Leszek Adamczewski: PRL wolała przemilczeć powojenne tragedie i katastrofy

Czytaj dalej
Fot. Adrian Wykrota
Marek Zaradniak

Leszek Adamczewski: PRL wolała przemilczeć powojenne tragedie i katastrofy

Marek Zaradniak

Z Leszkiem Adamczewskim poznańskim dziennikarzem i pisarzem rozmawiamy o jego książce „Katastrofy. Zapomniane i przemilczane tragedie w powojennej Polsce”.

Napisałeś książkę „Katastrofy. Zapomniane i przemilczane tragedie w powojennej Polsce”. To chyba pierwsze takie kompendium katastrof w Polsce. Czy częściej w Polsce o katastrofach milczano, czy może my po prostu dziś o nich nie pamiętamy? Z dzieciństwa pamiętam katastrofę samolotu w Warszawie w roku 1962, pod Zawoją w roku 1970, katastrofy w poznańskim Stomilu i w Luboniu oraz katastrofę w kopalni w Wapnie. Do tego dochodzą tragedie w kopalniach. W takim razie co przemilczano?
W książce piszę m.in. o Stomilu, o Luboniu, o Wapnie. Nie ma katastrof lotniczych, i zrobiłem to celowo. To zbiór reportaży i esejów dotyczących katastrof lądowych. Kolejowych, tramwajowych, ale również epidemii, klęsk żywiołowych. Wszystkiego tego, co się działo raczej na ziemi, a nie w powietrzu. Spośród tych, o których piszę, pewne przemilczano.

Na przykład które?
Całkowicie przemilczano wybuch w wielkiej fabryce chemicznej zbudowanej przez hitlerowców na peryferiach Bydgoszczy w 1952 roku. Cała Bydgoszcz go słyszała. W bliżej położonych budynkach wypadły szyby w oknach. Nikt ani słowa nie napisał o tym. Ileś lat później odbyła się publiczna rozprawa ludzi, których uznano winnymi zaniedbań, które doprowadziły do tej katastrofy. Rozprawa odbyła się na terenie zakładów. Była publiczna, ale mogli w niej uczestniczyć tylko pracownicy tych zakładów. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się o wszystkim dopiero po roku 1989. Na temat Bydgoszczy panowała całkowita cisza. Natomiast o wielkim pożarze świetlicy wiejskiej pod Rzeszowem, gdzie kino ruchome wyświetlało film i zginęło bardzo wielu ludzi, skąpe informacje pojawiały się w prasie wiejskiej, której czytelnikiem z definicji był rolnik. Można powiedzieć, że większość katastrof, z małymi wyjątkami, do których doszło w pierwszym okresie rządów Edwarda Gierka, pomijano lub kwitowano skąpymi informacjami. Czasami pisała o nich prasa lokalna, ale już poza danym województwem nikt o tym nie wiedział. Weźmy tu pod uwagę choćby katastrofę koło Krosna Odrzańskiego, gdy wypełniony pasażerami autobus PKS-u został staranowany przez samochód z mostem składanym, należący do Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej.

Leszek Adamczewski to wieloletni dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego”

Właśnie katastrofy wojskowe były pewnie tymi, wokół których panowało milczenie?
Chyba tak. Przykładem może być wypadek w Szczecinie, kiedy czołg biorący udział w defiladzie wjechał w grupę dzieci. Poza króciutką informacją zamieszczoną w „Głosie Szczecińskim” nazajutrz pod enigmatycznym tytułem „Komunikat” nic więcej do końca Polski Ludowej nie można było o tym napisać. Katastrofy z udziałem wojska - czy to z udziałem naszych żołnierzy, czy ówczesnych sojuszników - były przemilczane lub kwitowane kilkoma zdaniami. Tylko że o katastrofie z czołgiem w Szczecinie wszyscy w mieście i okolicach wiedzieli. Katastrofa koło Krosna Odrzańskiego rozeszła się natomiast szerokim echem po ówczesnych województwach zielonogórskim i gorzowskim, czyli dzisiejszym lubuskim. Lokalna prasa nie mogła tego przemilczeć, aczkolwiek największym zmartwieniem I sekretarza KW PZPR w Zielonej Górze Mieczysława Hebdy było to, że informacje o tej katastrofie podała Wolna Europa. No i zaczęto szukać informatora.

Skąd Wolna Europa wiedziała?
Tego do dziś nie wiadomo. Natomiast jest pewien ślad. RWE podała nieprawdziwą liczbę ofiar. W tej katastrofie zwłoki były rozczłonkowane, dlatego ofiar naliczono zrazu więcej. Kiedy zaczęto składać ciała, okazało się, że zginęło o kilka osób mniej niż podano. Ten, który informował Wolną Europę, dysponował złą, wcześniejszą informacją. Informatorem mógł więc być ktoś uczestniczący w akcji ratowniczej.

Mówisz, że katastrofy były tematem tabu, szczególnie w czasach Edwarda Gierka. Przeszkadzały w propagandzie sukcesu?
Na pewno, zwłaszcza w Poznaniu. Pamiętam, że kiedy pracowałem w „Expressie Poznańskim”, z Danusią Matuszewską pojechałem opisać pożar jednego z zakładów produkcyjnych na Górczynie. Ona zrobiła zdjęcia, a ja szeroką informację wzbogaconą o rozmowy ze strażakami. Na drugi dzień rano, kiedy w „Expressie Poznańskim” podejmowało się decyzje, zadzwonił telefon z Komitetu Wojewódzkiego PZPR, aby o tym pożarze napisać tylko dwuzdaniową informację. Bez zdjęć. Były jednak też wyjątki. To były pierwsze miesiące rządów Edwarda Gierka. Najpierw szeroko opisywano wielki pożar w rafinerii w Czechowicach--Dziedzicach...

Przypomnij, co tam się stało.
Piorun uderzył w kominek na dachu zbiornika i zapaliły się opary ropy. Akcja ratownicza na początku przebiegała bardzo chaotycznie. Po dwóch czy trzech godzinach doszło do eksplozji i wszyscy, którzy przebywali w pobliżu zbiornika, zginęli. To były jedyne ofiary tej akcji. Mimo że gaszenie pożaru trwało jeszcze kilka kolejnych dni, już nikt nie zginął. Co ciekawe, w tej akcji uczestniczyli też strażacy ochotnicy, a nawet członkowie młodzieżowych drużyn pożarniczych, a więc prawie dzieci.

A jak było ze Stomilem i Luboniem?
To były też początki Gierka, luty i marzec 1972 roku. Do obu zdarzeń - wybuchu dekstryny w Lubaniu i pożaru w Stomilu - doszło w odstępie dwóch tygodni. Poznańska prasa pisała dużo, a informacje o tragedii w Luboniu zamieszczały też gazety w całym kraju. W książce opublikowałem zdjęcie z „Gazety Pomorskiej”. Potem zaczęto ograniczać informacje na temat katastrof, czego przykładem mogą być katastrofy kolejowe.

Kiedyś było głośno o katastrofie pod Piotrkowem Trybunalskim...
Doszło do niej w 1962 roku. To był tak zwany „czarny dzień w Polsce”. Przed południem czołg polski wjechał w grupę dzieci w Szczecinie, a wieczorem pod Piotrkowem Trybunalskim doszło do zderzenia dwóch pociągów i było bardzo dużo ofiar. Twierdzono później, co jest oczywiście spiskową teorią dziejów, że celowo sprowokowano katastrofę pod Piotrkowem Trybunalskim, aby odwrócić uwagę od wypadku w Szczecinie. Jest to oczywiście nieprawda, ale tu trzeba uczciwie powiedzieć, że wyjątkowo mocno ta katastrofa została opisana w prasie. Choć znane mi jest tylko jedno jedyne zdjęcie wykonane z katastrofy. Zamieścił je „Przekrój”, ilustrując duży i uczciwie napisany reportaż. Dziś można powiedzieć, że coś jest w tym, iż ta katastrofa przykryła tragedię w Szczecinie.

Leszek Adamczewski to wieloletni dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego”
Adrian Wykrota Leszek Adamczewski to wieloletni dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego”

A inne katastrofy kolejowe?
To przede wszystkim Otłoczyn koło Torunia. Były to ostatnie dni rządów Gierka, a więc już wtedy nikt nie bronił, aby o tym pisać. PZPR miała inne kłopoty na głowie. To była największa katastrofa kolejowa w powojennej Polsce. W książce opisuję jeszcze katastrofę pod Częstochową, gdzie pijana załoga pociągu zasnęła, nie włączyła hamulców i pociąg po prostu na pochyłości wjechał na drugi pociąg. Było kilkanaście ofiar śmiertelnych. Natomiast na początku rządów Gierka pociąg towarowy pod Kielcami zgubił kilka wagonów i wjechał w nie ekpress. Tę katastrofę opisała w „Trybunie Ludu” Alicja Solska, która była żoną ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza. I dopiero wtedy władza zabrała się za porządki na PKP. Zapadły bardzo surowe wyroki, które Sąd Najwyższy potem zmniejszył, ale fakt faktem, że pociąg zgubił wagony. Niby się zatrzymał, bo automatycznie włączyły się hamulce. Maszynista posłał na koniec pociągu swego pomocnika, ale ten powiedział, że wszystko jest w porządku. A nie zauważył rozerwanego sprzęgu i tego, że na końcu nie było tak zwanych świateł końcowych pociągu. Pociąg pojechał spokojnie dalej, a w tym czasie tą trasą pędził ekspress. Ale w książce piszę też o katastrofach tramwajowych. Bo jeśli katastrofa pod Otłoczynem była największą katastrofą kolejową w Polsce, to opisuję także największą katastrofę tramwajową.

Gdzie to było?
W 1967 roku w Szczecinie. Tramwaj zjeżdżał ulicą prowadzacą do Odry. Nawaliły hamulce i nie mógł się już zatrzymać. Był przepełniony. Tam były zakręty. Na jednym z nich się wywrócił. Było sporo zabitych. Doszło tam nawet do tragedii w tragedii. Gdy dźwig podnosił wagon motorowy, pod którym leżeli ranni, ten zerwał się i spadł na nich. Wkrótce zamknięto tę trasę tramwajową, uznając ją za bardzo niebezpieczną. Dziś w tym miejscu przebiega Trasa Zamkowa.

A tragedie górnicze? Słyszeliśmy o nich w czasach PRL-u. Chyba w tych przypadkach towarzysz Gierek nie miał oporu, aby je ujawniać.
Wręcz przeciwnie. Prasa informowała tylko o największych tragediach, pomijając ofiary śmiertelne, do których dochodziło w codziennej pracy kopalń, głównie węgla kamiennego. W książce opisuję choćby katastrofę w kopalni w Nowej Rudzie pod Wałbrzychem. Nastąpił wybuch i było bardzo dużo zabitych. Rok później odbyła się tam sesja Klubu Publicystów Górniczych Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Nasi gospodarze bali się nas zawieźć do podziemi kopalni, ale zobaczyliśmy to wszystko, co jest na dole, w tym m.in. także supernowoczesną aparaturę ostrzegającą przed różnymi zagrożeniami. Pamiętam, że duży artykuł na ten temat zamieściłem w „Expressie Poznańskim”. Krótko potem w tej samej kopalni doszło do kolejnego wybuchu. Opisuję też drugi wybuch w jednej z kopalni wałbrzyskich. Było to w połowie lat 80 i też było wiele ofiar. Pominąłem natomiast kopalnie górnośląskie, bo tragedie, do jakich w nich dochodziło, są trochę bardziej znane. Ja starałem się zebrać te najciekawsze i opisać je w formie reportaży.

Można powiedzieć, że katastrofy odchodzą w zapomnienie?
Umierają ludzie i wraz z nimi umiera pamięć o katastrofach. Pozostają tylko notki prasowe i książki takie choćby, jak moja. W pierwszym rozdziale opisuję na przykład katastrofę tramwajową w Wałbrzychu koło Dworca Głównego, o której już chyba nikt nie pamięta. Doszło do niej wkrótce po wojnie. Ulica Dworcowa prowadzi dużym spadem. Specjalnie pojechałem do Wałbrzycha. Rozmawiałem z dziennikarzami i urzędnikami administracji samorządowej, czy kto coś wie na ten temat. Okazało się, że nikt. Jedynym śladem tej katastrofy jest kilkuzdaniowa informacja opublikowana w „Trybunie Wałbrzyskiej” w specjalnym artykule z okazji pięciolecia likwidacji tramwajów w Wałbrzychu. Autor tej publikacji opisuje ją tak, jakby ją widział, i podaje jej datę. Według niego, był to grudzień 1945 roku. Dodał także rzecz, którą usłyszałem także od innych mieszkańców - że równo rok później w tym samym miejscu doszło do niemal identycznej katastrofy. Dlatego wkrótce potem wycofano tramwaje na tej linii.

„Katastrofy” to twoja nowa książka. Natomiast równolegle ukazało się już trzecie wydanie „Łun nad jeziorami. Agonia Prus Wschodnich”. Skąd fenomen tej książki? Stale jest na nią zapotrzebowanie...
Ze wszystkich moich książek, których napisałem około trzydziestu, „Łuny nad jeziorami” najlepiej się sprzedały, choć nie mam danych dotyczących pierwszej książki „Złowieszcze góry”, która ukazała się na początku lat 90. Ona mogła mieć jeszcze lepszą sprzedaż, bo wtedy tego typu literatury w ogóle nie było. Jak twierdzi wydawca, „Łuny nad jeziorami” ciągle się dobrze sprzedają. Dlatego postanowił wznowić tę książkę. Uznałem, że w trzecim wydaniu trzeba trochę zmienić fotografie i dokonać kilku drobnych poprawek. Napisałem też na nowo rozdział o Elblągu, bo w tym czasie wyszło na jaw, że opisywany w wielu publikacjach, także w „Głosie Wielkopolskim”, w czasach, kiedy tam pracowałem, słynny rajd czołgów kapitana Giennadija Djaczenki na Elbląg w 1945 roku został zmyślony. Te czołgi rzeczywiście jechały, ale oni mieli rozkaz ominąć Elbląg i dotrzeć do Zalewu Wiślanego. W śnieżnej zadymce zgubili drogę. Próbowali wjechać do Elbląga, ale na rogatkach miasta czołgi zostały otoczone i broniły się w okrążeniu. Kapitan Djaczenko miał kolegów w prasie frontowej i oni wymyślili, że wjechał do miasta i przedarł się. Była to bohaterska akcja, więc jeden z generałów wystąpił o nadanie Djaczence tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, ale nie zmylił marszałka Konstantego Rokossowskiego, który był dowódcą 2. Frontu Białoruskiego. Odrzucił on ten wniosek, ale wobec Djaczenki nie wyciągnięto żadnych konsekwencji. Sprawa wyszła po latach z jednego powodu. Jeszcze w czerwcu 1945 roku Djaczenko chodził w mundurze kapitana. Taki sam stopień miał w styczniu 1945 roku, a przecież w maju 1945, w momencie zakończenia wojny, wszyscy żołnierze Armii Czerwonej otrzymali awanse na wyższe stopnie, a niektórzy nawet i o dwa. Djaczence awansu nie przyznano. Musiałem ten rozdział napisać na nowo, aby przedstawić, jak w świetle najnowszej wiedzy wyglądał rajd czołgów Djaczenki na Elbląg.

Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.