Halina Łabonarska: Lubię usiąść na szczycie góry z różańcem

Czytaj dalej
Fot. Jacek Dominski/REPORTER
Marek Zaradniak

Halina Łabonarska: Lubię usiąść na szczycie góry z różańcem

Marek Zaradniak

Halina Łabonarska jest dzisiaj jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorek filmowych i teatralnych. Choć od lat mieszka i działa w Warszawie, to jednak ogromną rolę w jej życiu odegrała Wielkopolska. Kalisz, gdzie po studiach występowała w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego i Poznań, gdzie grała w Teatrze Nowym. Opowiada nam m.in. o swoich poznańskich latach.

Kilka dni temu słuchaliśmy Pani w farze poznańskiej czytającej Hymny Maryjne Romana Brandstaettera podczas kolejnej prezentacji Verba Sacra. Przyjechała Pani do Poznania - miasta, w którym spędziła Pani kilka lat życia. Pamiętamy Panią ze znakomitych kreacji stworzonych w Teatrze Nowym jak Hester w „Dzień dobry i do widzenia” jako Spike w „Onych” Witkacego czy z „Opery za trzy grosze”, gdzie kreowała pani Polly. Jaki był wtedy Poznań?

Zawsze był po prostu piękny. Ja zakochałam się w Poznaniu na początku lat 70. Wszystkie moje ważne wydarzenia z tamtych lat ściśle wiążą się właśnie z Poznaniem i z Teatrem Nowym. Jednocześnie jest to czas, w którym urodził się mój syn pierworodny Wawrzyniec i tam zaczęło się życie rodzinne. A jeśli chodzi o role, to naprawdę były to wspaniałe cztery lata i koledzy, których potem spotykałam i spotykam w Warszawie. Dla mnie jest to coś niezwykłego i zawsze z sentymentem wracam do Poznania jako do mojego miasta, w którym rodziły się wszystkie najwspanialsze pomysły.

Miała Pani, a może ma do dziś ulubione miejsca w Poznaniu?

Mieszkałam na Boninie. Tam spacerowałam z moim synkiem, który dziś jest już bardzo dorosłym człowiekiem. To było wymarzone miejsce do spacerów. Poznań był wtedy fantastyczny. A potem oczywiście wędrówki do teatru na ulicy Dąbrowskiego, Stare Miasto, wyprawy nieustanne pod pomnik Mickiewicza. To miejsca takie szczególne dla mnie.

Wspomniała Pani, że Wawrzyniec jest teraz dorosłym człowiekiem. Przyjechała Pani po sukcesie, jaki odniosła, grając w „Wizycie starszej pani”, którą reżyserował Pani syn Wawrzyniec Kostrzewski. Jak się gra w sztuce, którą reżyseruje i adaptuje syn?

Myślę, że jest to bardzo ciekawa praca i w ogóle nie mamy poczucia, że łączą nas więzy pokrewieństwa. To znaczy on jest dla mnie reżyserem, a ja dla niego jestem aktorką. Myślę, że mamy do siebie wzajemnie zaufanie, jako że wiele razy wcześniej rozmawialiśmy na temat sztuki, teatru, na tematy moralności w teatrze, na tematy ekspresji i metafory, która jest w teatrze. Więc wzajemnie czerpaliśmy z tych samych dobrych źródeł. Natomiast myślę, że Wa-wrzyniec korzystał też z moich uwag i przez całe lata przyglądał się aktorstwu, towarzysząc mi w teatrach Dramatycznym, Polskim, Na Woli, oglądając bardzo dobrych aktorów. W ten sposób uczył się może trochę wtedy jeszcze nieświadomie, ale uważam to za jedno ze światełek i myślę, że jego widzenie teatru jest mi bliskie. Cieszę się, że tacy reżyserzy jak Wawrzyniec pojawili się w teatrze. To szansa dla teatru, aby tacy ludzie się rodzili i proponowali taki teatr, a „Wizyta Starszej Pani” to rzecz odkrywcza, tak jeszcze nikt jej nie pokazywał.

Ma Pani trzech synów. Czy dwaj pozostali też mają zawody artystyczne?

Mój drugi syn, średni Piotr, który nosi moje nazwisko rodowe, ukończył psychologię, ale komponuje muzykę. Tworzy muzykę do spektakli, współpracując z Waw-rzyńcem, choć nie tylko. Ta muzyka jest interesująca. To też było dla nas ogromne zaskoczenie, ale Piotr twierdzi, że talenty są rozłożone w sposób, który się nie planuje i tak się właśnie stało. A najmłodszy syn Tomek jeszcze studiuje polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Myślę, że w przyszłości też będzie kontynuował tradycję humanistyczną.

Miała Pani tradycje artystyczne w rodzinie? Jaka była Pani rodzina?

Nie. Żadnych tradycji nie było. Moi przodkowie pochodzą z Kresów. Gdyby mieli taką szansę, aby zaistnieć artystycznie, to by z niej skorzystali, ale ci, którzy byli wysiedleni ze swoich domów, majątków, wiedli niełatwy żywot. Była komuna. Nie mieli szans.

Ale Pani Wielkopolska to nie tylko Poznań, bo zaraz po studiach trafiła Pani do Kalisza.

Ja po prostu zdecydowałam się na to, bo tam była grupa moich kolegów z roku studiów. Zdecydowałam się na tę przygodę. Przygodę, bo pójście na prowincję jeszcze wtedy nie znaczyło końca życia, tylko raczej jego początek. Teraz pewnie byłoby to ryzykowne dla mnie. Natomiast wtedy było to odważne, ale i bezcenne, bo przez te trzy lata spotkałam znakomitych aktorów, grałam znakomite spektakle. Były to też festiwale, nagrody. Potem ta grupa przeszła do Poznania i kontynuowała dobrą passę również ze znakomitymi reżyserami i świetnymi spektaklami.

Niedawno zagrała też Pani w filmie „Smoleńsk”. Czym był dla Pani udział w tym filmie?

To był dla mnie obowiązek patriotyczny. Wiedziałam, że jeżeli Antoni Krauze mi zaproponuje udział w tym filmie, jakąkolwiek rolę, to ja to przyjmę i tak się właśnie stało. Był to pewien gest solidarności z tymi, którzy szukają prawdy. Poza tym wiedziałam, że jest ogromnie ważne, aby znaleźć się tam wśród ludzi, którym nie jest obojętny los Polski i to, co się dzieje w kraju. I dlatego spotkania z Antonim Krauze, nie pierwsze zresztą, bo spotkaliśmy się już w Kinie Moralnego Niepokoju przy pracy w filmie „Podróż do Arabii” i ten sentyment pozostał. A po latach spotkaliśmy się znów przy filmie „Smoleńsk” i spotkałam tam tych, którzy z własnej woli, nieprzymuszeni chcieli wziąć udział w filmie. A była to bardzo duża grupa aktorów z różnych miast Polski. Byłam szczęśliwa, że jestem razem z nimi.

Ale film nie przyczynił się do przełamania podziałów pomiędzy Polakami w tej sprawie.

Podziały są bardzo silne. Wynikają one z wizji Polski. Tego, jaka ona będzie w najbliższej przyszłości. Wierzę, że nadejdzie dzień, w którym Polacy zjednoczą się, pamiętając o naszej historii i tradycji chrześcijańskiej.

Jak to, że jest Pani osobą wierzącą i manifestującą swoją wiarę, przyjmuje środowisko artystyczne?

Po prostu przestało mnie to w pewnym momencie interesować. Kiedyś atakowano mnie za współpracę z Radiem Maryja i to dosyć agresywnie. Ale to wszystko przeszłam. To są etapy, które trzeba było przetrzymać. W tej chwili, jak pan widzi, gram i to dużo, i to jest chyba dla aktorki najcenniejsze.

Jakie są Pani artystyczne plany?

Po „Wizycie starszej pani” marzyłam, aby jakiś czas odpocząć i zająć się czytaniem odłożonych, przygotowanych książek. Niczego nie planuję. Mam przecież sporo wyjazdów. Prezentuję widzom w wielu miastach Polski fantastyczną poezję, jak na przykład tę Romana Brand-staettera. Wracam do niej nieustannie.

Scena i film nie wypełniają chyba do końca Pani życia. Jakie ma Pani hobby?

Moim hobby przez lata były wędrówki, wspinanie się po górach i modlenie się tam. Lubię usiąść na szczycie góry z różańcem i modlić się. Wędrowałam i prowadzałam moich małych, a potem większych synów. Przez lata organizowałam wyprawy i wyjazdy w góry. W ostatnich latach jakoś nie możemy się wspólnie zgrać, ale myślę, że to moje hobby też im zaszczepiłam i oni też są w górach zakochani. A jednocześnie książki. Lubię czytać „Żywoty Świętych” i żywoty różnych, wspaniałych osób. Ostatnio rozczytuję się w książkach historycznych Elżbiety Cherezińskiej.

Wydawanej notabene w Poznaniu...

Tak. Przez wydawnictwo Zysk i Ska.

Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.