Witold Głowacki

Generał Michał Janiszewski. Przyboczny Jaruzelskiego zagubiony przez IPN

Generał Michał Janiszewski wymyślił zarówno samą Wojskową Radę Ocalenia Narodowego, jak i jej nazwę Fot. Archiwum Polska Press Generał Michał Janiszewski wymyślił zarówno samą Wojskową Radę Ocalenia Narodowego, jak i jej nazwę
Witold Głowacki

Robił karierę pod czujnym okiem Wojciecha Jaruzelskiego. Od 1968 do 1990 roku przez cały czas był szefem jego gabinetu - niezależnie od tego, jaką funkcję - szefa MON, premiera, I sekretarza czy prezydenta - Jaruzelski akurat pełnił. Oto generał Michał Janiszewski

Generał Michał Janiszewski należy do najbardziej zapomnianych postaci ze szczytów władzy ostatniego okresu PRL, choć odegrał ważną rolę nawet w samym procesie transformacji ustrojowej w latach 1989-1990. Gdy w grudniu 1990 roku Wojciech Jaruzelski oddawał władzę nowo wybranemu prezydentowi Lechowi Wałęsie, to właśnie on przekazywał klucze do Kancelarii Prezydenta swemu następcy w roli jej szefa - Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kaczyński „odziedziczył” po Janiszewskim słynną między innymi z serii „Ucho Prezesa” sekretarkę (dziś szefową biura PiS) Barbarę Skrzypek. Z kolei dawny osobisty służbowy kierowca Janiszewskiego, Kazimierz Bartosik, powrócił w III RP w roli „pana Kazia”, wożącego Antoniego Macierewicza jako szefa MON.

Ostatnio o Michale Janiszewskim przypomniał nam Robert Zieliński z TVN24, który ujawnił, że przed ponad dekadą prokuratorzy IPN z niewyjaśnionych do dzisiaj przyczyn uznali generała za zmarłego, w związku z czym nigdy nie stanął on przed sądem w procesie członków WRON ani nie był w żaden inny sposób niepokojony przez wymiar sprawiedliwości.

Co fascynujące, w 2008 roku podczas procesu członków WRON o tym, że generał Janiszewski nadal żyje, mówił otwarcie przed sądem główny oskarżony - generał Wojciech Jaruzelski, który zresztą nie krył zdumienia faktem uśmiercenia go przez prokuratorów IPN. O dziwo, nie było żadnej reakcji - ani ze strony składu sędziowskiego, ani ze strony oskarżycieli (pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej). Trudno powiedzieć, czy mógł to być pośredni skutek strategii obrony przyjętej przez Jaruzelskiego - były I sekretarz odczytywał mianowicie podczas kilku kolejnych rozpraw kolejne części swego gargantuicznego oświadczenia - spisanego wcześniej na ponad 300 stronach maszynopisu. Z pewnością sprawiało to, że słuchacze wpadali w nieco senny nastrój. Nie zmienia to jednak faktu, że toczyła się sprawa o absolutnie priorytetowym z punktu widzenia IPN znaczeniu - przecież chodziło o osądzenie autorów stanu wojennego, więc odrobina skupienia z pewnością by nie zaszkodziła. W dodatku Jaruzelski w tym samym momencie „odkrył” również „uśmiercenie” kolejnego byłego członka WRON, generała Zbigniewa Nowaka. Tym również nikt się nie przejął.

Nikt również nie przejął się tym, że w 2006 roku całkiem żywy generał Janiszewski wypowiadał się dla „Tygodnika Powszechnego” w - arcyciekawym skądinąd - materiale o losach byłych członków WRON w III RP.

Owszem, prokuratorzy IPN mieli w ręku zaświadczenie lekarskie o złym stanie zdrowia Janiszewskiego - generał przeszedł rozległy wylew. Później jednak częściowo doszedł do siebie - zmarł dopiero w 2016 roku w wieku 90 lat.

Ostatecznie więc Michał Janiszewski nigdy nie stanął przed sądem za udział w tworzeniu WRON i wprowadzaniu stanu wojennego. Nigdy też nie miał okazji do złożenia zeznań w tej sprawie. Tymczasem jeśli chodzi o stan wojenny, WRON i wszelkie tajemnice ze szczytów władzy PRL lat 80., to po generałach Jaruzelskim i Kiszczaku właśnie generał dywizji w stanie spoczynku Michał Janiszewski byłby tą osobą, która mogłaby opowiedzieć najwięcej.

Janiszewski naprawdę był jednym z najbliższych współpracowników Jaruzelskiego. Pupil, prawa ręka, przyboczny, momentami szara eminencja - taka była jego rola u boku generała.

Karierę w armii 24-letni Janiszewski rozpoczął w roku 1950 - nie miał więc za sobą „szlaku na Berlin”, co automatycznie spychało go w dół w wojskowej nieformalnej hierarchii. Początkowo służył w wojskach łączności, czego ukoronowaniem było kierowanie Węzłem Łączności MON - co z całą pewnością wymagało autoryzacji w dostępie do największych militarnych tajemnic PRL i całego bloku wschodniego. Za zasługi na tym polu Janiszewski jako podpułkownik trafił do Sztabu Generalnego, gdzie kolejno pełnił kilka funkcji średniego szczebla.

Jaruzelski wypatrzył go tam, kiedy tylko został szefem Sztabu Generalnego - czyli w roku 68. Sam przyszły dyktator PRL objął tę funkcję w wieku zaledwie 42 lat, czyli- jak na standardy Układu Warszawskiego - niemalże młodzieńczym. Jego kolegów z korpusu generalskiego i podwładnych niespecjalnie to jednak dziwiło. Jaruzelski miał status gwiazdora i zarazem prymusa LWP. W 1956 został najmłodszym w całej armii generałem, od tego czasu błyskawicznie piął się po kolejnych szczeblach kariery.

Kiedy więc Jaruzelski obejmował funkcję szefa Sztabu Generalnego, młodszy o zaledwie 3 lata Janiszewski znajdował się w wojskowej hierarchii o kilka pięter niżej - tak, jakby dzieliła ich różnica wieku w skali pokolenia. A jednak Jaruzelski bardzo wysoko cenił Janiszewskiego - wtedy podpułkownika pełniącego istotną organizacyjnie, ale niedecyzyjną funkcję szefa stanowiska dowodzenia w SG. Sprawny, szybki w działaniu i inteligentny Janiszewski spodobał się pedantycznemu i oczekującemu błyskawicznego wykonywania rozkazów Jaruzelskiemu - także był energiczny, sprawny intelektualnie i niezły w zarządzaniu. Potrafił też okazać swemu szefowi należny szacunek - płk Artur Gotówko, szef ochrony Jaruzelskiego raczej nie bez powodu nazywał go ironicznie „poduszkowym” swego szefa. Taka postawa się jednak opłacała - Jaruzelski szybko zrobił z Janiszewskiego zastępcę szefa oddziału planowania ogólnego i pilnował, by jego wojskowa kariera nabierała odpowiedniego tempa przez cały okres swego szefowania Sztabowi Generalnemu.

W 1968 Jaruzelski awansował w rządowej hierarchii - został ministrem obrony narodowej. To był specyficzny moment, jeden z najgorszych w całej historii PRL. Od 1967 w partii i w armii trwała antysemicka nagonka, poprzedzająca studencką rewoltę Marca 1968 roku. Jaruzelskiemu w żaden sposób to nie przeszkadzało. Najpierw gorliwie podpisywał rozkazy wyrzucania z wojska oficerów pochodzenia żydowskiego, potem oferował partii przebranych w cywilne ubrania partyjnych oficerów w roli „aktywu robotniczego” do pałowania studentów. Do dziś nie jest jasne, czy brali oni udział w rozpędzaniu wiecu na Uniwersytecie Warszawskim. Na koniec wreszcie Jaruzelski utworzył specjalne jednostki karne, do których powoływano relegowanych za udział w wydarzeniach Marca 1968 roku studentów. Minister obrony narodowej zadbał, by za szkolenie (czy raczej kierowanie systemem idiotycznych prac w rodzaju sprzątania czy noszenia ciężarów z jednego końca bazy na drugi) odpowiadali w nich najbardziej tępi i złośliwi oficerowie i podoficerowie w całej armii. Osobiście też pilnował, by trafiali tam byli studenci ze wskazanych przez partię list.

Przez cały ten czas u boku Jaruzelskiego (dosłownie) był wierny Janiszewski. To właśnie jego bowiem nowy minister obrony narodowej wybrał na szefa swego gabinetu. Od tego momentu Janiszewski już stale pozostawał najbliższym przybocznym Jaruzelskiego, odpowiedzialnym za egzekwowanie jego rozkazów i możliwie jak najszybsze przekuwanie woli szefa w czyn.

Obaj gładko przeszli przez rok 1970. Jaruzelskiemu - jako ministrowi obrony! - udało się bez problemu wywinąć z partyjnych rozliczeń za grudniową masakrę stoczniowców przez wojsko. Co więcej - nie tylko uniknął dymisji i jakichkolwiek innych konsekwencji (choćby partyjnej niełaski), ale razem z m.in. generałem Kiszczakiem i kilkoma innymi ważnymi postaciami z kręgów partyjno-wojskowo-milicyjnych uczestniczył w przygotowaniu operacji zmiany władzy w PZPR i PRL. W jej wyniku odsunięty i zmarginalizowany został Władysław Gomułka, a stery objął dotychczasowy szef partii na Śląsku - Edward Gierek. Jaruzelski w nagrodę pozostał na stanowisku ministra, a Gierek traktował go z atencją aż do marnego końca swych rządów.

Pułkownik Michał Janiszewski przez cały czas stał u boku swego patrona. Wszystko wiedział, wszystko słyszał, czytał każdy dokument, doradzał. I cały czas pełnił funkcję szefa gabinetu ministra Jaruzelskiego. W 1976 roku dostał za to ważną nagrodę - choć nigdy nie dowodził ani średnią ani dużą jednostką wojskową, został awansowany na generała brygady. Był w końcu jedną z najważniejszych osób w armii - przez jego ręce przechodziły wszystkie rozkazy, wszystkie decyzje i wszystkie plany powstające w resorcie obrony. Miał stały i bezpośredni kontakt z ministrem, stopniowo stając się kimś w rodzaju jego przyjaciela.

To z nim konsultowano krążący w drugiej połowie lat 70. po KC, MON i sztabie generalnym partyjno-wojskowy pomysł nadania Jaruzelskiemu stopnia marszałka. I to prawdopodobnie właśnie za pośrednictwem swego wiernego przybocznego Jaruzelski odpowiedział na tę propozycję odmownie - choć zdaje się bardzo intensywnie łechtała ona jego ego.

W 1981 roku Janiszewski należał do ścisłego, ledwie kilkuosobowego grona planującego razem z generałem Jaruzelskim najważniejsze kwestie związane z planowanym wprowadzeniem stanu wojennego. To on wymyślił Wojskową Radę Ocalenia Narodowego - mającą legitymizować nie tylko sam stan wojenny, ale przecież i rodzaj przewrotu wojskowego, do którego z formalnopraw- nego punktu widzenia doszło w PRL 13 grudnia. To także Janiszewski wymyślił samą nazwę rady - czym zresztą może niespecjalnie powinien się chwalić, bo niezbyt szczęśliwy skrótowiec był natychmiast intuicyjnie rozwijany przez Polaków jako „wrona”, która przecież „orła nie pokona”.

Ale na tym nie koniec. Bo to również Janiszewski - zawsze w duecie z generałem Florianem Siwickim - prowadził w imieniu Jaruzelskiego rozmowy kwalifikacyjne z kandydatami do WRON. To on także zadbał o swoistą harmonię w jej składzie - o to, by prócz Jaruzelskiego czy Kiszczaka wszedł do niej popularny kosmonauta Mirosław Hermaszewski czy kilku zaufanych pułkowników, nieznanych opinii publicznej, za to w sposób oczywisty niższych rangą od najważniejszych członków WRON. Chodziło przede wszystkim o to, by WRON na ile to tylko możliwe, sprawiała wrażenie żywiołowego ruchu szczerych wojskowych patriotów, którzy widząc kraj na krawędzi, chwycili w swe spracowane dłonie jego stery. „Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią” - to nie przypadkiem zresztą jedno z pierwszych zdań wystąpienia Jaruzelskiego wprowadzającego stan wojenny. Ale nie, do powstania tego tekstu Janiszewski się raczej nie przyczynił - w tej roli zdaniem Jaruzelskiego lepiej sprawdzał się Wiesław Górnicki.

W momencie wprowadzania stanu wojennego i bezpośrednio po nim, Janiszewski był cały czas tuż obok Jaruzelskiego - zdaniem części ówczesnych przedstawicieli elity władzy najbliżej. Ba, to często on odbierał w imieniu szefa najważniejsze telefony - równie często to on dzwonił z poleceniami od Jaruzelskiego. Jego słowo było traktowane tak jak słowo dyktatora - wszyscy mieli pełną świadomość, że Janiszewski działa z upoważnienia Jaruzelskiego.

W lutym 1982 roku generał Jaruzelski mianował się premierem. Kogo natychmiast uczynił szefem Urzędu Rady Ministrów, czyli instytucji będącej poprzedniczką Kancelarii Premiera? Oczywiście swojego wiernego współpracownika i przyjaciela - generała Michała Janiszewskiego. Sam Jaruzelski zajmował się przede wszystkim zarządzaniem stanem wojennymi i armią, w części premierowania wyręczał go więc właśnie Janiszewski.

W 1983 przyszedł w nagrodę kolejny awans. Michał Janiszewski został generałem dywizji, czyli dwugwiazdkowym. Naprawdę sporo jak na kogoś, kto nigdy nie dowodził nawet pułkiem. Już niedługo natomiast, gdy w roku 1984 Jaruzelski stanął na czele Komitetu Obrony Kraju, organizacją jego gabinetu i w tej instytucji zajął się nie kto inny - a generał dywizji Michał Janiszewski.

W 1985 Jaruzelski odpuścił sobie premierowanie - oddając rząd w ręce Zbigniewa Messnera. Sprawdzony w roli prawej ręki byłego już szefa rządu (jak również w roli prawej ręki Jaruzelskiego we wszystkich innych jego rolach), Janiszewski pozostał jednak szefem Urzędu Rady Ministrów. Co więcej, po powołaniu Messnera na premiera, ranga została natychmiast podniesiona do poziomu ministra. Tym samym Janiszewski stał się jawnym namiestnikiem Jaruzelskiego wewnątrz rządu, zdaniem niektórych badaczy, w tym np. Andrzeja Dudka, pełnił funkcję „rzeczywistego premiera”. I to i za czasów Messnera, i jego następcy - Mieczysława F. Rakowskiego.

Jaruzelski zdawał sobie w pewnym stopniu sprawę z tego, że od momentu wprowadzenia stanu wojennego przez sympatyzującą z opozycją część społeczeństwa jest postrzegany jako uosobienie zła. Między innymi dlatego dość chętnie wystawiał kolejne postaci na stanowiska rządowe, licząc, że ich wizerunek będzie znacznie lepszy od jego własnego, co z kolei miało przyczynić się do stonowania nastrojów społecznych, pomóc zmarginalizować podziemną „S” i wreszcie uwiarygodniać kolejne próby „odnowy” podejmowane przez ekipę Jaruzelskiego.

Ale nie, nie oznaczało to, że takiego Messnera czy Rakowskiego można było zostawić samych - żeby sobie samodzielnie kierowali rządem. Od pilnowania i jednego, i drugiego był właśnie szef Urzędu Rady Ministrów w generalskim mundurze, czyli generał Michał Janiszewski. Był on nie tylko okiem i uchem Jaruzelskiego w kolejnych rządach PRL, ale i bezpośrednim wyrazicielem i wykonawcą jego woli w obszarach podległych poszczególnym ministrom. Jego władza nie sięgała tylko do resortów dzierżonych przez jeszcze ważniejszych generałów - czyli Czesława Kiszczaka (MSW) i Floriana Siwickiego (MON). W pozostałych ministerstwach telefon od Janiszewskiego był traktowany poważniej niż ten od premiera.

Szefem URM Janiszewski pozostał aż do 1989 roku. Funkcję przekazał dopiero Jackowi Ambroziakowi, który z ramienia „S” objął Urząd Rady Ministrów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

I to nie był jednak koniec kariery politycznej generała dywizji Michała Janiszewskiego. Jego patron został przecież przez Zgromadzenie Narodowe wybrany kimś, kim przed Okrągłym Stołem akurat nie mógł być - mianowicie prezydentem. W tej sytuacji kandydat na szefa Kancelarii Prezydenta w administracji Wojciecha Jaruzelskiego mógł być tylko jeden. Generał Janiszewski po raz kolejny podjął się misji organizacji pracy swego szefa i jego ekipy.

Obaj generałowie pożegnali się ostatecznie z władzą w tym samym momencie. W grudniu 1990 roku urzędowanie w Belwederze rozpoczął pierwszy demokratycznie wybrany prezydent III RP - Lech Wałęsa. Szefem jego kancelarii został zaś Jarosław Kaczyński. Pierwszy przejmował władzę z rąk generała Jaruzelskiego, drugi kancelarię - z rąk Janiszewskiego.

W III RP przyboczny Jaruzelskiego wiódł spokojne życie emeryta w willi w Konstancinie, która niegdyś była tajnym obiektem MSW, ale stała się własnością generała. Było to życie tym spokojniejsze, że w przeciwieństwie do swego byłego szefa i patrona Janiszewski nie był przecież niepokojony przez wymiar sprawiedliwości. Podobno korzystając z tego spokoju generał spisywał obszerne wspomnienia. Nigdy jednak nie ujrzały one światła dziennego, podobnie jak inne tajemnice schyłku PRL, których był strażnikiem.

Witold Głowacki

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Witold

Nie dało rady więcej "przyczernić" ?
A gdzie o tym że generał
Jaruzelski sam zrezygnował z prezydentury ?????
Gdzie dziennikarski obiektywizm ????????

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.