Kochana mamo, idź do psychiatryka

Czytaj dalej
Fot. Grzegorz Dembiński
Łukasz Cieśla

Kochana mamo, idź do psychiatryka

Łukasz Cieśla

Jarek i Ola*, rodzeństwo spod Poznania, chcą zamknąć w szpitalu psychiatrycznym i ubezwłasnowolnić własną matkę. Zapewniają, że to z troski o jej zdrowie. Matka uważa jednak, że dzieci troszczą się, ale o przejęcie rodzinnego majątku. Chodzi o cenne grunty pod Poznaniem.

W ciągu ośmiu dni Jarek i Ola ściągnęli do domu lekarza psychiatrę, dostali od niego zaświadczenie o zaburzeniach mamy, a następnie rozpoczęli pierwszą sprawę sądową: o jej przymusowe leczenie psychiatryczne.

Chronologia była taka: w przeddzień Dnia Matki 2016 roku do ich rodzinnego domu zapukała pani psychiatra.
Czesława tak wspomina wizytę z 25 maja ubiegłego roku: - Właśnie wróciłam do domu z pobytu w sanatorium. Po kilkunastu godzinach pojawiła się pani psychiatra. Powiedziała, że wezwały ją moje dzieci i słyszała od nich o moich urojeniach i omamach. Była z kwadrans, mówiła, że się śpieszy, bo jeszcze kolacji nie zjadła. Stwierdziła, że mnie uzdrowi, wypisała receptę i odjechała.

Pięć dni później, czyli 30 maja, w gabinecie pani psychiatry pojawił się syn Czesławy. Stwierdził, że mama nie chce brać dopiero co zapisanych leków. Pani psychiatra, nie weryfikując twierdzeń syna, wydała mu zaświadczenie o konieczności umieszczenia matki w szpitalu psychiatrycznym. Rozpoznanie: przewlekłe zaburzenia urojeniowe. Taki dokument, podbity przez psychiatrę, był dzieciom niezbędny do wytoczenia sprawy sądowej.

2 czerwca wynajęty przez rodzeństwo adwokat napisał pozew o przymusowe leczenie psychiatryczne Czesławy.

Machina sądowa poszła w ruch.

Sielanka

Akcja tej historii rozgrywa się w małej wiosce tuż pod Poznaniem. Czesława jest wdową, ma ponad 60 lat, rozpoznaną białaczkę. Osoby, które ją znają, uważają, że mimo różnych kłopotów nadal jest „babką na fleku”. Specjaliści określają, że ma osobowość ekstrawertyczną. Przez wiele lat była sołtysem, działała w zarządzie spółki wodnej, lubi sobie pożartować, wciąż siada za kółkiem swojego starego auta, działa w Akademii Seniora. Inne opinie są takie, że stała się bardzo płaczliwa, nerwowa, może przez napiętą sytuację w domu.

Czesława po śmierci męża stała się jedyną właścicielką rodzinnego majątku - około 15 hektarów pól i lasu.

Ziemia jest atrakcyjnie położona, tuż nad jeziorem. Po sąsiedzku budowane są domy jednorodzinne. Deweloperzy sprzedają działki. Czesława obliczyła, że jeśli podzieliłaby jedynie niecały hektar pola na działki, ze sprzedaży mogłaby dostać milion złotych.

Istnieje możliwość, że dzieci tych pieniędzy by nie zobaczyły. Oboje zrzekli się na matkę swoich praw do gruntów. Zrobili to po śmierci ojca, czyli męża Czesławy. Kobieta jest wdową od ponad 20 lat, ale do dzisiaj płacze na wspomnienie o kochanym Stasinku. Przez łzy opowiada, że umierał w chlewie na jej rękach. Potem przez kilka dni jeszcze walczył o życie podłączony do aparatury. Załamana Czesia także wymagała pomocy. Trafiła wtedy do szpitala.

Nagłe odejście męża było potężnym ciosem dla jej psychiki.

Gdy dzieci zrzekały się swoich praw do gruntów, w rodzinie panowała sielanka. Przyznają to obie skłócone strony. Dziś mają jednak do siebie wiele pretensji. Ich wyliczanie, wraz z opisem wzajemnych żalów, to opowieść na długie godziny.

Świnie pożarły, telefon na podsłuchu

Czesława, zanim zacznie opowiadać swoją wersję, zaprasza do kuchni. Zaparza herbatę w szklance.

- W skrócie było tak: kilka lat temu syn Jarek poznał rozwódkę z dzieckiem.

Początkowo byłam nią oczarowana. Mówiłam, gdzie on poznał taką fajną dziewczynę. Razem spędzaliśmy czas. Ale potem oboje zaczęli na mnie naciskać, kiedy przepiszę na nich ziemię. Zaczęły się kłótnie i awantury. Uznałam, że pora się wyprowadzić. Żeby mieć na kupno mieszkania, wystawiłam ziemię na sprzedaż. Dzieciom to się bardzo nie spodobało. Odcięłam je od mojego konta, bo wyczyściły je „do zera” - opowiada Czesława.

Ma też pretensje do syna, że zaczął wydawać wspólne pieniądze na sprawy sądowe konkubiny. Chodziło o batalię konkubiny z jej byłym mężem. Eksmałżonek domagał się kontaktów z ich wspólnym dzieckiem.

- Mówiłam Jarkowi, że syn konkubiny ma już ojca i tego nie zmieni. On robił jednak swoje. Zakochał się w niej i wszystko by dla niej zrobił - wzdycha Czesława.

Przeciwko dzieciom wytacza też zarzuty z „grubej rury”.

Że syn i córka chcieli ją zabić lub grozili jej śmiercią, że córka może mieć romans z konkubiną syna, bo przecież Czesia widziała, jak obie sypiają w jednym łóżku. Podejrzewa też, że dzieci założyły jej podsłuch w telefonie. Stary wypadł jej w chlewie i pożarły go świnie. Nową komórkę dostała od dzieci, ale jej załatwianie miało trwać podejrzanie długo. Czesia twierdzi, że dzieci przez pewien czas znały każdy jej krok.

Panie Boże, strzeż nas od ciotek

Wersja Jarka? Wiadomo, że o eskalację rodzinnego sporu oskarża dwie ciotki - obie są siostrami Czesławy. Na drzwiach do rodzinnego domu przywiesił nawet ich zdjęcia i modlitwę: „Panie Boże, jeśli to możliwe, CHROŃ Nas i Nasz Dom przed wpływem tych osób”.

Jarka i Olę widzę, jak krzątają się po gospodarstwie. Kobieta po chwili gdzieś znika. Jej brat jest uśmiechnięty, nieco misiowaty, mówi wolno i spokojnie. Stoimy na podwórku. Kilka razy dopytuje, czy aby go nie nagrywam. Jest zaskoczony wizytą dziennikarza. Zapewnia, że chce pogodzić się z matką, ale nie będzie rozmawiał przez media. Bardziej rozmowny staje się po kilku dniach. Kilka razy dzwoni i przedstawia swój punkt widzenia. Mamie zarzuca na przykład, że torpeduje każdy związek swoich dzieci.

- Byliśmy zgodną rodziną, ale siostry mamy zaczęły jątrzyć. Nam zależy, żeby mama nie sprzedawała ziemi, naszej ojcowizny.

Jeśli nie pochodzi pan ze wsi, nie zrozumie pan naszego przywiązania do ziemi. Poza tym z gospodarstwa można naprawdę godnie żyć, nie tylko „do pierwszego”. Mama też kochała ziemię. Ale podupadła na zdrowiu, zaczęła nas oskarżać o różne rzeczy, jest pod wpływem sióstr. Poszliśmy z tymi wnioskami do sądu, bo tak nam poradzono w prokuraturze. Usłyszałem, że sobie nie poradzimy z jej chorobą, jeśli nie zaczniemy działać. Wraz z siostrą chcemy, żeby była zdrowa - podkreśla Jarek.

Podczas jednej z rozmów telefonicznych Jarek wybucha płaczem. Wręcz błaga o pomoc w rozwiązaniu rodzinnego konfliktu. Twierdzi, że zgodzi się na wszystko, byle już nie kłócić się z mamą. Po kilku dniach dzwoni ponownie. Tym razem nie płacze. Chce, żeby dopisać do jego wypowiedzi, że matka wyrzuciła z domu jego konkubinę, kobietę w ciąży.

- Tak, kazałam jej się wyprowadzić. Ale jeszcze wtedy nie była w ciąży - odpiera zarzut Czesława.

„Obiecała, że przepisze”

Pierwszy pozew przeciwko Czesławie, ten o przymusowe leczenie psychiatryczne, trafił do sądu w Środzie Wlkp. W dokumencie z 2 czerwca 2016 dzieci zarzuciły, że ma urojenia i zaburzenia depresyjno-adaptacyjne. Sąd przesłuchał sąsiadów, znajomych rodziny, lekarzy oraz panią z opieki społecznej.

Lekarz rodzinny Czesi zeznał, że już w 1996 roku przepisał jej leki przeciwdepresyjne. Wtedy właśnie zmarł jej kochany Stasinek. Sąsiedzi ze wsi mówili z kolei, że Czesię postrzegają jako dobrego człowieka, widują ją w każdą niedzielę przy grobie męża. Niektórzy wspominają, że ostatnio żaliła się na dzieci, ich ordynarne odzywki, potrafiła płakać z byle powodu, co wcześniej jej się nie zdarzało.

Bratowa wskazała z kolei, że jej wydaje się, że Czesia od śmierci męża ma nieleczoną depresję.

Poza tym zły wpływ na nią ma jedna z sióstr, która nakręca Czesię.

Zeznawała też pani z opieki społecznej. Czesia żaliła się jej, że dzieci ją nękają, zmuszają do decyzji, których nie jest pewna, zwłaszcza tych dotyczących spraw majątkowych. Z kolei dzieci skarżyły się opiece społecznej, że czują się oszukane przez matkę. Bo miała im obiecać, że przepisze na nich gospodarstwo po osiągnięciu wieku emerytalnego, a tego nie zrobiła.

Rzecznik pacjenta gani psychiatrę

Poza sądem, bo u Rzecznika Praw Pacjenta, toczył się wątek psychiatry, którego dzieci w maju 2016 roku wezwały na domową wizytę do Czesławy. Przypomnijmy, że pani psychiatra najpierw odwiedziła Czesię w jej kuchni, a po pięciu dniach „zaocznie” wydała synowi zaświadczenie o konieczności leczenia kobiety w szpitalu. Rzecznika Praw Pacjenta o sprawie poinformowała siostra Czesławy. Ta sama, która przez jej dzieci jest postrzegana jako „główna mącicielka”.

- Można powiedzieć, że jątrzę, ale dlatego, że nie pozwolę skrzywdzić Czesi

- mówi jej siostra.

Rzecznik Praw Pacjenta najpierw sprawę umorzył. Potem, po kolejnym piśmie siostry Czesławy, wznowił postępowanie. I mocno skrytykował postawę pani psychiatry. Rzecznik wytknął, że pani doktor naruszyła prawo Czesi do świadczeń zdrowotnych i poszanowania jej intymności, a do swoich obowiązków lekarskich i etyki zawodowej podeszła w sposób lekceważący. Bo zbadała kobietę w obecności skonfliktowanych z nią dzieci. Potem, po pięciu dniach, bazując jedynie na oświadczeniu syna, że matka nie bierze leków, wydała zaświadczenia o potrzebie jej umieszczenia w szpitalu psychiatrycznym.

- Lekarz na podstawie jednej wizyty, mającej trwać kilkanaście minut, postawił diagnozę o przewlekłych i nasilających się urojeniach oraz agresji. Ale może to być ocenione tylko podczas kilku obserwacji na przestrzeni czasu. Można mniemać, że badanie przeprowadzono tylko pod kątem konieczności umieszczenia pacjentki w szpitalu, a nie w celu oceny stanu jej zdrowia - napisał Rzecznik Praw Pacjenta i nakazał lekarce uczestnictwo w kursie doszkalającym z zakresu praw pacjenta oraz ustawy o ochronie zdrowia psychicznego.

Pani psychiatra pracuje w kilku prywatnych gabinetach. Ze stanowiskiem rzecznika się nie zgadza. Czuje się niesprawiedliwie oceniona.

Mówi, że izba lekarska w Poznaniu nie dopatrzyła się błędów w jej działaniach. Jest pewna swojej diagnozy, ale więcej na takie wizyty domowe się nie zdecyduje. Jej zdaniem odbije się to na pacjentach, którzy nie zawsze potrafią sami znaleźć niezbędną pomoc. Dzieci Czesławy zapamiętała jako zatroskane o zdrowie matki.
- Sprawy nie chcę komentować. Jest dla mnie smutna. Aż chce się zapłakać - mówi nam pani doktor.

Czas na ubezwłasnowolnienie

Czesia od pewnego czasu sama jeździ do psychologów i psychiatrów.

- Zaczęłam sprawdzać, czy jestem zdrowa na umyśle.

Psychiatra, pan profesor z Poznania, po drugiej wizycie skomentował, że dzieciom chodzi o hektary, a nie o moje zdrowie

- relacjonuje kobieta.

Leczący ją znany profesor nie stwierdził u niej zaburzeń psychotycznych, ale kłopoty z adaptacją i depresją. Podobne zdanie wyraził biegły powołany przez sąd w Środzie Wlkp. w sprawie o przymusowe leczenie. W marcu 2017 roku biegły psychiatra w swojej opinii dla sądu wskazał, że Czesława nie ma urojeń, omamów, patologicznych zmian nastroju, jest w stanie funkcjonować samodzielnie, ma epizody depresyjne. Końcowy wniosek:

brak wystarczających podstaw do rozpoznania zaburzeń psychotycznych.

Ta opinia jest teraz kwestionowana przez adw. Sławomira Perdocha, który reprezentuje dzieci Czesławy.
- Opinia biegłego wymaga uzupełnienia. O szczegółach nie będę mówił poza postępowaniem przed sądem w Środzie Wlkp. - mówi adw. Sławomir Perdoch.

Jeszcze przed wydaniem opinii przez biegłego sądowego, dzieci Czesławy wytoczyły jej kolejną sprawę. W styczniu 2017 r. adw. Perdoch w ich imieniu złożył do sądu w Poznaniu wniosek o ubezwłasnowolnienie kobiety.

Scenariusz był podobny, jak przed rokiem. Najpierw do domu Czesławy, na prośbę jej dzieci, przyjechał kolejny psychiatra. Pojawił się 24 stycznia 2017 roku. Kobieta odprawiła go z kwitkiem - odmówiła rozmowy. Psychiatra na ręce jej dzieci złożył zaświadczenie „celem dołączenia do wniosku o ubezwłasnowolnienie”. Napisał, że Czesia odmówiła badania, ale przecież przed rokiem pani psychiatra (ta, która została potem skrytykowana przez Rzecznika Praw Pacjenta) stwierdziła u niej przewlekłe zaburzenia urojeniowe.

„Podejrzewa u siebie białaczkę”

Wniosek o ubezwłasnowolnienie został napisany 25 stycznia 2017 roku - dzień po tym, jak Czesia odmówiła rozmowy z kolejnym psychiatrą wezwanym przez dzieci.

Adwokat Sławomir Perdoch w piśmie do sądu w Poznaniu wskazał, że Czesława wymaga stałej opieki. Również dlatego, że chce sprzedać rodzinną ziemię rzekomo poniżej ceny rynkowej. Ubezwłasnowolnienie jest więc konieczne do zabezpieczenia majątku przed jej nierozważnym działaniem.

Pismo adwokata bardzo zabolało Czesławę. Choć kobieta od dawna ma zdiagnozowaną białaczkę, adw. Perdoch we wniosku do sądu napisał również, że kobieta „podejrzewa u siebie choroby, w tym nowotworowe, a w szczególności białaczkę. Z uwagi na to podejrzenie białaczki, uczestnik postępowania podejmuje działania mające w jego mniemaniu pomóc w leczeniu choroby, polegające na poddawaniu się zabiegom usuwania zębów”.

Dlaczego prawnik napisał, że Czesia podejrzewa u siebie białaczkę, skoro lekarze zdiagnozowali u niej tę chorobę? Dlaczego kwestionuje jej nowotwór?

- Nie pamiętam szczegółów dotyczących uzgodnień z klientami treści tego pisma - mówi adw. Sławomir Perdoch. Potem przesłał do nas mailem zapewnienie, że ani dzieci, ani on nie zaprzeczają, by Czesława cierpiała na białaczkę.

Kolejne pytanie: Dlaczego adwokat Perdoch w imieniu dzieci Czesławy złożył wniosek o jej ubezwłasnowolnienie, nie czekając aż zakończy się pierwsza sprawa, ta o przymusowe leczenie?

-

Dzieci obawiały się, że czekanie na koniec pierwszego procesu będzie miało nieodwracalne skutki w majątku, że mama będzie potem żałowała swoich ruchów.

Jej syn uważa, że działki wystawiane na sprzedaż są więcej warte. Ale to nie oznacza, że sam chciałby na nich zarobić. Chce pozostać rolnikiem i domaga się jedynie zabezpieczenia majątku oraz wyznaczenia nad nim niezależnego nadzorcy - wskazuje adwokat Perdoch.

Prawnik domaga się także od sądu, by doszło do zweryfikowania oferty sprzedaży kawałka pola i lasu. Mecenas dowodzi w piśmie, że sprzedaż może narazić Czesławę na drastyczny spadek poziomu życia oraz utratę dachu nad głową.

Warunek nie do spełnienia

Zupełnie inne przemyślenia ma adw. Anna Garbaj, która jest pełnomocnikiem Czesławy.

- Moja klientka chciała rynkowej ceny za te nieruchomości - zapewnia adw. Anna Garbaj. - Szokuje mnie, że dzieci mojej klientki widząc, że sprawa o przymusowe leczenie idzie nie po ich myśli, złożyły kolejny wniosek. Czyli o jej ubezwłasnowolnienie. Nie czekały na opinię biegłego lekarza w tej pierwszej sprawie. Ciekawe jest również to, że syn twierdzi, że chce pozostać rolnikiem. W sądzie zarzucał jednak matce zbyt niską wycenę lasu. Dowodził, że przecież drzewa można wyciąć i teren podzielić na działki budowlane - podkreśla adw. Anna Garbaj.

Jej zdaniem

w rodzinie jest poważny konflikt, ale to nie oznacza, że Czesława jest chora psychicznie.

- Proszę sobie wyobrazić, jak musi się czuć moja klientka, gdy dzieci chcą z niej zrobić osobę niespełna rozumu. Albo gdy słyszy, jak ich adwokat kwestionuje jej chorobę nowotworową - podkreśla adw. Garbaj.

Podczas prowadzonych postępowań sądowych padł pomysł rozwiązania sporu poprzez mediację. Sugerowali to także lekarze. Do mediacji nie doszło. Powód?

Czesława wraz z dziećmi już wcześniej wybrała się na rodzinną terapię do Poznania. Szybko została przerwana. Kobieta postawiła warunek, że dalsze pojednawcze rozmowy odbędą się, jeśli dzieci wycofają sprawy sądowe. One odrzuciły taką możliwość. Ich zdaniem mama powinna się leczyć. Procesy trwają.

Kilka dni temu Czesławę badał kolejny psychiatra i psycholog. Mają wydać opinię do drugiej sprawy, tej o jej ubezwłasnowolnienie.

* Imiona członków skłóconej rodziny zostały zmienione

Łukasz Cieśla

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.