Grzyby, moja miłość. Nigdy nie wracam z pustymi rękami

Czytaj dalej
Fot. fot. Mariusz Kapała
Katarzyna Puczyńska

Grzyby, moja miłość. Nigdy nie wracam z pustymi rękami

Katarzyna Puczyńska

Wychodzą z domów jeszcze przed świtem. Nawet pogoda ich nie odstraszy. Jak jest deszczowo, to nawet się cieszą. Chodzą po lasach, mają swoje ulubione miejsca, zaglądają to tu, to tam. Pochyleni, wpatrzeni w ziemię. Jest! I już grzyb ląduje w koszyku. O grzybach nawet śnią po nocach. Teraz grzybiarze mają swój sezon. Żniwa. Ale to nie praca, lecz pasja i odpoczynek. Kto nie zbierał, ten tego nie zrozumie.

Chodziłam na grzyby już w młodości, do lasów niedaleko Szastarki. Trochę dlatego, że dawniej nie było w wakacje ciekawych zajęć czy możliwości wyjazdów dla dzieci, ale głównie był to dla mnie sposób na zarobienie trochę pieniędzy - mówi pani Gienia, mieszkanka Zakrzówka. - Handlarze przychodzili do naszego domu i odkupowali ode mnie grzybki, a ja za to kupowałam sobie ubrania czy książki do szkoły. Gdy dorosłam, nadal uwielbiałam chodzić po lesie i zbierać grzyby. Pasja grzybobrania została we mnie już na całe życie.

Nigdy nie wracam z pustymi rękami

Pani Gienia, kobieta niespełna siedemdziesięcioletnia, na emeryturze, najbardziej lubi być w lesie sama. Cieszy się ciszą i przyrodą. Jak zdrowie pozwala, to po lesie chodzi nawet trzy-cztery godziny, wypatrując borowików, maślaków czy kani. Ale rusza dopiero o godz. 10-11, by nie napotykać ludzi. Wtedy większość grzybiarzy dawno już jest w swoich domach. A ona i tak swoje uzbiera, wypatrzy jeszcze wiele grzybów.

Grzyby, moja miłość. Nigdy nie wracam z pustymi rękami
Polska Press/archiwum

- Zawsze coś znajdę. Nigdy nie wracam z pustymi rękami, nawet jeśli inni twierdzą, że w lasach jest mało grzybów, to ja i tak coś wypatrzę - śmieje się pani Gienia i opowiada jak pewnego razu ilość zebranych prawdziwków, kurek i innych okazów przerosła jej możliwości i musiała dzwonić po męża po pomoc w ich przyniesieniu.

- Wyruszyłam do lasu z małym wiklinowym koszykiem, który się zapełnił. Miałam ze sobą siatkę, a że grzyby były tak piękne i było ich tak dużo, to zebrałam je jeszcze do siatki. Jednak i to nie wystarczyło. Zdjęłam więc swoją koszulę, taką rozpinaną, męską i związałam rękawy. W ten tobołek też nazbierałam dużo grzybów. Ostatecznie było ich aż tyle, że nie mogłam unieść. Dobrze, że są telefony komórkowe i mogłam zadzwonić po męża, by po mnie przyjechał, bo nie wiem, jakbym sobie poradziła - śmieje się grzybiarka.

Pani Gienia grzybki suszy na słońcu, by nabrały jeszcze więcej smaku i wartości, a później w suszarce lub piekarniku. Obdarowuje nimi swoich znajomych. - Mam dom z małym ogródkiem i nie mogę sobie pozwolić na posadzenie wielu krzewów owocowych. Ale znalazłam na to sposób. Przygotowuję dla znajomego słoiczek suszonych grzybków, a on daje mi np. maliny. I każdy jest zadowolony. W końcu i tak mam więcej grzybów, niż mogę zjeść.

Grzyby, moja miłość. Nigdy nie wracam z pustymi rękami
fot. Mariusz Kapała

Z grzybów przygotowuje także wiele potraw.

- Zupa grzybowa, paszteciki, krokiety, a na święta Bożego Narodzenia obowiązkowo robię uszka z grzybami. Zwykle lepię nawet ze 200 sztuk, bo cała rodzina mnie o to prosi - mówi pani Gienia. - Kocham grzyby. Po dniu w lesie, śnią mi się w nocy - dodaje.

Kultura grzybobrania

Suszenie grzybów na święta to także obowiązkowy zwyczaj w domu pana Andrzeja, mieszkańca pow. kraśnickiego.

- Zawsze dbamy o to, by w naszym domu nie zabrakło suszonych grzybów. Zbieramy je wspólnie z żoną już od ponad 40 lat. Nasze dzieci i wnuki bardzo lubią uszka na wigilię. Ja jestem wielkim amatorem kapusty z grzybami - mówi pan Andrzej.

Na grzybobranie wychodzi z żoną z samego rana, zazwyczaj w sobotę. Zabiera dwa koszyki wiklinowe, dwa nożyki oraz nakrycia głowy. O tym, które grzyby są jadalne, jak należy je zbierać i na czym polega kultura grzybobrania, pan Andrzej nauczył się już w młodości.

- Zbieramy tylko takie grzyby, których jesteśmy pewni. Bardzo jest ważne, choć nie wszyscy o tym wiedzą, żeby nie niszczyć grzybni, bo inaczej w tym miejscu grzybów zarówno my, jak i inni, nie znajdziemy już więcej. Jedni wycinają je nożykiem tuż przy ziemi, ja osobiście wolę je delikatnie wykręcać z grzybni - mówi.

Pan Andrzej chodzi z żoną na grzyby od lat w to samo, ulubione miejsce. Ale kiedyś, z kilkanaście lat temu, dla odmiany, wybrali się do mało znanego im lasu, w okolicy Mazanowa.

- Zaparkowaliśmy samochód na skraju i wyruszyliśmy na grzyby. Po jakimś czasie postanowiliśmy wrócić i iść za głosem pojazdów, które jak myśleliśmy, dobiegają z szosy. Jak się okazało, były to odgłosy z drogi, ale po drugiej stronie lasu. Musieliśmy wrócić autobusem - śmieje się pan Andrzej.

Złodziej w lesie

Mało przyjemne doświadczenie podczas grzybobrania miała pani Agnieszka z Kraśnika.

- Wyszłam na grzyby jak zwykle, w swoje znane miejsce. Postawiłam koszyk, by przejść na bok i zebrać grzyby w miejscu zarośniętym krzakami. Gdy wróciłam, koszyka już nie było. Nie chodzi o zebrane już grzyby, najgorsze jest to, że to był bardzo ważny dla mnie koszyk, podarowany mi przez bliską osobę. Miał mi przynosić szczęście - podkreśla pani Agnieszka, która na grzyby chodziła ze swoim tatą i siostrą już od najmłodszych lat. Zawsze rano, jeszcze przed świtem i zawsze w swoje wypatrzone miejsca.

- Mamy taką zasadę, że nie zdradzamy, gdzie chodzimy na grzyby. To dla nas ważne - podkreśla pani Agnieszka.

Mąż i mama pani Agnieszki przygotowują z zebranych grzybów przetwory, które wspólnie wystawiają na aukcjach charytatywnych, na których zbierane są pieniądze na chore dzieci.

- Bardzo lubię dzielić się grzybami, a grzybobranie to dla mnie najlepszy odpoczynek - dodaje.

Katarzyna Puczyńska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.