Mają pomagać zwierzętom, a są oskarżani o akcje wbrew prawu

Czytaj dalej
Fot. Pogotowie dla Zwierząt
Norbert Kowalski

Mają pomagać zwierzętom, a są oskarżani o akcje wbrew prawu

Norbert Kowalski

Jedna z najbardziej znanych organizacji mających zajmować się pomocą dla zwierząt może zniknąć. Do sądu trafił wniosek o rozwiązanie Pogotowia dla Zwierząt. Organizacja oraz jej były prezes są oskarżane o działanie wbrew prawu i bezzasadne odbierane psów. Jej członkowie odpierają zarzuty twierdząc, że działają dla dobra zwierząt.

Odbieranie psów mimo braku odpowiednich decyzji, nieinformowanie właścicieli co dzieje się z ich zwierzętami, niezwracanie zwierząt właścicielom mimo decyzji organów administracyjnych, przetrzymywanie zwierząt w niewłaściwych warunkach czy prowadzenie zbiórki publicznej wbrew ustawie - to główne zarzuty, które wobec stowarzyszenia Pogotowie dla Zwierząt oraz jego byłego prezesa Grzegorza B. stawiają właściciele odebranych zwierząt oraz starosta czarnkowsko-trzcianecki. Ten ostatni złożył do sądu wniosek o rozwiązanie stowarzyszenia, które, jego zdaniem, ma działać wbrew prawu.

Do największych przewinień miało dochodzić za czasów, kiedy prezesem stowarzyszenia był Grzegorz B. On sam miał na swoim koncie kilka wyroków nakazowych za przywłaszczenie zwierząt, ale ostatecznie tylko jeden z nich się uprawomocnił. Mężczyzna nadal działa w stowarzyszeniu, które za niedługo może zniknąć, jeśli sąd przychyli się do argumentów starosty czarnkowsko-trzcianeckiego. Sami przedstawiciele Pogotowia dla Zwierząt nie zgadzają się z zarzutami, które są wobec nich wysuwane odpowiadając, że są one niezgodne z prawdą, a starosta nie zna przepisów, na które się powołuje. W przyszłym tygodniu w poznańskim sądzie odbędzie się rozprawa dotycząca ewentualnego rozwiązania organizacji.

Od małej organizacji do akcji, o których słyszała cała Polska

Pogotowie dla Zwierząt zostało założone w grudniu 2001 roku. Za cel działania postawiło sobie rozwijanie i propagowanie działań sprzyjających ochronie zwierząt i ich humanitarnego traktowania, upowszechnianie wiedzy o prawach zwierząt, czy przyczynianie się do skutecznej ochrony środowiska naturalnego.

Przez pierwsze lata działalność stowarzyszenia nie budziła kontrowersji. Początkowo organizacja skupiała się przede wszystkim na wyprowadzaniu psów na spacery i uświadamianiu młodzieży o prawach zwierząt. Na przełomie lat 2003-2004 Pogotowie dla Zwierząt zaczęło organizować akcje odbioru zwierząt, które przebywały w niehumanitarnych warunkach i poszukiwać im zastępczego domu. O jego dokonaniach było coraz głośniej. Chociaż siedziba stowarzyszenia znajdowała się w Trzciance, podejmowało ono działania na terenie całej Polski.

Działalność Pogotowia dla Zwierząt powszechnie była oceniana pozytywnie, o czym świadczą opinie wystawione jeszcze w 2009 roku przez starostę czarnkowsko-trzcianeckiego czy wójta gminy Czarnków.

- Dobrze jest mieć pewność, że gdy zwierzętom dzieje się krzywda, są osoby, do których można zwrócić się o pomoc (…) Starostwo nie odnotowało żadnej skargi na działanie organizacji a opinia starosty jest pozytywna

- pisał Wiesław Maszewski, ówczesny starosta czarnkowsko-trzcianecki.

Wcześniej, bo w styczniu 2008 roku prezesem Pogotowia dla Zwierząt został Grzegorz B. Organizacja kontynuowała akcje odbioru zwierząt uzasadniając je przede wszystkim niehumanitarnymi warunkami życia zwierząt, które zagrażały ich zdrowiu. O interwencjach stowarzyszenia informowały ogólnopolskie media. Niejednokrotnie można było usłyszeć o odbiorach nawet kilkudziesięciu zwierząt, których zdrowie miało być zagrożone. Jednocześnie to właśnie za kadencji Grzegorza B. działalność stowarzyszenia zaczęła budzić kontrowersje. Powoli zaczęły się pojawiać głosy, że Pogotowie dla Zwierząt może mieć też gorsze oblicze.

Stowarzyszenie Pogotowie dla Zwierząt zasłynęło z wielu akcji, które miały pomagać zwierzętom. Przedstawiciele organizacji niejednokrotnie odbierali
Pogotowie dla Zwierząt Stowarzyszenie Pogotowie dla Zwierząt zasłynęło z wielu akcji, które miały pomagać zwierzętom. Przedstawiciele organizacji niejednokrotnie odbierali nawet po kilkadziesiąt zwierząt, które były w skrajnie złym stanie i znajdowały się w niehumanitarnych warunkach. Część osób uważa, że stowarzyszenie ma też jednak swoją ciemną stronę

Finansowa wpadka?

Kilka lat temu wokół stowarzyszenia zaczęły pojawiać się ciemniejsze chmury. W lutym 2014 roku minister pracy i polityki społecznej złożył do sądu wniosek o cofnięcie Pogotowiu dla Zwierząt statusu Organizacji Pożytku Publicznego (OPP), który stowarzyszenie posiadało od 2010 roku. Główną korzyścią takiego statusu była możliwość przepisania na rzecz stowarzyszenia jednego procenta podatku. W swoim wniosku minister argumentował, że od sierpnia 2013 roku stowarzyszenie prowadziło akcję zbierania pieniędzy pod hasłem „Ratujmy kilkadziesiąt koni”, która miała nie spełniać wymogów ustawy o zbiórkach publicznych.

- Organizacja powinna posiadać pozwolenie na przeprowadzenie zbiórki publicznej. Minister wezwał stowarzyszenie do przesłania kopii dokumentów zezwalających na przeprowadzenie zbiórki (...) W odpowiedzi stowarzyszenie poinformowało, że „nie występowało o zgodę na zbiórkę publiczną, ponieważ zgodnie z prawem nie było takiej potrzeby”

- czytamy we wniosku ministra.

Przedstawiciele stowarzyszenia domagali się oddalenia wniosku ministra argumentując, że zbiórka pieniędzy w formie elektronicznej, a nie w gotówce, nie jest zbiórką publiczną w myśl przepisów. - Zarząd stowarzyszenia stwierdził, że nie potrzebuje pozwolenia, gdyż prowadzi zbiórkę poprzez przyjmowanie przelewów elektronicznych - pisał w odpowiedzi Grzegorz B.

To jednak nie przekonało przedstawicieli ministerstwa, którzy odpowiadali, że „wpłata pieniędzy na konto bankowe jest formą przekazania pieniędzy w rozumieniu ustawy o zbiórkach publicznych (...) Stowarzyszenie prowadziło zatem zbiórkę publiczną, mimo że nie miało ku temu pozwolenia właściwego organu”. Do takiej argumentacji przychylił się sąd, który w maju 2014 roku cofnął stowarzyszeniu status OPP. Bezskuteczne okazało się również odwołanie, złożone przez przedstawicieli Pogotowia dla Zwierząt... o jeden dzień za późno.

Wyrok i rezygnacja prezesa

Największe problemy miały jednak dopiero nadejść. W sierpniu 2015 roku Grzegorz B. zrezygnował z funkcji prezesa Pogotowia dla Zwierząt (sprawował ją, z przerwą, od 2008 roku). Jako przyczynę podał wyrok, który zapadł w Sądzie Rejonowym w Wołominie. Grzegorz B. został uznany winny przywłaszczenia zwierząt Anety i Dariusza K.

- W związku z wyrokiem oraz brakiem możliwości skutecznego odwołania się od jego treści, z uwagi na otrzymanie go po terminie przewidzianym na wysłanie sprzeciwu, zmuszony jestem zrezygnować z funkcji prezesa zarządu stowarzyszenia Pogotowie dla Zwierząt

- uzasadniał Grzegorz B. w piśmie do ówczesnej wiceprezes Beaty Żółkiewskiej. Jednocześnie zapewniał, że jako członek stowarzyszenia pozostaje do pomocy w sprawach prowadzonych przez organizację.

Dzisiaj z kolei mówi: - To był wyrok za to, że nie oddałem kobiecie oskarżonej o znęcanie się nad zwierzętami jej psów, które trzymała w dramatycznych warunkach, co potwierdził biegły sądowy. Zostałem skazany za przywłaszczenie tych zwierząt. Odebrałem je, ponieważ były ku temu przesłanki.

Jednocześnie dodaje, że psy odebrane Dariuszowi i Anecie K. nadal są dowodem rzeczowym w sprawie o ewentualne znęcanie się właścicieli nad ich zwierzętami.

- Sprawa ta jeszcze się nie rozpoczęła. Zwierzęta są zabezpieczone jako dowody i ani prokuratura, ani sąd, nie zwolniły mnie z dysponowania tymi dowodami. Otrzymałem karę, którą odpracowałem, poniosłem konsekwencję obrony tych zwierząt. I nie żałuję. Drugi raz także bym je odebrał, bo były podstawy

- przekonuje Grzegorz B.

Koniec Pogotowia?

W październiku 2015 roku, niespełna dwa miesiące po rezygnacji Grzegorza B., Tadeusz Teterus, starosta czarnkowsko-trzcianecki, złożył do sądu wniosek o rozwiązanie Pogotowia dla Zwierząt z uwagi na rzekome „rażące i uporczywe naruszanie prawa”. W ocenie starosty stowarzyszenie „nagminnie i z premedytacją” naruszało przepisy ustępu 1 i 3 artykułu 7 ustawy o ochronie zwierząt. Pozwalają one na tymczasowy odbiór źle traktowanych zwierząt na podstawie decyzji odpowiednich organów (wójta, burmistrza lub prezydenta miasta), zaś w przypadkach niecierpiących zwłoki (zagrożenie zdrowia lub życia zwierzęcia) umożliwiają odbiór zwierzęcia jeszcze przed wydaniem oficjalnej decyzji. Jednak po odbiorze przedstawiciele danej organizacji natychmiast muszą o tym poinformować odpowiednie organy.

- Stowarzyszenie Pogotowie dla Zwierząt dokonuje odebrania zwierząt nie zachowując przesłanek określonych w przepisach. Najczęściej do natychmiastowego odebrania zwierzęcia dochodzi w warunkach, gdy nie ma przesłanki zagrożenia życia zwierzęcia w sytuacji, gdyby pozostało u dotychczasowego zwierzęcia

- pisał w uzasadnieniu wniosku starosta Tadeusz Teterus.

Lista zarzutów starosty wobec stowarzyszenia jest o wiele dłuższa. Tadeusz Teterus wskazuje przede wszystkim na przypadki, kiedy Pogotowie dla Zwierząt miało zabierać zwierzęta właścicielom, mimo że nie posiadało na to oficjalnej zgody. Starosta dodaje również, że przedstawiciele organizacji mieli nie zwracać zwierząt ich właścicielom, nawet jeśli nakazywali im to przedstawiciele administracji samorządowej.

- Przedstawiciele stowarzyszenia dokonują zaboru zwierzęcia bez zbadania jego sytuacji faktycznej, nie wysłuchując właścicieli, bez zachowania jakichkolwiek procedur, kłamiąc, że zwierzę zabierają na badania weterynaryjne, po których zostanie ono niezwłocznie zwrócone właścicielowi. Właścicielom zwierząt stowarzyszenie nie udziela informacji na temat miejsca umieszczenia zwierzęcia

- argumentował Tadeusz Teterus.

Jako przykłady nieodpowiednich działań starosta podawał m.in. wyroki nakazowe, które zapadały wobec Grzegorza B. On sam, w rozmowie z nami, bronił się argumentując, że zaledwie jeden z wyroków ostatecznie się uprawomocnił, zaś w przypadku pozostałych spraw został uniewinniony po przeprowadzeniu normalnej rozprawy. - Mogę okazać moją kartę karną. Mam jeden wyrok - odpowiada Grzegorz B.

Starosta w swoim wniosku przekonywał również, że członkowie stowarzyszenia nie mają odpowiednich warunków do przechowywania odebranych zwierząt. - Lokują je u tzw. „wolontariuszy”, którzy działając w imieniu stowarzyszenia i na jego rzecz utrzymują zwierzęta w niewłaściwych warunkach bytowania, w tym utrzymują je w stanie rażącego zaniedbania lub niechlujstwa oraz w pomieszczeniach albo klatkach uniemożliwiających im zachowanie naturalnej pozycji - pisał Tadeusz Teterus.

Kolejny z zarzutów starosty odnosi się do rzekomego braku prowadzenia przez członków stowarzyszenia „statutowych działań profilaktycznych i prewencyjnych” dotyczących ochrony zwierząt.

- Stowarzyszenie nie próbuje zapobiegać zagrożeniom i usuwać ich przyczyny. Nie podejmuje działań, które polegałyby na uświadamianiu, jakie zachowania, albo ich brak, jest źródłem określonych zagrożeń i że naruszanie prawa w zakresie opieki nad zwierzętami jest karalne

- pisał starosta dodając, że stowarzyszenie bez zgody właścicieli zwierząt miało przekazywać je do adopcji lub poddawać eutanazji.

- Działalność stowarzyszenia rażąco i uporczywie narusza prawo, a podjęte przez organa nadzoru działania nie przyniosły planowanych efektów zmierzających do przywrócenia działalności zgodnej z prawem. Rozwiązanie stowarzyszenia jest celowe i uzasadnione - podsumowywał Tadeusz Teterus. Do swojego wniosku załączył też pisma, które otrzymywał z Urzędu Miasta Poznania, Rzecznika Praw Obywatelskich czy Łódzkiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, w których opisana była działalność stowarzyszenia.

Winni czy poszkodowani?

W swoim piśmie Tadeusz Teterus wnioskował również o przesłuchanie ośmiu świadków, którzy mieli zostać pokrzywdzeni przez działania Grzegorza B. i Pogotowia dla Zwierząt. Rozmawialiśmy z kilkoma osobami, które są przekonane, że ich zwierzęta odebrano wbrew ustawie. Pierwszej z nich inspektorzy stowarzyszenia w 2013 roku odebrali cztery psy rasowe (dwa rottweilery i amstaffy).

- Pewnego dnia do mojego domu zapukały dwie osoby ze stowarzyszenia, które miały otrzymać zgłoszenie, że moje psy przebywały w skrajnych warunkach. Pokazałam im, że psy są zadbane. Chciałam im też pokazać badania zwierząt, ale to ich nie interesowało. Jedna kobieta zaczęła zabierać mi psa. Od razu wezwałam policję. Niedługo później przyjechali funkcjonariusze i lekarz weterynarii, który stwierdził, że nie ma żadnego zagrożenia dla zwierząt i mają one zostać u mnie

- opowiada nam pani Ewa (imię zmienione).

Dzień później kobieta pojechała do Poznania do weterynarza po zaświadczenie, że psy są w dobrym stanie. W tym czasie do jej domu, w którym przebywała jednie matka pani Ewy, mieli przyjechać inspektorzy Pogotowia dla Zwierząt. - Powiedzieli jej, że zabierają psy tylko na badania do Śremu. Od tego czasu już do mnie nie wróciły. Nikt mi nie powiedział, gdzie trafiły - opowiada kobieta.

Po odbiorze zwierząt przedstawiciele stowarzyszenia wystąpili do burmistrza Kórnika z wnioskiem o decyzję o tymczasowym odbiorze psów oraz zgłosili do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa znęcania się nad zwierzętami przez właścicielkę. Chociaż burmistrz po kilku tygodniach wydał decyzję pozwalającą na odbiór zwierząt, pani Ewa odwołała się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które przyznało jej rację i uchyliło postanowienie burmistrza. - Decyzja SKO jest już prawomocna. A to oznacza, że członkowie Pogotowia dla Zwierząt zabrali nasze zwierzęta bezzasadnie i powinni je zwrócić - opowiada pani Ewa.

W 2014 roku zapadł wyrok w jej sprawie karnej o znęcanie się nad zwierzętami. Sąd uznał kobietę winną zarzucanych jej czynów i nałożył na nią karę grzywny. Skuteczne okazało się jednak odwołanie złożone przez nią do poznańskiego Sądu Okręgowego. Ten uchylił w całości wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia. Chociaż postępowanie nadal trwa, pani Ewa już zapowiada, że sama wystąpi do sądu przeciwko Grzegorzowi B. i Pogotowiu dla Zwierząt. Kobieta zapewne złoży pozew o bezprawny odbiór psów. - Nie odpuszczę, bo nie mam już nic do stracenia. W życiu nie przypuszczałabym, że spotka mnie coś takiego - mówi.

Grzegorz B. odpowiada jednak, że psy pani Ewy miały znajdować się w złym stanie i być zagłodzone. - Można było policzyć im wszystkie żebra. Niektóre zwierzęta siedziały w garażu bez oświetlenia -mówi.

W toku jest również sprawa córki pani Aliny, której w 2008 roku przedstawiciele Pogotowia dla Zwierząt odebrali 31 psów (cavaliery) i 12 papug. - Córka prowadziła hodowlę, która była zarejestrowana w związku kynologicznym. Pewnego dnia przyjechała z mężem do opuszczonego przez nich wcześniej domu, który wciąż do nich należał. Tam już czekali wolontariusze Grzegorza B. Zaczęli zabierać psy. Córka protestowała, więc wywieźli ją nawet do szpitala psychiatrycznego - wspomina pani Alina.

Po interwencji stowarzyszenie złożyło wniosek do prezydenta Poznania o tymczasowy odbiór zwierząt.

- Prezydent się zgodził, bo B. był wtedy znany i wszyscy uznawali, że to co mówi i opisuje jest prawdą. Odwołaliśmy się jednak od decyzji prezydenta i ostatecznie Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał, że B. powinien zwrócić zwierzęta

- mówi pani Alina. Sąd w uzasadnieniu wyroku podkreślał, że ma wątpliwości co do wiarygodności i rzetelności nagrań z interwencji, które zostały przekazane przez członków stowarzyszenia oraz do ich zeznań.

- Stowarzyszenie poparło twierdzenia o złej kondycji psów dwoma rodzajami dowodów. Po pierwsze jest to protokół badania a po drugie zeznania członków i wskazanych przez nich świadków. Dowody te budzą jednak zasadnicze wątpliwości, co do ich wiarygodności - uznał sędzia Jerzy Stankowski.

Stowarzyszenie złożyło również do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez córkę pani Aliny. Chodziło o rzekome znęcanie się nad zwierzętami. - Pierwszy wyrok był skazujący, ale się od niego odwołaliśmy, a Sąd Okręgowy uchylił go i nakazał ponownie rozpatrzyć sprawę - mówi pani Alina.

Jednocześnie córka pani Aliny sama złożyła sprawę do prokuratury o bezprawne zabranie zwierząt przez Grzegorza B. Postępowanie toczy się przed poznańskim sądem. - Ta hodowla to była miłość córki. Po tym jak sąd nakazał jej zwrócić zwierzęta, zaś B. tego nie zrobił, ona przeszła załamanie nerwowe - nie ukrywa pani Alina.

Z kolei Grzegorz B. przekonuje:

- Psy były zaniedbane, brudne i zapchlone. Obecnie zwierzęta są zabezpieczone jako dowody rzeczowe w sprawie karnej i mogą być zwrócone tylko na podstawie postanowienia prokuratury lub sądu. Chociaż WSA uznał, iż nie było zagrożenia życia zwierząt, biegli w sprawie karnej stwierdzili, że nad psami się znęcano i dlatego są dowodami w sprawie. Nie trzeba ich na razie oddawać.

Właściciele odebranych zwierząt, z którymi rozmawialiśmy, przekonują, że działalność Grzegorza B. i stowarzyszenia jest nieuczciwa. Co więcej, z ich strony padają o wiele poważniejsze oskarżenia. Wiele osób zarzuca Grzegorzowi B. i organizacji, że sprzedawała niektóre odebrane zwierzęta za granicę. Jednocześnie nasi rozmówcy przyznają, że nie mają na to twardych dowodów.

Były prezes działa po rezygnacji

Chociaż Grzegorz B. w sierpniu 2015 roku zrezygnował z funkcji prezesa organizacji, nie oznacza to, że już się w niej nie udziela. Nadal pozostał członkiem stowarzyszenia, zaś w styczniu 2016 roku uzyskał od ówczesnej prezes Beaty Żółkiewskiej upoważnienie do reprezentowania zarządu stowarzyszenia w sprawie składania wniosków o odbiór zwierząt, uczestniczenia w sprawach administracyjnych, reprezentowania stowarzyszenia przed SKO, sądami oraz w sprawach dotyczących adopcji, przepadku zwierząt i wykonywania opieki nad nimi. W grudniu 2016 roku aktualna prezes Krystyna Kukawska wydała podobne upoważnienie.

- Grzegorz odebrał ponad 2000 zwierząt, które były w stanie zagrożenia zdrowia i życia. Co roku prowadzi setki spraw karnych i administracyjnych w całej Polsce. Nie znam drugiej takiej osoby, która tak skutecznie broniłaby zwierząt. Dlatego ma upoważnienie do reprezentowania stowarzyszenia

- wyjaśnia Krystyna Kukawska.

I dodaje: - Nie uważam, aby osoba Grzegorza negatywnie wpływała na wizerunek stowarzyszenia. Jest wręcz przeciwnie. Bardzo często ludzie nam dziękują, że Grzegorz zakończył pomyślnie jakąś trudną sprawę, bo inne organizacje w Polsce, urzędy czy policja nie chciała się zająć danym problemem i uratować zagłodzonych krów, koni czy psów.

Zupełnie inaczej osobę Grzegorza B. ocenia kobieta, której przedstawiciele Pogotowia dla Zwierząt odebrali psy zaledwie kilka tygodni temu. - Grzegorz B. wszedł na posesję bez mojej zgody. Twierdził, że nasze psy nie są zadbane. Tylko, że nawet jeden z policjantów mówił, że zwierzęta nie wyglądają źle. Ostatecznie zabrał nam trzy psy i dwa żółwie. B. mówił, że odda nam je po badaniach. Ucieszyłam się, bo wiedziałam, że są zdrowe. Do dzisiaj jednak nie odzyskałam zwierząt i nikt nie chce mi powiedzieć, gdzie one są - opowiada pani Agata (imię zmienione).

Sam Grzegorz B. broni się mówiąc, że o potrzebie interwencji stowarzyszenie zostało poinformowane przez kilka osób, zaś psy miały być wychudzone i bez dostępu do wody. Z takimi zarzutami nie zgadza się adwokat pani Agaty. - Dostarczyliśmy policji zdjęcia psów, na których widać, że przebywały one w odpowiednich warunkach. Były zadbane i stale znajdowały się pod opieką weterynarza - mówi mecenas Paweł Głuchowski.

Stowarzyszenie Pogotowie dla Zwierząt zasłynęło z wielu akcji, które miały pomagać zwierzętom. Przedstawiciele organizacji niejednokrotnie odbierali
Pogotowie dla Zwierząt We wrześniu 2016 roku głośno było o akcji przedstawicieli Pogotowia dla Zwierząt, którzy odkryli, że poranione konie ciągnęły "Karawanę Miłosierdzia"

Stowarzyszenie odpiera zarzuty

Przedstawiciele Pogotowia dla Zwierząt oraz sam Grzegorz B. stanowczo odpierają zarzuty starosty czy właścicieli odebranych zwierząt argumentując, że część z nich jest niezgodna z prawdą, a inne są naciągane. Uważają też, że starosta nie zna przepisów, na które powołuje się w swoim wniosku, zaś odbiór zwierząt był konieczny, by uratować ich życie lub zdrowie.

- Mamy nadzieję że sąd odrzuci wniosek starosty, bo jest on bezpodstawny. Starosta już dwa razy kierował wniosek o ukaranie stowarzyszenia grzywną za to, że rzekomo łamało prawo. I dwa razy sąd oddalał ten wniosek, bo nie widział podstaw do nałożenia kary. Ale na starostwo nadal naciskają hejterzy internetowi i ludzie, którzy znęcali się nad zwierzętami i odebrano im zwierzęta - mówi Krystyna Kukawska, prezes Pogotowia dla Zwierząt.

- Nawet pobieżna analiza wniosku starosty sprawia wrażenie, że dokumenty przygotowane są wybiórczo, w dużej części pochodzą z internetu, gdzie od wielu lat prowadzona jest nagonka na stowarzyszenie właśnie przez osoby, którym odebrano zwierzęta

- to już z kolei słowa Grzegorza B.

Członkowie stowarzyszenia nie zgadzają się też z zarzutami, że odbierali zwierzęta mimo braku decyzji odpowiednich organów. Przekonują też, że po odebraniu zwierzęta trafiają przede wszystkim do domów tymczasowych, a rzadziej do schronisk. - Są u ludzi godnych zaufania, którzy na czas prowadzenia sprawy opiekują się tymi zwierzętami, a my sprawujemy nad nimi kontrolę. Ponadto trafiają także do ośrodków adopcyjnych i azyli dla zwierząt - mówi K. Kukawska.

Jednocześnie zaprzecza, by warunki, w których przebywają zwierzęta, były nieodpowiednie, o czym pisał starosta czarnkowsko-trzcianecki.

- Starosta, kiedy podpisywał wniosek, nawet nie zadał sobie trudu, aby sprawdzić to, co ktoś mu podsunął pod nos. Liczne kontrole schroniska i miejsc, gdzie są utrzymywane zwierzęta przez wolontariuszy czy domy tymczasowe nie potwierdziły stawianych przez starostę zarzutów. Zwierzęta były i są leczone, szczepione, zaś warunki utrzymania są właściwe

- przekonuje prezes Pogotowia dla Zwierząt.

I dodaje, że stowarzyszenie przekazuje zwierzęta do oględzin na każde wezwanie uprawnionych do tego organów. - Robiliśmy to wiele razy. Do tej pory stowarzyszenie przywoziło na oględziny około 100 zwierząt - mówi Krystyna Kukawska, potwierdzając jednak, że przedstawiciele stowarzyszenia nie informują właścicieli zwierząt, gdzie się one znajdują. - Nie po to izolujemy zwierzęta od oprawców, aby wiedzieli gdzie one są i przyjeżdżali na miejsce - wyjaśnia.

Przedstawiciele Pogotowia dla Zwierząt odpowiadają również na zarzuty dotyczące wystawiania zwierząt do adopcji lub poddawania ich eutanazji bez wiedzy właściciela. - Tak naprawdę nigdzie nie jest zapisane, że stowarzyszenie jest zobowiązane kontaktować się z właścicielem zwierząt po jego odbiorze. Czasami zdarza się, że do stowarzyszenia dzwoni właściciel zwierzęcia z pytaniem o jego stan zdrowia i taka informacja jest udzielana. Natomiast jeżeli zachodzi konieczność eutanazji zwierzęcia, to nie jest wymagana decyzja właściciela odnośnie jego uśpienia, ponieważ decyzję o eutanazji podejmuje lekarz weterynarii na podstawie badania zwierzęcia. Stowarzyszenie nigdy nie podjęło decyzji o uśpieniu psa lub innego zwierzęcia, ponieważ nie jest do tego uprawnione - opowiada Krystyna Kukawska.

I dodaje:

- Z kolei jeżeli zabieramy z posesji 200 psów, które żyją w dramatycznych warunkach, to dlaczego nie możemy ich wystawić do adopcji? Są to adopcje czasowe, do sprawdzonych domów, na czas trwania postępowania karnego czy administracyjnego. To chyba dobrze, że psy mają indywidualne domy i nie muszą ściskać się po 15 sztuk w jednym boksie w schronisku.

Członkowie Pogotowia dla Zwierząt przekonują również, że organizacja, wbrew zarzutom starosty, prowadzi działania edukacyjne. - Drukujemy ulotki propagujące ochronę zwierząt, przyjmujemy wycieczki ze szkół, którym pokazujemy uratowanie zwierzęta. W akcjach edukacyjnych brało udział kilka tysięcy osób - zapewnia Krystyna Kukawska.

Przedstawiciele stowarzyszenia odnoszą się też do zarzutów o rzekomą sprzedaż odbieranych zwierząt. - To absurdalne zarzuty, które bardzo nam szkodzą. Oskarżenia są bardzo poważne, ale nigdy się nie potwierdziły i nie potwierdzą, ponieważ jest to fikcja tych osób, które pomawiają stowarzyszenie za to, że zasiedli na ławie oskarżonych za znęcanie się nad zwierzętami - mówi Krystyna Kukawska.

Z kolei Grzegorz B. dodaje: - Ciężko mi komentować plotki. Wyobraża Pan sobie sprzedaż komukolwiek 10-letniego zagłodzonego psa, który ledwo porusza się na nogach i przez pierwsze kilka miesięcy trzeba za jego leczenie zapłacić? Obecnie mamy do adopcji nieodpłatnej około 200 zwierząt. I nikt ich nie chce nawet za darmo. I jak mam je komuś jeszcze rzekomo sprzedawać?

W kwietniu tego roku odbyła się pierwsza rozprawa dotycząca rozwiązania stowarzyszenia na wniosek starosty czarnkowsko-trzcianeckiego. Została ona jednak odroczona, gdyż zaledwie dzień wcześniej przedstawiciele stowarzyszenia oficjalnie odpowiedzieli na piśmie na wniosek starosty sprzed dwóch lat. Prezes Krystyna Kukawska odpiera w nim zarzuty starosty przekonując, że „działalność stowarzyszenia nie narusza przepisów prawa, a jest bardzo pożądana i skutecznie przyczynia się do poprawy sytuacji zwierząt w Polsce”. Jednocześnie wnosi o nieuwzględnianie wniosku starosty.

Kolejna rozprawa odbędzie się we wtorek. Starosta czarnkowsko-trzcianecki zapowiada, że po dwóch latach od złożenia wniosku o rozwiązanie Pogotowia dla Zwierząt, w całości podtrzymuje wyrażone w nim stanowisko i argumenty.

Norbert Kowalski

Dziennikarz działu miejskiego w Głosie Wielkopolskim. Zajmuję się przede wszystkim tematyką sądowniczą i przestępczą. Poza tym piszę również o polityce, zarówno tej lokalnej, jak i ogólnopolskiej. Prywatnie jestem kibicem i wielkim miłośnikiem Bałkanów.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.