Ewa Wachowicz: To nie ja rozwiodłam premiera Waldemara Pawlaka

Czytaj dalej
Fot. brak
Marek Bartosik

Ewa Wachowicz: To nie ja rozwiodłam premiera Waldemara Pawlaka

Marek Bartosik

Ewa Wachowicz skończyła 50 lat. Najbardziej znana Miss Polonia, telewizyjna gwiazda, mistrzyni polskiej kuchni, miłośniczka górskich wypraw, bizneswoman sporego formatu przyjęła swój jubileusz z godnością i poczuciem humoru. Łatwo się o tym przekonać, sięgając po właśnie wydaną przez Znak książkę „Wszystkie korony Ewy Wachowicz” napisaną przez naszego publicystę, Marka Bartosika. Jej smakowity fragment publikujemy.

Dziewczyna z Klęczan pod Gorlicami bierze ślub gdzieś w Pretorii. Jak mogłaś to zrobić rodzicom?

Pokochałam RPA podczas wyborów Miss World w 1992 roku, które właśnie tam się odbywały. Poznałam wtedy naszego ambasadora w Pretorii Stanisława Cieniucha. (...) Bardzo mi pomógł w czasie wyborów, opiekował się mną. Kiedy zostałam sekretarzem prasowym, mieliśmy cały czas kontakt. Poznał go też Przemek. W momencie, kiedy pojawił się w 1996 roku pomysł ślubu, chcieliśmy uciec od sensacji, jaką w Polsce musiałoby to wydarzenie się stać. I Przemek wymyślił, żeby pobrać się za granicą. Padło na RPA, bo... znaliśmy ambasadora. Dla niego to też było duże przeżycie. Okazało się, że wcześniej w tej ambasadzie nie udzielono żadnego ślubu. Najpierw musieliśmy załatwić wiele formalności, dostarczyć mnóstwo dokumentów. W dodatku prawo wymagało, byśmy przez kilka tygodni przed datą ślubu mieszkali w RPA. Postanowiliśmy więc zrezygnować z podróży poślubnej. Mieliśmy za to przedślubną, w dodatku wielką. W Kapsztadzie wynajęliśmy samochód i przejechaliśmy całą RPA. Świadkiem na ślubie miał być Krzysiek Jaroszyński, satyryk, ale nie doleciał. Zastąpiła go żona ambasadora Cieniucha. Drugi świadek, Małgosia Żak, wtedy żona właściciela Polsatu, przyleciała sama. Odbierałam ją z lotniska, gdzie jeszcze zdążyła mi powtórzyć, że nie powinnam za Osuchowskiego wychodzić. Takiego miałam świadka. Znałyśmy się z pracy w telewizji, przyjaźniłyśmy się. Zaprosiłam też Miss Afryki, która brała udział w tym pamiętnym dla mnie konkursie Miss World.

A impreza?

Nie było, skończyło się na małym poczęstunku w ambasadzie. Potem we dwoje pojechaliśmy do Ballito, kurortu nad Oceanem Indyjskim, gdzie „przytuliliśmy się” do jakiegoś wesela, które akurat się w naszym hotelu odbywało.

Na tak zwany krzywy ryj po prostu?

Tak, ale bawiliśmy się świetnie.

Zaraz po tym, jak zostałaś Miss Polonia, byłaś bardzo otwarta. Zapraszałaś dziennikarzy do swojego „apartamentu” w akademiku. Razem z ówczesnym chłopakiem udzielaliście wywiadów, choćby dla „Przekroju”. Potem jednak zaczęłaś swoje życie prywatne skrywać. Dlaczego?

Zaraz po zdobyciu korony byłam zachwycona zainteresowaniem świata. Nawet nie przyszło mi do głowy, że nie musi ono być życzliwe. Kilkanaście miesięcy później, będąc rzeczniczką premiera, błyskawicznie dorastałam. Jeszcze chwilę wcześniej byłam ostatnią dziewczyną w klasie, która dostała okres. Biust miałam jakiś taki ledwo, ledwo. Zaczęłam się zastanawiać, co się dzieje, że tak nic się mi nie przydarza, więc poszłam do mamy na poważną rozmowę. Dała mi Sztukę kochania Michaliny Wisłockiej. Po latach zresztą moja Ola też dostała ode mnie tę książkę, na co zareagowała jednak jako dziecko epoki internetu lekko pobłażliwym uśmiechem. Moje pokolenie na takie źródło wiedzy liczyć nie mogło i na szczęście mama na książce nie poprzestała. Usiadłyśmy przy stole i rozrysowała mi życie płciowe człowieka. Wytłumaczyła, co to są jajniki, macica, co to jest okres, jak to wygląda. Co nieco opowiedziała też o męskich atrybutach. I uspokoiła, że ona też pierwszą miesiączkę dostała późno, podobnie jak babcia, więc nie mam się czym martwić.

Dostrzegałaś oznaki miłości między rodzicami?

Czułości widziałam bardzo mało. Dopiero jak dorosłam, to słyszałam parę razy tatę mówiącego mamie, że ją kocha. Zresztą jako dziecko czy nastolatka nigdy nie słyszałam od mojego taty, że właśnie mnie kocha. Pamiętam, że kiedyś nagle przeraziłam się, że rodzice mnie okłamują, bo pewnie mnie wzięli z domu dziecka. Wszystko dlatego, że tata nigdy nie mówił „kochana córeczko”. Chodziłam jak struta. Jak w końcu wydusiłam, o co chodzi, mama mnie wzięła na kolana, przytuliła, pogłaskała. I powiedziała mi tak: „Tatuś to mnie powiedział, że mnie kocha, raz przed ślubem i może z raz po ślubie. Bo to jest taki typ mężczyzny, który uważa, że jak się tobą opiekuje, troszczy się o ciebie, jak chce twojego towarzystwa, na przykład żebyś mu w warsztacie śrubki podawała, to są oznaki, że cię kocha. On tylko nie umie tego powiedzieć”. Ale czasem widziałam uczucia rodziców bardzo wyraźnie. Pamiętam, jak miałam może 10 lat, a mama była jeszcze przed czterdziestką. Chwilę wcześniej rodzice byli na wyciecze na Węgrzech. Tato kupił mamie w Peweksie sukienkę. Piękną, aksamitną, ze złotą nitką. I do tego cudowne granatowe szpilki. Zapamiętałam, jak rodzice wybierali się na jakąś potańcówkę i mama, bardzo wtedy szczupła, założyła tę sukienkę, nałożyła te szpilki. Choć zrobiła się trochę wyższa od taty, to nie zwracał na to uwagi. Patrzył na nią długo, lekko kręcił głową i powiedział w końcu: „Wieśka, jakaś ty ładna...”. Wziął mamę pod rękę, wyprowadził z domu i poszli na tańce. Zapamiętałam czułość, szacunek, podziw, dumę, jaka była w tych słowach. I to, jak wrócili z tej potańcówki, tacy uśmiechnięci, uradowani, rozgrzani, ale samą zabawą, bo pojechali samochodem.

Po tym, jak NFZ odkrył, co robiła, z dnia na dzień straciła pracę. Jak sama mówi: została śmieciem. Potrafiła tylko leczyć. A tego już nie mogła

Na podobną miłość potem sama czekałaś?

Nie jestem wcale pewna, że rozumiałam wtedy jej wartość. W ciągu tych paru miesięcy moje życie przeniosło się z małej wsi do wielkiego Krakowa. Tam gwałtownie przyspieszyło, a potem już cały czas pędziło. Mój ówczesny związek z kolegą z akademika stopniowo gasł, ja już byłam w innym świecie.

Mówiąc dyplomatycznie: współpraca z Przemkiem Osuchowskim nabrała prywatnego wymiaru.

Gdyby oderwać wspomnienia o tamtym czasie od puenty naszego związku i małżeństwa, to nie ma co kryć: to była miłość mojego życia. Mimo cierpień, których mi ostatecznie ten związek dostarczył, nie jestem w stanie o nim mówić źle. Ba! Mogę mówić, że to było kilka wspaniałych lat. No i mamy z niego Olę, którą wspólnie wychowujemy, choć już jest na studiach. Teraz łatwiej mi o dystans do tamtego uczucia, bo od paru lat jestem pewna, że to była zaledwie pierwsza miłość mojego dorosłego życia.

Ale przecież wiązałaś się z człowiekiem starszym o dziewięć lat, po rozwodzie, z dzieckiem, a Ty pewnie chciałaś welonu, księdza, wesela, błogosławieństwa od mamy i taty.

Pewnie, że chciałam. Ale Przemek imponował mi wiedzą, erudycją, energią, ale też lojalnością, wysiłkiem, jaki wkładał w to, by mnie chronić przed wpadkami, koteriami. Czarował fantazją, poczuciem humoru. Na początku źle go traktowałam. Nie chciałam, żeby ktoś widział, że jestem od niego zależna. No, ale kiedyś zawiózł mnie na Hel, na zamknięty dla cywilów teren. Jak wysiadałam z auta przy plaży, wschodziło słońce. W takiej sytuacji trudno dalej udawać, że nie jest się zakochanym, no i zostaliśmy parą.

Zakonspirowaną jednak. Dlaczego? Może lepiej było ujawnić ten związek, żeby przeciąć ciągłe plotki o Tobie i premierze.

Zapewniam: to nie ja rozwiodłam Waldemara Pawlaka. O tym, że mnie i Przemka łączy coś więcej niż praca, premier wiedział od początku. Sama mu o tym powiedziałam, uważając, że powinien dowiedzieć się od nas. A nie było powodu, żeby szerzej o tym mówić.

Jak to udało się ukryć? Przecież mieszkaliście razem.

Początkowo mieliśmy sąsiadujące ze sobą służbowe mieszkanka, potem rzeczywiście wspólne. Byliśmy dyskretni. Ślub chcieliśmy wziąć w całkowitej tajemnicy, jednak Przemek pojechał do Klęczan, do moich rodziców, by powiedzieć im, że jedziemy do Afryki, by wziąć ślub.

No i pewnie poprosić o Twoją rękę?

Tak obiecywał zrobić...

Nie było Cię przy tym?

Stchórzyłam przed ojcem, a Przemek mówił, że wszystko z rodzicami załatwione. Kiedy wróciliśmy z Afryki już razem, staruszkowie byli tym ślubem zaskoczeni, a tata wręcz obrażony. Stopniowo dali się udobruchać. Potem było tych kilka wspaniałych lat. Skończyło się... Próbowałam walczyć, ale czułam się bezradna. Nie mogłam pozwolić na to, by ten związek zniszczył mnie i nasze dziecko.

O przyczynach nigdy nie mówiłaś głośno.

Bo bolało i nie chciałam do tego wracać, nadal nie chcę.

Sąd Was rozwiódł i tak od razu narodziła się nowa Ewa Wachowicz? Znowu wolna, znowu energiczna?

Niestety, takie proste to nie było. Powody, dla których się rozstaliśmy, kompletnie odebrały mi poczucie bezpieczeństwa, rozregulowały poczucie własnej wartości. Przechodziłam przez trudną terapię. (...)

To ona dała Ci siłę?

Bardzo mi pomogła, a w dodatku mam szczęście do dobrych ludzi wokół. Ewa Mleczko, córka Andrzeja, rysownika, i moja przyjaciółka od lat, zabrała mnie do krakowskiego ośrodka Fundacji Art of Living założonej w Indiach. Zaczęłam chodzić na zajęcia o sztuce oddechu z ćwiczeniami połączonymi z jogą, a także na wykłady filozoficzno-psychologiczne. Wcześniej w wielu książkach próbowałam znaleźć odpowiedź na pytanie, co się ze mną dzieje, na czym polega szczęście i dlaczego tak zarąbista przecież dziewczyna jak ja nie umie sobie życia poukładać, pogodzić się z klęską życiowego planu, w którym miejsca na dramat rozwodu nie było.

Dlaczego w tej sytuacji nie zwróciłaś się do Kościoła katolickiego?

Zwróciłam się. Zdarzało mi się wykrzyczeć do Boga kilka gorzkich słów - tak przychodziło ukojenie. Modliłam się do Judy Tadeusza i do Świętej Rity. Za ich pośrednictwem chciałam rozmawiać z Bogiem. Moje życie wydawało mi się beznadziejne. Patrząc z zewnątrz, pewnie można było pytać, czy nie dramatyzuję. Przecież wszystko niby było w porządku. Ale ból przeżywany wewnątrz mnie był okropny. Mimo że zostałam zraniona, wciąż uważam, że miłość jest w życiu najważniejsza. I na szczęście zawsze ktoś wyciągał do mnie pomocną dłoń. Jak ojciec Leon Knabit. Pod jego opieką duszpasterską jako zamężna niesakramentalnie byłam od lat. On chrzcił Olę, jest moim przewodnikiem duchowym i przyjaźnimy się. Wiele razy lepiłam mu pierogi u siebie w domu, wystąpił w moim programie. Spędziliśmy wiele godzin na poważnych rozmowach w klasztornej rozmównicy u benedyktynów w Tyńcu albo spacerując tamtejszymi wałami wiślanymi.
Byli faceci gotowi pokazać się z miss, ale ja miałam kosmicznie większe oczekiwania. Zwróciłam się więc do biura matrymonialnego
O swoim stosunku do wiary nie mówisz publicznie.

Bo dla mnie sprawy wiary są chyba jeszcze bardziej intymne niż życie rodzinne. (...) Ale wiarę mam w sobie. Z lektury i osobistych przemyśleń dochodzę do wniosku, że różne religie podają tę samą prawdę. Tę samą, ale o różnym smaku. Smutno mi, że zaangażowanie polskich duchownych w politykę osłabia Kościół, który jest nam przecież potrzebny.

Jakie efekty przyniosła terapia?

Muszę się przyznać, że bardzo pomagał mi w niej jeszcze jeden czynnik o niezwykłej sile motywującej: słowa mojego męża, który w czasie naszego jednak trzyletniego rozstawania się wiele razy powtarzał, że bez niego nie mam szans, na pewno sobie nie poradzę i zginę jak dziecko we mgle. Po kilku latach odzyskałam poczucie własnej wartości, znowu czułam się silna.

I samotna?

Samotność była trudna. Próbowałam od niej uciec, szukałam kogoś bliskiego...

Przecież chętnych nie mogło brakować.

Takich gotowych pokazać się z miss albo z nią przespać rzeczywiście trochę było, ale ja miałam kosmicznie większe oczekiwania. (...) Zwróciłam się więc do biura matrymonialnego, ale ono też zawiodło.

Jak to?

Właściwie to biuro pracowało super, ale ja w ostatnim momencie stchórzyłam.

Chcesz powiedzieć, że szukałaś faceta przez biuro matrymonialne? Ty? Ewa Wachowicz? Kto w to uwierzy?

A dokąd miałam pójść? Na dyskotekę? Szukałam kogoś, kto doceni moją niezależność, a z drugiej strony wzbudzi mój podziw. Pomyślałam, że biuro załatwi za mnie wstępną selekcję, znajdzie w bazie potencjalnych kandydatów.

I tak z ulicy poszłaś, przedstawiłaś się i poprosiłaś, żeby Ci męża znaleźli? Czy pamiętasz minę osoby, która Cię tam przyjmowała?

Robiła to kobieta i zaskoczenia nie okazywała. (...) Znaleźli mi fantastycznego kandydata na męża.

Jednego?

Dostałam najpierw pięć propozycji, czyli szczegółowych opisów ze zdjęciami. Zgodziłam się z dwoma panami porozmawiać. Ostatecznie padło na Francuza. Angel miał na imię.

Nie żartuj. Anioł...

W dodatku 190 centymetrów wzrostu, wdowiec, wykształcony, inteligentny, przystojny, wrażliwy, świetnie gotował. O willi na Lazurowym Wybrzeżu z plantacją lawendy nawet nie ma co mówić.

Tego wszystkiego dowiedziałaś się o nim z jego dossier przygotowanego przez biuro?

Nie. Kilka razy przyjeżdżał. Zawsze byłam z przyzwoitką.

I on to znosił cierpliwie.

Angel to był przecież. Mówiąc poważnie, to chyba się zakochał, a ja nie mogłam się zdecydować. Te wzajemne podchody trwały kilkanaście miesięcy. W końcu zaprosił mnie na to Lazurowe Wybrzeże. Wszystko było przygotowane. Bilety kupione, pokój dla mnie wyszykowany. I wtedy pękłam. Uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie wpuścić go do serca. Powiedziałam mu to w końcu i nie pojechałam.

Już bez rozterek?

Z rozterkami, z nocami nieprzespanymi. (...) Ale co zrobić, nie zakochałam się w Angelu!

Marek Bartosik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.