Ignacy Lisiecki: Nie zapominam o swoich korzeniach - rozmowa z pianistą i dyrygentem

Czytaj dalej
Fot. Kasia Dorocińska
Marek Zaradniak

Ignacy Lisiecki: Nie zapominam o swoich korzeniach - rozmowa z pianistą i dyrygentem

Marek Zaradniak

Z Ignacym Lisieckim, pianistą i dyrygentem, poznaniakiem, działającym w Japonii rozmawiamy o muzyce i jego pasjach.

W piątek wystąpi pan z recitalem w Teatrze Polskim w Poznaniu na gali charytatywnej Tennis Art, z której dochód przeznaczony zostanie na rzecz kierowanej przez profesora Jacka Wachowiaka Kliniki Onkologii, Hematologii i Transplantologii Pediatrycznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Co usłyszymy?
Przede wszystkim będzie Beethoven, Brahms i muzyka polska, a więc Chopin.

Niektóre z tych utworów znajdziemy na właśnie wydanej pana płycie o intrygującym tytule „Swan Songs”. Co decydowało o doborze repertuaru na ten krążek?
Chciałem zmierzyć się z mitem, z któremu w pewnym momencie ulegamy. Słuchając „Requiem” Mozarta myślimy, że to ten wspaniały austriacki kompozytor na łożu śmierci, tworzący ostatnimi siłami genialne dzieło. Nie zawsze obiektywnie oceniamy wartość jakiegoś dzieła muzycznego czy literackiego. Ja wybrałem utwory z ostatnich opusów Brahmsa, Chopina czy Schumanna. Te dzieła podobały mi się od zawsze. Chodziło mi o to, aby przekonać się dlaczego te ostatnie dzieła są tak wyjątkowe.

Tę płytę wydało Sony Music. Ma pan stały kontrakt?
Mogę powiedzieć, że stały, dlatego, że jakakolwiek następna płyta, którą nagram musi być skonsultowana z Sony i Sony ma pierwszeństwo wydania.

Płyta ukazała się na całym świecie?
W Europie. Dostępna jest też w Japonii.

Z Japonii gdzie mieszka pan od lat przyjechał pan do rodzinnego Poznania. Jak pan funkcjonuje w Japonii? Jest pan tam rozpoznawalnym artystą?
Nie mnie to oceniać, ale daję koncerty. Niedawno grałem z Tokyo Philharmony Orchestra. Miałem też ciekawy recital w Sumida Triphony Hall w Tokio. Pochwalę się, że promuję nie tylko muzykę już znaną, czyli Chopina, ale miałem też prawykonanie wrocławskiego kompozytora Pawła Hendricha, który dedykował mi swoją „Gliptopalinomię”.

Dla młodego artysty ważne są konkursy. One są dla niego często szansą na karierę. Jak to było w pana przypadku?
W młodości uczestniczyłem w kilku konkursach. Wtedy bardzo mnie wspierały prof. Halina Czerny-Stefańska i Regina Smendzianka. W Poznaniu ukończyłem Liceum Muzyczne przy ulicy Solnej w klasie prof. Teresy Pisarskiej- Wietrzyńskiej. Studiowałem najpierw w Warszawie u profesora Piotra Palecznego i w Hanowerze. Największy wpływ na moją osobowość miał profesor Lev Natochenny. On diametralnie zmienił mój sposób podejścia do materii i warsztatu.

Fortepian studiował pan w Warszawie i w Hanowerze, a dyrygenturę w Tokio?
Tak u Kena Takasekiego. To pokolenie japońskich muzyków, którzy przecierali szlaki. Dziś japońscy artyści są wszędzie. Można się o tym przekonać choćby w Poznaniu podczas Konkursu Wieniawskiego.

Częściej pan dyryguje czy zasiada przy klawiszach?
Dyrygentura to dla mnie melodia przyszłości. 90 osób w orkiestrze nie jest łatwo zmotywować do pracy. Chcę to robić, ale ponieważ te studia skończyłem niedawno muszę nabrać dystansu.

Jest pan w Japonii i w Europie. Jak pan dzieli czas?
W Polsce bywam co najmniej trzy razy w roku dając koncerty. Staram się nie być emigrantem, który o własnej ojczyźnie zapomina. W ubiegłym roku grałem w Filharmonii Narodowej i w NOSPRZE w Katowicach. Teraz przyjechałem na galę do Poznania. Bardzo się cieszę, bo w tak pięknym miejscu w Poznaniu jak Teatr Polski jeszcze nie grałem.

Rozmawiamy o muzyce. A zainteresowania poza muzyczne?
Uwielbiam kuchnię. Lubię chodzić do dobrych restauracji w Japonii. Ostatnio wyszukuję najlepsze włoskie restauracje w Tokio. Japończycy często jeżdżą do Włoch uczyć się gotować i dopiero gdy czują się przygotowani, otwierają restaurację w Japonii. Nigdy nie natrafiłem w Japonii na złą restaurację włoską. Moją pasją jest też historia, a szczególnie okres lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Lubię genialne kroniki Antoniego Słonimskiego. Gdy się je czyta przekonuję się, że polskie społeczeństwo niewiele się zmieniło...

Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.