Krzysiek z Rzeszowa oddał komórki macierzyste, pomógł 19-letniej Monice

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Bartosz Gubernat

Krzysiek z Rzeszowa oddał komórki macierzyste, pomógł 19-letniej Monice

Bartosz Gubernat

Oddając komórki macierzyste, dzielisz się z potrzebującym życiem. Dla ciebie to tylko kilka godzin w szpitalu. Dla chorego często ostatnia szansa na życie. Nie wahaj się, zarejestruj i pomagaj!

Krzysztof Bać z Rzeszowa w bazie dawców komórek macierzystych zarejestrował się jesienią 2013 roku. Zachęciła go do tego Ania, koleżanka z pracy. Zgłoszenie wysłał przez internet. Po półtora roku zadzwonił do niego telefon z fundacji DKMS, która prowadzi bazę i pomaga znaleźć dawcę szpiku lub komórek macierzystych dla potrzebujących na całym świecie.

- Pytanie brzmiało: czy jestem zdecydowany pomóc, ponieważ jest taka potrzeba. Tysiąc myśli przeleciało mi w jednym momencie przez głowę. Trudno nawet opisać to uczucie. Oczywiście, że chciałem pomóc i nawet przez chwilę się nie zawahałem. Ale jednocześnie zrodziło się wiele pytań i lęk. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, jak to wszystko się odbywa, czy to boli? - wspomina Krzysiek.

Podobne dylematy towarzyszą tysiącom osób na całym świecie. Mimo wielu kampanii społecznych, strach wciąż paraliżuje przed oddaniem szpiku potrzebującym. Na szczęście dzieje się tak coraz rzadziej. Kto może pomóc? Każdy, bez wyjątku.

Na jego decyzję w szpitalu w Łodzi czekała 19-letnia wówczas Monika Jaguszewska z Bełchatowa. Białaczkę wykryto u niej w styczniu 2008 roku.

- Leczenie najpierw polegało na chemioterapii i lekarstwach podtrzymujących stan wyzdrowienia. Zakończyło się w 2010 roku, jednak po czterech latach nastąpił nawrót choroby, w jeszcze bardziej agresywnej postaci. Po intensywnej chemioterapii wymagałam pilnego przeszczepu komórek macierzystych. Pamiętam dzień, kiedy lekarz poinformował mnie o tym, że jest dawca. Przyjęłam tę informację z wielką nadzieją, ale i obawą, bo znałam przypadki, gdy dawca wycofywał się w ostatniej chwili. Nawet wówczas, gdy biorca był już przygotowany na przeszczep poprzez zwalczenie w szpitalu jego własnej odporności - mówi Monika. Wspomina, że strach i niepewność były wówczas bardzo silne.

- Przed przeszczepem miałam moment, gdy porządkowałam już swoje rzeczy. Pamiętnik, notatki, których nie chciałam, aby ktoś znalazł. Bałam się, że mogę nie wrócić - wspomina dziewczyna.

Najpierw badania

Wszelkie wątpliwości pomógł Krzyśkowi rozwiać konsultant z fundacji DKMS, który przeprowadził go przez całą procedurę. A zaczęło się od pobrania krwi na miejscu w Rzeszowie, do wstępnych badań. Zazwyczaj analiza materiału trwa nawet kilkanaście tygodni, ale w przypadku Moniki trzeba było działać szybko. Już po trzech tygodniach udało się uzyskać potwierdzenie, że Krzysiek może pomóc. W szpitalu w Krakowie przeszedł kolejne, kompleksowe badania.

- To było USG brzucha, badanie serca, krwi, testy w kierunku wirusa HIV, chorób wenerycznych i innych. Wszystko po to, aby mieć pewność, że oddanie komórek nie zaszkodzi mi, a pobrany materiał będzie bezpieczny do podania biorcy. To wszystko trwało jeden dzień. Badania wypadły pomyślnie i wówczas wyznaczono mi termin pobrania komórek - mówi Krzysiek.

Jak tłumaczą eksperci z fundacji DKMS, komórki można pobrać na dwa sposoby. Pierwszy, stosowany w 80 procentach przypadków polega na wyselekcjonowaniu ich z krwi obwodowej. Przed pobraniem, przez 5 dni dawca przyjmuje czynnik wzrostu G-CSF, który powoduje zwiększenie produkcji komórek macierzystych w krwi. Jest to substancja produkowana również naturalnie w organizmie człowieka np. w momencie przechodzenia infekcji. Podczas przyjmowania czynnika mogą wystąpić objawy grypopodobne. Komórki pobiera się metodą zwaną aferezą.

- Do szpitala w Krakowie zgłosiłem się rano. Wykonano mi dwa wkłucia, w obie ręce - mówi Krzysiek. W trakcie zabiegu krew pobierana z jednej ręki przechodzi przez maszynę, gdzie separowane są komórki macierzyste, i wraca do organizmu poprzez drugą rękę. W zależności od sytuacji, wyselekcjonowanie potrzebnej ilości komórek może trwać od kilku godzin, do dwóch dni. W przypadku Krzyśka wystarczyło pięć godzin, po których od razu wrócił do normalnego życia.

Druga metoda polega na pobraniu materiału od dawcy bezpośrednio z talerza kości biodrowej, a nie jak błędnie pisze się na wielu stronach internetowych, z rdzenia kręgowego. Podczas zabiegu pozyskuje się około 1 litra mieszaniny szpiku kostnego i krwi. Mieszanina zawiera ok. 5 procent szpiku, regenerującego się całkowicie w organizmie w ciągu ok. 2 tygodni.

- Dawca przyjmowany jest na oddział zwykle dzień przed pobraniem szpiku. W szpitalu pozostaje 2-3 dni, a jedyne zagrożenie ogranicza się do powszechnego ryzyka związanego z podaniem narkozy. Po pobraniu szpiku istnieje możliwość wystąpienia miejscowego bólu, podobnego do stłuczenia, który po kilku dniach mija - opisują eksperci DKMS.

Nie znał biorcy

Komórki Krzyśka zostały wysłane do Wrocławia, gdzie czekała na nie Monika. Dawca wiedział tyko tyle, że oddaje je 19-letniej kobiecie z Polski.

- Zgodnie z procedurami obowiązującymi w takich sytuacjach, przez dwa lata dawca i biorca nie mogą się poznać. Mogą jedynie wymieniać korespondencję za pośrednictwem DKMS. Chodzi o to, że w tym czasie ryzyko odrzucenia przeszczepu jest największe i w tym czasie ogranicza się do minimum możliwość nawiązania osobistego kontaktu i zbudowania więzi emocjonalnej między takimi osobami - tłumaczy Krzysiek.

Mimo wielu obaw i strachu, organizm Moniki dobrze zareagował na przeszczep. Co prawda przez chwilę było podejrzenie, że zostanie on odrzucony, ale lekarzom udało się temu zapobiec. Następnie okres między kontrolami w szpitalu zaczęto wydłużać z kilku dni, do kilku tygodni. Dziś Monika jest zdrowa i wróciła na studia prawnicze w Łodzi. Z Krzyśkiem spotkała się w Kielcach, w połowie drogi między ich rodzinnymi miastami.

- Wcześniej sporo do siebie pisaliśmy, a później zaczęliśmy rozmawiać przez telefon, więc można powiedzieć, że już się poznaliśmy. Ale ten moment, gdy zobaczyliśmy się na żywo był niesamowity. Nie jestem w stanie opisać uczucia, jakie mu towarzyszyło. Jednego jestem pewien: nagroda za to, jak niewiele musiałem zrobić jest wspaniała. Monika żyje i jest zdrowa, a dla mnie to było tylko kilka ukłuć, kilka wizyt w szpitalu. Zachęcam wszystkich, zróbcie jedną prostą rzecz: zarejestrujcie się w bazie dawców i bądźcie gotowi, aby komuś pomóc - mówi Krzysztof.

Każdy dawca na wagę złota

Jak informuje fundacja DKMS, w Polsce co godzinę ktoś dowiaduje się, że ma białaczkę, czyli nowotwór krwi. Tę diagnozę słyszą rodzice małych dzieci, młodzież, dorośli. Bez względu na wiek - każdy może zachorować. Nowotwory krwi to takie, które atakują system krwionośny oraz samą krew, szpik kostny i układ limfatyczny. Rozróżniamy wiele rodzajów nowotworów krwi, w tym białaczkę.

Na całym świecie co 35 sekund zostaje u kogoś zdiagnozowany nowotwór krwi, a co 10 minut odbiera on komuś życie. W przypadku, gdy nie pomagają konwencjonalne metody, takie jak chemioterapia czy naświetlanie, jedynym wyjściem pozostaje przeszczepienie komórek macierzystych od zgodnego dawcy.

Niestety jedynie 25 procent pacjentów znajduje „bliźniaka genetycznego” w rodzinie. Pozostałe 75 procent zdanych jest na dawców niespokrewnionych, takich jak Krzysiek dla Moniki. W Polsce zarejestrowanych jest ponad 1,1 mln dawców krwiotwórczych komórek macierzystych. Na całym świecie zarejestrowanych jest ponad 30 milionów potencjalnych dawców. Mimo to poszukiwanie bliźniaka genetycznego jest bardzo trudne, a wolontariusze pracujący w DKMS porównują je do szukania przysłowiowej igły w stogu siana.

- Razem ze mną w szpitalu oddawał komórki inny mężczyzna z Rzeszowa. Były potrzebne dla kobiety z Niemiec - mówi Krzysiek Bać.

Prawdopodobieństwo znalezienia odpowiedniego dawcy wynosi 1:20 000, a nawet 1: kilku milionów.

To właśnie dlatego cyklicznie prowadzone są kampanie społeczne zachęcające ludzi do rejestracji w bazie potencjalnych dawców. Im będzie ich więcej, tym większa szansa na znalezienie genetycznego bliźniaka dla osoby chorej. Jak przekonuje Gabriela Bartkowicz, koordynatorka DKMS z Rzeszowa, rejestracja w bazie jest bardzo łatwa.

- Wystarczy zamówić na naszej stronie internetowej pakiet rejestracyjny. Zawiera formularz, który trzeba wypełnić i pałeczki do pobrania wymazu z błony śluzowej z wewnętrznej części policzka. Ten zestaw odsyła się na wskazany adres. Po przebadaniu materiału genetycznego wpisujemy dawcę do rejestru i wysyłamy mu potwierdzenie rejestracji oraz kartę dawcy - mówi pani Gabriela, która przez pięć lat działalności w fundacji zarejestrowała pięć tysięcy osób. 17 z nich oddało już szpik. Zaznacza jednak, że to nie liczba, ale jakość dawców jest najważniejsza.

- Zachęcając do rejestracji nikogo nie naciskamy. Chodzi o to, aby człowiek wpisany do rejestru był zdecydowany na pomoc, kiedy zajdzie taka potrzeba. Telefon może zadzwonić za tydzień, ale równie dobrze za 20 lat. Jeśli ktoś ma wątpliwości, lepiej, żeby zgłosił się do nas dopiero, kiedy to w nim dojrzeje - mówi wolontariuszka.

Bartosz Gubernat

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.