz pierwszy od lat wybraliśmy się do Strzyżowa wspólnie

- tłumaczy gospodyni.

Broń Boże nie narzeka, na pewno nie na swój los, bo sama go wybrała i kocha to, co robi. Czasem na ludzi, którzy podjeżdżają w pobliże, żeby krytycznie napatrzeć się temu dziwowisku na końcu świata. Jeszcze bardziej na ludzi, którzy traktują zwierzęta jak obrzydliwe insekty, a najbardziej na „likwidatorów”.

- Pewnie w każdej wsi tacy są, pewnie można ich spotkać pod sklepem z piwem - tłumaczy pani Maria. - Jak ktoś chce pozbyć się psa albo kota, angażuje takiego, a taki za dwa piwa gotów jest zabić zwierzę.

Dlatego błogosławi wszystkich, którzy decydują się zaadoptować któregoś z ich podopiecznych. A decydują się ludzie z odległych krańców Polski. Nawet zawiązało się nieformalne kółko ludzi przychylnych „Azylowi u Majki”. Pani Maria mówi o nich - dobre dusze, „które poznali w różnych psiejskich okolicznościach”.

Jednak azyl musi radzić sobie własnymi siłami. Czyli siłami Marii i Adama. A właściwie już tylko Marii, bo u Adama właśnie zdiagnozowano zaawansowaną postać nowotworu. Dopóki mógł, łatał drogę dojazdową do posesji, żeby w ogóle był jakiś kontakt ze światem. Dopóki wystarczało sił, czasu i pieniędzy, łatał dziury w dachówce, żeby się czworonogim lokatorom na łby nie lało. Jeszcze do niedawna sił wystarczało, czasu i pieniędzy nigdy, bo jedno i drugie poświęcali przede wszystkim podopiecznym.

Ćwierć wieku radzili sobie we dwójkę. Nigdy nikogo nie prosili o pomoc, ale czasem pojawiała się dobra dusza z workiem karmy. Dzieciarnia ze Szkoły Podstawowej w Wiśniowej zorganizowała zbiórkę na potrzeby czworonogów, zaprzyjaźnione organizacje animalsów pomogły, coś wpadło od darczyńców z jednego procenta podatku na konto rzeszowskiego schroniska „Kundelek” dla „Azylu u Majki”. Czasem wystarczało tego na badania i szczepienia psiaków, a czasem trzeba było dokładać ze swoich, żeby zwierzęta zdrowe były. O swoje zdrowie przesadnie nie zabiegali, toteż pan Adam przegapił chwilę, kiedy nowotwór zaczął kiełkować, w końcu rozrósł się zlekceważony wcześniej. I dopiero wtedy pani Maria poczuła strach, że nie podoła bez 24-godzinnej pomocy męża, psiaki zmarnieją, dach na domu się zapadnie, z nieszczelnymi oknami jakiś czas da się wytrzymać. Długo biła się z myślami, w końcu przełamała w sobie i po raz pierwszy zdecydowała się zaapelować o pomoc na fejsbukowym profilu „Azyl u Majki”:

„(...) Jest źle i bez Waszej pomocy sobie nie poradzę. Kilka miesięcy temu u Adama zdiagnozowano bardzo ciężką chorobę. Już nie zarobi na utrzymanie psiaków. Nie jest też w stanie pracować przy nich fizycznie. To ciężka harówka, czasem w deszczu, błocie, mrozie. Od rana do nocy, bez urlopów, świąt. A ja? Próbuję się trzymać, ogarniać. Jest strasznie ciężko, nie wszystko daję radę sama zrobić, wtedy muszę kogoś nająć i zapłacić za pomoc. Przeraża mnie zima. Trochę drewna na opał udało mi się kupić ale starczy to pewnie na niewiele ponad miesiąc. A mamy tylko kaflowy stary piec, nie ma instalacji gazowej. Dla psiaków mam na zimę wszystko, gorzej z nami ludźmi...Nigdy przez te lata o nic dla nas nie prosiłam. Teraz muszę, błagam (...)

Bardzo proszę o każdy grosik, zwłaszcza osoby, które nas znają, dla których jesteśmy wiarygodni i wiedzą, jak u nas jest. Wiem, że czasy są ciężkie, ale bez Was zginę (...)“.

Na apel o pomoc zareagowała już rzeszowska firma Makarony Polskie sp. z o.o, której przedstawicielka zapukała do gospodarzy przytuliska z darami.

- To dla mnie krępująca sytuacja, ten apel adresowany był do grona znajomych „Azylu u Majki”, nie do wszystkich - tłumaczy wyraźnie zakłopotana pani Maria. - Psom niczego nie brakuje i nie zabranie, dopóki będę miała siłę, więc to nie one potrzebują pomocy, tylko ja. I dlatego niełatwo mi o tym mówić - dodaje gospodyni przytuliska.

Zachęcamy do pomocy małżeństwu, które od 25 lat prowadzi azyl dla bezpańskich psów. Piszcie na adres: azylumajki@interia.pl.

Andrzej Plęs

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Marzena MK

Weryfikujcie, co piszecie... P. Adam zmarł przed wczoraj...
Żenada dziennikarska.

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.