Gwiezdne wojny o PRL-owskie figurki z gumy

Czytaj dalej
Fot. archiwum
Adam Willma

Gwiezdne wojny o PRL-owskie figurki z gumy

Adam Willma

Najbardziej rozchwytywany polski przedmiot na światowym rynku kolekcjonerskim to PRL-owskie figurki postaci z „Gwiezdnych wojen”. Były z gumy albo wanienki dla niemowląt. Rozmowa z Jakubem Burzyńskim, kontratenorem i kolekcjonerem o fenomenie Gwiezdnych Wojen w PRL.

- Znajomi wiedzą?
- Wiedzą. Do niedawna traktowali tę wiedzę z przymrużeniem oka. Obecnie trochę się wkręcili. Jeden przypomina mi regularnie, żebym mu zapisał kolekcję w testamencie. Razem z instrukcją, komu, co i za ile sprzedać.

- Poważny człowiek w artystycznych kontekstach - barokowe opery, kantaty, oratoria. Gdzie tu miejsce na pop kulturę “Gwiezdnych wojen”?
- W sentymencie zaszczepionym skutecznie w dzieciństwie. I chyba w psychologii rozwojowej. W czasie największego skupienia na ideałach i poważnego podejścia do życia, faktycznie, oddalałem od siebie tę słabość do tematu Star Wars. Powstanie epizodów I-III (1999-2005) miało tu pewien udział, to bardzo słabe filmy kategorii kina familijnego. Ale zaraz po tym burzliwym czasie sentyment powrócił.

- PRL-owskie figurki? Z dzisiejszego punktu widzenia to karykatura Star Wars.
- O ile wśród polskich podróbek spotkać możemy najkoszmarniejsze zabawki spod znaku Gwiezdnych Wojen stworzone ludzką ręką, to jest też spora liczba figurek pięknych, udanych i naprawdę dobrej jakości. Na tym polega kolekcjonerstwo. Na dostrzeżeniu piękna tam, gdzie inni widzą co najwyżej ułomność. To były jedyne figurki, jakimi mogło się bawić polskie dziecko w latach 80. Oryginalne filmy były obecne w polskich kinach (premiery 1979, 1983, 1985 - niedługo po światowych), ale towarzyszącego im kolosalnego przemysłu zabawkarskiego firmy Kenner już nie uświadczyliśmy. Pojedyncze figurki przedostawały się zza żelaznej kurtyny tylko jako trofea przywiezione z Zachodu, kupione za twardą walutę. W sklepach zabawkowych królowały zaś przystępne cenowo, za to fatalnej jakości polskie podróbki. Płakaliśmy, ale płaciliśmy i bawiliśmy się nieruchomymi srebrnymi szturmowcami czy różową księżniczką Leią albo ruchomymi wersjami, którym odpadały kończyny natychmiast po wyjęciu z opakowania... Związek emocjonalny z tymi gumowymi artefaktami pozostaje więc bardzo silny, a dziś dodatkowo wzmacnia go sukces, jaki nasze ówczesne podróbki osiągają wśród zagranicznych kolekcjonerów.

- W jakich okolicznościach doszło do pana, że sentymentalne gadżety z PRL są obiektem pożądania kolekcjonerów z całego świata?
- W momencie, gdy postanowiłem wymienić resztę mojej kolekcji z dzieciństwa na fanty z Zachodu (2007). Z początku chciałem pozyskać choć kilka figurek oryginalnych, o których w dzieciństwie tylko marzyłem (no dobrze, dzięki podwór kowemu handlowi wymiennemu miałem trzy z nich już w latach 80). Zacząłem pogłębiać wiedzę o tej właśnie serii, szukać ich na portalach aukcyjnych i wtedy trafiałem również na aukcje polskich figurek. Pomyślałem, że dokonam transakcji życia i przekazałem swoje polskie podróbki kolekcjonerowi z Kanady. Oprócz gotówki wynegocjowałem dziesięć figurek Kennera. Byłem szczęśliwy, ale zaraz po wysłaniu swoich figurek pożałowałem tej decyzji. Z kolekcjonerem tym przyjaźnimy się do dziś, wspominając często tamten moment.

- Skąd Vader i kompania trafiali na półki PRL-owskich sklepów?
- To były wyłącznie prywatne produkcje, ale w świetle ówczesnych przepisów, wytwórcy musieli być zrzeszeni w spółdzielniach rzemieślniczych. Dziś zdumiewa fachowość, z jaką tworzyli na przykład formy do odlewów figurek. Bez pomocy inżynierów chyba się nie obyło. Znamy tylko trzy lokalizacje tych firm: Gdańsk/Gdynia, Łódź i okolice Warszawy. Pięć innych serii wciąż czeka na odkrycie ich producentów. Nie wiemy nic o twórcach najważniejszej wówczas serii - taniej i licznej - nieruchomych gumowych figurek sprzedawanych luzem. To one miały najwięcej wariantów kolorystycznych, tak dziś poszukiwanych. Problemy techniczne były na porządku dziennym każdej działalności w późnym PRL. Choćby kłopoty z materiałem. Kolor figurek wynikał bardzo często z towaru, jakim dysponowali producenci danego dnia. Stąd mamy zielonych ludzi pustyni, niebieskiego Obi-Wana czy czerwonego Luke’a. Inna rzecz, to czy oni w ogóle widzieli oryginalne filmy. Nonszalancja, z jaką malowali szczegóły postaci lub właśnie przydzielali im kolor tworzywa, wskazuje, że nie tylko filmów, ale i oryginalnych figurek Kennera, z których inżynier zrobił im formy odlewnicze - w ręku nie mieli. Zapotrzebowanie rynku było zaś nieograniczone, można było produkować cokolwiek i jakkolwiek, byle dzieciaki rozpoznały jeszcze konotację zabawki z ich ulubionym filmem. Jedna z firm podobno odlewała swe figurki na trzy zmiany, a z braku materiału przetapiali wanienki dziecięce. W przypadku najważniejszej serii ruchomych figurek dwudziestu korpusom przydzielono tylko trzy rodzaje rąk i nóg, wziętych z oryginałów...

- Cała przaśność PRL-u. Co sprawiło, że ten polski bieda-Skywalker wpadł w oko kolekcjonerom na Zachodzie?
- Światowy rynek kolekcjonerski tzw. bootlegów to potężna machina, złakniona wszelkich zdobyczy. Im bardziej egzotyczna, rzadka, nietypowa, dziwna -tym lepsza. Polskie figurki są marzeniem kolekcjonera z Zachodu: sporo postaci, setki wariantów, kilka serii, pochodzenie z lat 80. oraz z kraju na końcu świata, za żelazną kurtyną. W tym czasie powstało pięć głównych ośrodków produkcji podróbek na świecie. Brazylia, Meksyk, Turcja, Węgry i Polska. Być w tym gronie to zaszczyt.


Zobacz także wideo: Zwiastun filmu o gwiezdnych wojnach w PRL, w którym występuje Jakub Burzyński

- Zapewne wiele takich figurek dożywa swoich dni w piwnicach i na strychach?
- W latach 80. wyprodukowano dziesiątki tysięcy polskich figurek. Większość z nich została po prostu wyrzucona. Reszta tkwi wciąż w domach swych pierwszych właścicieli. Kolekcjonerzy dysponują ułamkiem tego stanu posiadania. Według moich ostrożnych szacunków, znanych jest łącznie mniej niż 5000 sztuk polskich figurek. Niektóre z nich występują tylko w 6, 7, 10, 18 egzemplarzach. To unikaty. Dla porównania - najrzadsze i najcenniejsze dziś figurki firmy Kenner (błędy produkcyjne, krótkie serie wycofane ze sprzedaży, nierozpakowane unikaty) liczą się w dziesiątkach i setkach.

- Gdzie, oprócz Polski, można je dziś oglądać?
- Nie ma mowy o oglądaniu! Prawdziwy kolekcjoner trzyma swoje trofea w zaciemnionych gablotach, chroniąc je przed wpływem złego powietrza i światła. Polskie figurki zbierane są dziś w kilkunastu krajach, głównie w USA, ale i w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Japonii, Hiszpanii, Francji, Niemczech, Danii, Holandii, Meksyku, Brazylii… Istnieją trzy kolekcje na świecie posiadające komplet wzorów produkowanych wówczas w Polsce. Jedna w USA, jedna w Wielkiej Brytanii i... moja!

- Jakich użył pan sposobów, żeby skompletować całość?
- Wszelkich, proszę mi wierzyć. W najbardziej „dzikim” okresie zbierania, który trwał około trzech lat, chwytałem się wszelkich metod poszukiwawczych. Przeczesywałem internet, rozpuszczałem wici po ludziach, tkwiłem non stop na portalach aukcyjnych, publikowałem ogłoszenia na forach, niekiedy tak egzotycznych, jak forum miłośników Atari… W tym czasie realnie co trzecia istniejąca dziś figurka przeszła przez moje ręce. Pozyskiwanie figurek łączy się nie tylko z twardą rywalizacją czy transakcjami handlowymi. Towarzyszą temu wielkie emocje, i to po obu stronach. Nigdy nie zapomnę uczucia rozpakowywania paczki z pierwszą poważniejszą kolekcją rzadkich figurek, którą nabyłem oraz przejmowania od właściciela pudełka z figurkami, które czyniły moją kolekcję kompletną. Do dziś przechowuję również pewien list od właściciela innej kolekcji, w którym pisze on - odręcznie! - jak bardzo jest mi wdzięczny, gdyż za otrzymane pieniądze mógł sobie kupić ślubny garnitur...

- Co jest Złotym Graalem dla kolekcjonera polskich Star Wars?
- Każda nieznana dotąd wersja kolorystyczna jakiejś figurki lub każda figurka w oryginalnym opakowaniu. Marzą nam się odkrycia form odlewniczych czy też choćby informacji o producentach niektórych serii (zwłaszcza nieruchomej). Świat dałby wiele za egzemplarz broni księżniczki Lei lub człowieka pustyni z najstarszej ruchomej serii, każda figurka z tej serii w oryginalnym opakowaniu (woreczek z przypiętym kartonikiem) byłaby sensacją! Jedna z ruchomych figurek, sprzedawana na zgrabnej karcie podobnej do amerykańskich, znana jest dziś tylko z jednego kompletnego egzemplarza w opakowaniu. Każdy rok przynosi wciąż niesamowite odkrycia. Na przykład niebieski, nieruchomy Vader wypłynął dopiero w 2012 roku. A w 2010 okazało się, ze istnieje jeszcze jedna postać produkowana w Polsce w latach 80., robot torturujący 8D8, znamy dziś jej sześć egzemplarzy. 35 lat po czasach powstania!

- Która figurka zajmuje honorowe miejsce w pana kolekcji?
- Na pewno wszystkie te, które istnieją tylko w jednym egzemplarzu. Mam kilka takich unikatów. Poza tym, jak każdy kolekcjoner, mam pewne upodobania do postaci, tzw. focusy. Na honorowym miejscu stoją więc strażnicy gamorreańscy (jedna z trzech najliczniejszych kolekcji na świecie) oraz nieruchomi ludzie pustyni (jedyny taki zestaw). Do niedawna byłem również posiadaczem jedynego białego snowtroopera z serii wspomnianej powyżej w kontekście Graala. W tym roku wypłynął jednak kolejny egzemplarz, co zrobić...

- Owocem tej pasji będzie niebawem książka. Skąd ten pomysł?
- W pewnym momencie człowieka coś rozsadza. Lata doświadczeń, nagromadzona wiedza, potrzeba podsumowania i katalogowania. Jestem człowiekiem dążącym do realizacji celów. Cel zgromadzenia kompletnej kolekcji został osiągnięty już w 2011 roku, od tego momentu nabywanie nowych trofeów znacznie wyhamowało. Zakiełkowała za to myśl o podzieleniu się ze światem radością z faktu istnienia polskiego wkładu w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Pisywałem podsumowujące posty na forach, założyłem stronę starwarsaw.com, powstał nawet profil na instagramie dedykowany moim figurkom. Ale to nie to samo, co uczciwa, metodycznie wartościowa drukowana pozycja książkowa. Tu do głosu doszły moje cechy nabyte w świecie „normalnym” - z wykształcenia jestem przecież teoretykiem muzyki. Powstał więc kolejny cel czy też wyzwanie - zmierzyć się z pierwszym na świecie podsumowaniem współczesnej wiedzy na temat polskich podróbek Star Wars. Proces zbierania dokumentacji, robienia i obrabiania zdjęć, pisania tekstów, trwał dwa lata. Książka powstaje od razu na rynek międzynarodowy, więc teksty są w języku angielskim. Założyłem kampanię crowdfundingową na portalu Indiegogo i zadeklarowany cel finansowy został tam osiągnięty w ciągu pierwszych... 31 godzin! Taki jest odzew świata kolekcjonerskiego na tę inicjatywę. Wiatr w żagle.

- Czego w książce nie znajdziemy? Co jest przedmiotem Pana obecnych poszukiwań?
- Szukam informacji kto i gdzie produkował polskie nieruchome (!) figurki Star Wars, czy był to jeden wytwórca czy kilku z różnych miast, czy zachowały się gdzieś formy do odlewania tych figurek. Poszukuję oryginalnych opakowań ruchomych figurek w woreczkach foliowych (Księżniczka Leia, Obi-Wan, Człowiek Pustyni, Han Solo, Yoda, Kierowca AT-AT, Strażnik Gamorreański, Ree-Yees). Usiłuję znaleźć kontakt z pracownikami firm produkujących polskie gumowe figurki Star Wars w latach 80tych, m.in. Spółdzielni „Wytwórczość Różna” z Łodzi. Szukam też oryginalnych zdjęć z lat 80., na których są polskie figurki Star Wars: np. w sklepach z zabawkami, kioskach Ruch-u czy prywatnych mieszkaniach. Wciąż rozglądam się za ciekawymi wariantami kolorystycznymi i wszelkimi figurek w oryginalnych opakowaniach do zamieszczenia w książce. Zostało jeszcze kilka tygodni do oddania książki do druku - jeżeli pojawią się nowe fakty i informacje, na pewno je tam zamieszczę.

- Muzyki jednak pan dla kolekcjonerstwa nie porzuca. Ale może któraś z pana arii znajdzie się w którejś z kolejnych odsłon cyklu?
- [śmiech] Niedawno wykorzystano w ten sposób moje nagranie w nagrodzonym w Cannes francuskim filmie o trudnej młodzieży, więc wszystko jest możliwe. Ale muzycznym światem Gwiezdnych Wojen niepodzielnie rządzi John Williams, więc nadziei specjalnych nie mam. Za to chodzą mi po głowie nowe cele, na przykład jakiś kanał na Youtube z udziałem polskich figurek, tam można by pomyśleć o teledyskach z ich udziałem, do arii barokowych na przykład...

Zobacz także wideo: Jakub Burzyński jako kontratenor



Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Głosu Wielkopolskiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Głosu Wielkopolskiego
  • codzienne e-wydanie Głosu Wielkopolskiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Adam Willma

Żyjący w coraz mniej oczywistym świecie ze stałym uczuciem deja vu. Nałogowy słuchacz ludzkich historii i muzyki sprzed trzech stuleci.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.