Krzysztof Cugowski: Moim marzeniem jest nic nie robić i mieć pieniądze. Ale tak się nie da...

Czytaj dalej
Fot. mat. archiwalne
Marek Zaradniak

Krzysztof Cugowski: Moim marzeniem jest nic nie robić i mieć pieniądze. Ale tak się nie da...

Marek Zaradniak

Powiem szczerze: im jestem starszy, tym tych stresów mam mniej. Zależy mi tylko na istotnych elementach życia. Im człowiek jest starszy, tym częściej zaczyna odsiewać rzeczy, które są zupełnie nieważne w życiu od rzeczy, które są ważne. W związku z powyższym, stresów jest coraz mniej, bo człowiek zajmuje się tylko rzeczami najistotniejszymi – przyznaje wokalista Krzysztof Cugowski, znany nie tylko z Budki Suflera, ale też działalności solowej.

W sobotę, 30 maja obchodził pan swoje 70. urodziny. Jak pan świętował?

W piątek zagraliśmy koncert na żywo w Radiu Lublin, a potem moich kolegów, najbliższych współpracowników i rodzinę zaprosiłem na przedłużoną kolację. I po obchodach. Bo co tu obchodzić? Specjalnie nie ma się czym radować. Trzeba się radować tym, że człowiek żyje. A sama data specjalnie mnie nie ekscytuje. Jest jak jest i nic na to nie poradzę.

Jest pan cały czas w świetnej kondycji. Co pan robi, aby ją utrzymać?

Nic. Oczywiście w związku z tym, że zdaję sobie sprawę z realiów, zwalniam nieco tempo, ale żeby coś specjalnie robić, to nie. Wszystko się odbywa tak jak zawsze. Jem normalnie. Owszem, 35 lat temu przestałem palić papierosy, co ma duże znaczenie i uważam, że gdybym tego nie zrobił, to by tak nie było jak jest. To jedyna rzecz, którą zrobiłem dla organizmu. Oprócz tego, nic więcej. Wszystko normalnie.

A alkohol też pan odłożył?

Nie. Kiedyś zabawy były częste i długie. Niestety, teraz już to trzeba bardzo poważnie ograniczyć, ale nie oznacza to, aby w ogóle nie pić. Nie piję wina i piwa, bo się nie nauczyłem, a tylko białą wódkę. Ale też muszę uważać z częstotliwością i nie przesadzam. Ale w piątek tośmy troszkę pobalowali. Wszystko jest dla ludzi, tylko w rozsądnych ilościach.

Powiem szczerze: im jestem starszy, tym tych stresów mam mniej. Zależy mi tylko na istotnych elementach życia. Im człowiek jest starszy, tym częściej
Grzegorz Olkowski

A co panu daje energię?

Teraz to bardzo dużo dla mnie znaczy zespół, z którym w tej chwili pracuję. Nie ukrywam, że to dla mnie ogromny bodziec do robienia czegokolwiek, jeśli chodzi o muzykę i nie wiem, jak by było, gdyby moje losy potoczyły się inaczej. Natomiast praca z tymi kolegami powoduje, że muszę się wspinać, aby nie wypaść przy nich blado. Staram się jak mogę. Dopóki zdrowia i kondycji staje, gramy. Oczywiście teraz nie gramy, ale miejmy nadzieję, że za jakiś czas wszystko wróci do jakiejś normalności i będziemy grać. Mnie sprawia ogromną radość praca z tymi muzykami i mam nadzieję, że im także. I to jest chyba jedyny powód, dla którego w takiej kondycji się utrzymuję.

A jak pan odreagowuje stresy?

Aż tak bardzo się nie stresuję. Nawet do obecnej sytuacji podchodzę w miarę spokojnie, bo przecież nic nie poradzimy. Jest jak jest i dopiero, gdy zacznie się to wszystko finalizować będziemy mogli coś z tym fantem począć. Natomiast nie mam jakiegoś sposobu na stres. Powiem szczerze: im jestem starszy, tym tych stresów mam mniej. Zależy mi tylko na istotnych elementach życia. Im człowiek jest starszy, tym częściej zaczyna odsiewać rzeczy, które są zupełnie nieważne w życiu od rzeczy, które są ważne. W związku z powyższym, stresów jest coraz mniej, bo człowiek zajmuje się tylko rzeczami najistotniejszymi.

A co jest ważne dla pana?

Dla mnie ważne jest to, jak moja rodzina sobie daje radę. Bardzo ważną sprawą jest też sytuacja moich kolegów z zespołu, bo nie ukrywam, że nie jest to sytuacja komfortowa i lekka dla muzyków. Nie gramy trzy miesiące, bo ostatni raz zagraliśmy 7 marca. Więc trzy miesiące stoimy. Zagraliśmy tylko dwa koncerty. Jeden w telewizji publicznej w TVP2 na żywo i drugi teraz w radio. Ja brałem jeszcze udział w dwóch koncertach hybrydowych. To bardzo ciekawa produkcja z okazji setnych urodzin Ojca Świętego Świętego Jana Pawła II i z okazji rocznicy jednej z telewizji. Coś tam się dzieje, tylko że to jest po prostu za mało. Ale ja mówię tak: wszystko się ułoży, bo musi się ułożyć. Bo przecież świat nie może żyć w taki sposób jak w tej chwili. Doprowadzi to do jakiegoś standardu. Nie wiemy jakiego, ale to musi nastąpić. To jest zupełnie nowe dla wszystkich. W związku z tym, nie możemy ani się do tego przygotować, zaplanować czegoś, co będziemy robić. Żyjemy trochę w zawieszeniu.

Zawsze chciał pan być muzykiem? Przecież studiował pan prawo…

Moja mama chciała, abym został muzykiem. Posłała mnie do szkoły muzycznej. Skończyłem podstawówkę muzyczną i do połowy liceum. Potem powiedziałem „dosyć” i przeszedłem do ogólniaka. Nie myślałem, że kiedykolwiek będę miał cokolwiek związane z muzyką, ponieważ mnie w różny sposób odstraszano od tego. Ale jak to w życiu bywa, są przypadki, których się nie da przewidzieć. Od momentu, gdy myślałem, że nigdy nie będę miał nic wspólnego z muzyką wszystko ułożyło się tak, że zajmuję się tym 50 lat.

Powiem szczerze: im jestem starszy, tym tych stresów mam mniej. Zależy mi tylko na istotnych elementach życia. Im człowiek jest starszy, tym częściej
Karolina Misztal

A więc o to, aby był pan artystą zabiegała pana mama. Czy mama miała jakieś tradycje artystyczne w rodzinie?

Nie. Najstarszy z braci, mój wujek był nauczycielem muzyki w szkole muzycznej U mnie w domu ani mama, ani ojciec nie mieli z muzyką nic wspólnego. To była taka fanaberia mojej mamy. Akurat w 1955 roku był Konkurs Chopinowski, w którym zwyciężył polski pianista Adam Harasiewicz. Moja mama była zakochana i sobie wymyśliła, że ja też będę jak Harasiewicz wygrywał gamy, pasaże i inne fidrygały na fortepianie.

I nie został pan pianistą?

Nie zostałem i już pewnie nie zostanę. Potem mamie się zachciało, abym został prawnikiem i to też niekoniecznie się sfinalizowało. Zrządzenie losu spowodowało, że zacząłem się bawić w domu w zespół, i tak „od rzemyczka do koniczka”, i taki jest właśnie teraz finał.

70. urodziny i 50 lat na estradzie i podwójny album „50/70 Moje najważniejsze”. Jaki był klucz doboru utworów?

Jedna płyta to koncert elektryczny sprzed półtora roku. To oczywiście jako bonus. Natomiast płyta akustyczna to nagrania studyjne. Nagrałem pierwszą piosenkę, jaką kiedykolwiek nagrałem w życiu. To „Blues George’a Maxwella”, a było to w marcu 1970 roku. Było to pierwsze nagranie Budki Suflera. Natomiast jedynym utworem premierowym na tej płycie jest „Twoja łza”. To są ramy tych 50 lat. W międzyczasie jest 12 utworów z różnych okresów działalności trochę zróżnicowanych stylistycznie. Jedynym kryterium było to, że utwory te podobają mi się jako słuchaczowi, bo oprócz tego, że jestem muzykiem, jestem też słuchaczem. Patrzę na swoje dokonania także jako słuchacz, który konsumuje muzykę. Oczywiście to nie są wszystkie utwory, które mi się podobają, bo nagrałem ponad 400 piosenek i wiadomo, że jest wiele, które lubię. Tyle ich jest, ile można było wybrać i zmieściło się na tym krążku.

Jaki był najtrudniejszy moment w pana karierze?

Życie ludzkie – czy to zawodowe, czy prywatne – to jest sinusoida. To nie jest tak, że to wszystko biegnie po ładnej, równej linii wysoko zawieszonej. Tak nie jest. Życie ludzkie to są dołki i górki, i jeżeli tych górek jest więcej niż dołków, to już jest dobrze. Myślę, że w moim przypadku tak właśnie było – tych momentów dobrych było więcej niż złych. Nic nadzwyczajnego. Tak przebiega życie każdego z nas.

A jakie momenty z tych dobrych szczególnie pan wspomina?

Jeżeli chodzi o granie, to oczywiście moment, kiedy „Sen o dolinie” stał się w 1974 roku przebojem i zaczęliśmy być rozpoznawalni i popularni jako zespół. Miałem wtedy 24 lata. Bylem młodym chłopakiem To była rzecz, której nie można zapomnieć. To były piękne momenty.

Powiem szczerze: im jestem starszy, tym tych stresów mam mniej. Zależy mi tylko na istotnych elementach życia. Im człowiek jest starszy, tym częściej
Łukasz Kaczanowski

Co pan w życiu lubi najbardziej, a czego pan nienawidzi?

Najbardziej lubię nic nie robić. Jeszcze gdyby mi płacili pieniądze za to, to by był ideał, ale niestety tak nie jest. Moim marzeniem jest nic nie robić i mieć pieniądze. Ale tak się nie da. Nie ukrywam, że ten okres przymusowego postoju zawodowego znoszę dobrze i jest mi to potrzebne, ponieważ w ubiegłym roku z moim managementem trochę przesadziliśmy jeżeli chodzi o ilość koncertów, bo zagraliśmy ich prawie 100. To zupełna masakra i umówiliśmy się, że w tym roku tego nie zrobimy. Okazało się, że opatrzność sama wyregulowała nasze przewidywania i rzeczywiście koncertów nie będzie jakoś bardzo dużo. Nie mam o to wielkich pretensji. Te parę miesięcy spokoju dobrze mi zrobiło. W tej sytuacji człowiek nie może nawet czegoś zaplanować, bo nie wie, co będzie. Siedzi się spokojnie i czeka jak się to wszystko rozwinie. Oczywiście nie może to trwać wiecznie, ale o te parę miesięcy do nikogo nie mam pretensji. Natomiast, jeśli pyta pan czego nienawidzę, to nie ma czegoś takiego, bo nienawidzić to już poważna sprawa.

Wspomniał pan o opatrzności. Jest pan wierzący?

Tak. Może nie jestem jakimś ortodoksem i nie biegam co chwilę do kościoła, ale absolutnie jestem człowiekiem wierzącym. Mam na ten temat swoje przemyślenia. Każdy powinien wierzyć tak jak uważa za stosowne. Moja żona jest też bardzo głęboko wierząca, ale ona robi to zupełnie inaczej niż ja i ma do tego prawo. Jestem wierzącym, choć praktykującym może nie za często. Ale tak jak mówię – uważam, że każdy powinien spotkania z Bogiem załatwiać na swój sposób.

Czy po 50 latach na estradzie czuje się pan artystą spełnionym?

Absolutnie tak. To, co mogłem wykonać, to wykonałem i w tej chwili pozostaje mi nagrywanie jedynie płyt z rzeczami, które lubię. Nie mam zamiaru zajmować się listami przebojów, bo to nie są rzeczy dla mnie.

O czym pan marzy?

Marzę o tym, aby jeszcze parę lat w jako takiej kondycji i jako takim zdrowiu patrzeć na swoją rodzinę – na żonę, synów i ich dzieci. Żadnych innych nie mam.

Czy jest w życiu rzecz, która panu nie wyszła?

Oczywiście, że wiele rzeczy się nie udało z powodu tego, że akurat tak się to wszystko poukładało, ale ani o tym nie myślę, ani się nie zastanawiam, że coś mnie ominęło. Uważam, że w życiu mniej więcej wszystko wyszło. Tyle, ile być powinno. Jestem człowiekiem spełnionym jako człowiek, jako ojciec i jako muzyk. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że jak najdłużej Pan Bóg będzie trzymał mnie na tym świecie.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.