Dziś zabójcy wójta Cyganów szybciej trafiliby za kraty

Czytaj dalej
Fot. Eliza Gniewek-Juszczak
Eliza Gniewek-Juszczak

Dziś zabójcy wójta Cyganów szybciej trafiliby za kraty

Eliza Gniewek-Juszczak

Jak dziś wyglądałoby śledztwo w sprawie głośnego morderstwa w Nowej Soli? Czy zabójcy też zostaliby skazani dopiero po 14 latach? Rozmawiamy o tym z prokuratorem Zbigniewem Fąferą

Waldemar Huczko był wójtem nowosolskich Cyganów, człowiekiem cenionym w środowisku romskim i polskim. Kolekcjonował antyki, porcelanę, precjoza. To skarby, które przechowywał w okratowanym domu, stały się przyczyną napadu i zamordowania zarówno jego, partnerki, jak i syna. Do zbrodni doszło w nocy 19 czerwca 1991 roku w Nowej Soli. Nie było śladów włamania. Prawdopodobnie zabójcy podstępem dostali się do środka. Wszyscy zamordowani byli przed śmiercią torturowani. Mieli poderżnięte gardła. Zabójcy zadali im kilkanaście ciosów nożem. Najpierw zginął wójt i jego partnerka, a na końcu syn - także Waldemar, który później wrócił do domu. Z domu zginęły sygnety, pierścionki, łańcuszki, ikony, a także pieniądze - polskie, amerykańskie i niemieckie.

Sprawa obiegła ogólnopolskie media, znalazła się w telewizyjnym programie 997. Wkrótce zatrzymani zostali trzej podejrzani - w Inowrocławiu i Bydgoszczy. Jeden był Romem, dwóch było pochodzenia polskiego. W pierwszym procesie wszystkich uniewinniono. W drugim, 14 lat po zabójstwie, sąd skazał dwóch mieszkańców Inowrocławia, 39-letniego Szymona G. i 40-letniego Jacka D. „Dombasa”, na 25 lat więzienia. 36-letni Aleksander G. i 35-letni Zbigniew W. usłyszeli wyroki 15 lat, 40-letni Sandryno L. - pięciu, a Hieronim D. - sześciu lat pozbawienia wolności.

Minęło 25 lat, od kiedy Waldemar Huczko, jego partnerka i syn zostali brutalnie zamordowani. Gdyby ta zbrodnia wydarzyła się teraz, to jak inaczej mogłoby przebiegać śledztwo?
Obecnie policja wyposażona jest w bardziej nowoczesny sprzęt do wykrywania i zabezpieczania śladów biologicznych i innych. Najbardziej istotna rewolucja to rozwój nauk medycznych. Mamy nieograniczoną możliwość korzystania z badań kodów DNA. Wówczas ta metoda „rodziła się”, a u nas w kraju - w dużych bólach. W ostatnim etapie prowadzonego śledztwa już skorzystaliśmy z metody mitochondrialnego DNA - bardzo specjalistycznego badania kodu. Ta metoda i jej pozytywne ustalenia stały się podstawą oskarżenia, a w konsekwencji skazania sprawców. Natomiast jeśli chodzi o sposób zabezpieczania śladów, prowadzenia oględzin miejsca zdarzenia, to w tych kwestiach nie mamy większych zmian.

Wyniki badań DNA rzeczywiście dały niepodważalne dowody przestępstwa. Czy dostęp do tych badań już podczas pierwszego śledztwa skróciłby czas trwania sprawy?
W tym czasie badania takie prowadzono już w naszym kraju, ale bardziej na zasadzie doświadczeń. Tej metody nie udostępniano organom ścigania, a jeżeli tak, to jednostkowo, zdarzało się to bardziej na zasadzie poszerzonego eksperymentu. Badania DNA w tym czasie wykonywało - z tego, co kojarzę - ówczesne ABW, lecz jeszcze nie na zlecenia prokuratury. Prowadząc to śledztwo, dostaliśmy nieoficjalną ofertę z Anglii. Cena za tę usługę „rozwalała” jednak nasz budżet. Musimy również pamiętać, że metoda DNA była novum i u nas. Nie każdy podchodził do tej metody z należną ufnością.

Jak przez ostatnie 25 lat zmieniły się badania daktyloskopijne?
Przede wszystkim mamy już skomputeryzowaną bazę danych o takich śladach. Wówczas na badania porównawcze zabezpieczonych odcisków czekaliśmy kilka, kilkanaście dni, a nawet całe tygodnie, i to w zależności od wagi sprawy. Te mniej ważne mogły czekać. Dzisiaj do komputera wrzuca się wzór zabezpieczonego śladu i po chwili mamy wynik.

Czy już w 1991 roku była instytucja świadka incognito, który przydał się w drugim procesie?
Ustawa o świadku incognito obowiązuje od 4 listopada 1995 roku. Wcześniej obowiązywały przepisy pozwalające na utajnianie danych świadka, lecz w praktyce średnio przydatne.

Jakie ma Pan dzisiaj odczucia? Co mogło pójść lepiej, szybciej? Mówiło się o wielu błędach, zarówno policji na początku, jak i później prokuratorów?
Sprawę tę prowadziło kolejno sześciu prokuratorów. Byłem czwarty. Prowadziłem czynności po pierwszym wyroku uniewinniającym. Śledztwo musiałem zawiesić. Później, gdy kierowałem wydziałem ds. przestępczości zorganizowanej, podjąłem z zawieszenia to śledztwo i do jego prowadzenia wyznaczyłem dwóch prokuratorów. To był dobry ruch. Obaj prokuratorzy wyposażeni byli w szerokie możliwości śledcze, w tym nieograniczony dostęp do badań DNA, ale także byli świetnie przygotowani.
Błędem było na samym początku śledztwa zabranie go z Nowej Soli i przejęcie przez prokuraturę w Zielonej Górze. W tym czasie w Nowej Soli pracowali świetni ludzie, z odpowiednim przygotowaniem. Czuło się ich determinację. Mieli opracowany dobry plan śledztwa, rokujący na szybkie zakończenie i wykrycie sprawców. Poza tym i oni, i policja nowosolska mieli doskonałe rozpoznanie środowiska romskiego. W moim odczuciu to rozpoznanie to był klucz do szybkiego i skutecznego rozpracowania tej sprawy. Przejęcie śledztwa odbyło się w złym czasie... Kolejny prokurator po półrocznym prowadzeniu śledztwa przeszedł do... adwokatury i według mnie od samego początku „nie żył” tą sprawą. Kolejny, który w pierwszym procesie oskarżał przed sądem, poważnie się rozchorował, a sprawa na tym cierpiała. Czynności ulegały spowolnieniu. To nie sprzyjało dobremu prowadzeniu tego śledztwa.

W pierwszym procesie trzech podejrzanych zostało uniewinnionych, bo sąd stwierdził, że w półtorej godziny od momentu popełnienia przestępstwa nie zdążyliby dotrzeć z Nowej Soli do hotelu pod Bydgoszczą, w którym zameldowali się o godzinie 3.50. Według nawigacji samochodowej trasę tę można pokonać w trzy godziny i 34 minuty. Czy dziś sąd mógłby stwierdzić, że nie da się tego czasu zmniejszyć o ponad połowę?
Już w pani pytaniu jest zawarta odpowiedź. Ostatni proces, w którym doszło do skutecznego skazania zabójców, udowodnił i wykazał, że pokonali oni jednak tę trasę tak jak zakładaliśmy i twierdziliśmy podczas pierwszego procesu. Sąd „stawiał” na poprawność kierowcy i oceniał czas przejazdu, kierując się chyba zasadami bezpiecznej jazdy, a trzeba pamiętać, że zabójcy mieli swój kodeks i swoje zasady. Pędzili na złamanie karku. Oczywiście pokonali tę trasę bardzo szybko, meldując się w hotelu o tej 3.50.

Jak dziś przebiegałby - jak to określała prokuratura - „quasi eksperyment procesowy” dotyczący czasu pokonania samochodem drogi z Nowej Soli do Bydgoszczy?
Nie wiem, czy taki quasi eksperyment byłby w ogóle potrzebny. Eksperyment przeprowadza się, gdy chcemy wykazać, że rzecz niemożliwa może stać się jednak możliwa. Czy więc potrzebny jest eksperyment dla wykazania, że jadąc na granicy bezpieczeństwa, jesteśmy w stanie daną trasę przebyć w danym czasie? Moim zdaniem nie. Pamiętać również musimy, że osoba działająca w stresie, pobudzona faktem dokonanej kilka chwil wcześniej potrójnej zbrodni i mająca świadomość, że w przypadku schwytania grozi jej stryczek - a przypomnę, że jeszcze obowiązywała kara śmierci - nie myśli w kategoriach „uwaga, czerwone światło, stajemy!”. Ale gna się przed siebie, na złamanie karku, ryzykując niekiedy rozwaleniem się na najbliższym drzewie.

Jacek D. „Dombas” dostał w Bydgoszczy prawomocny wyrok za pobicie i to pomogło go zatrzymać również w sprawie cygańskiej. Zdarzenie miało miejsce na trzy tygodnie przed przedawnieniem sprawy.
Zatrzymanie „Dombasa” w naszej sprawie było efektem ustaleń naszych prokuratorów. Wiedzieliśmy, kiedy mamy go zatrzymać i bezpośrednio przed tym faktem policja obserwowała każdy jego ruch. To była dokładnie, co do sekundy, rozpracowana operacja. Czynności prokuratorów, zgodnie z ich życzeniem, były utajniane i tylko oni oraz współpracujący policjanci z CBŚ znali najbliższe zamierzenia. Zatrzymanie „Dombasa” i wyrok w bydgoskiej sprawie w niczym nam nie pomógł i nie zaszkodził.

Po 14 latach, po wygranej przez brata Waldemara Huczki apelacji, rozpoczął się drugi proces. Czy obecnie też są sprawy, które ciągną się tak długo?
To akurat chyba nie tak. Sprawa faktycznie po wyroku uniewinniającym wróciła do prokuratury, ale tu zaczęliśmy ją prowadzić od początku. Wyznaczyłem dwóch prokuratorów, którzy wykonali mrówczą pracę. Zaczęło się od remanentu dowodów rzeczowych, ich weryfikacji. Prokuratorzy wspólnie z policjantami po latach ponownie udali się do hotelu pod Bydgoszczą, m.in. zdemontowali syfon w łazience w pokoju hotelowym, gdzie zatrzymali się zabójcy i tam mieli szczęście, bo udało się po latach zabezpieczyć ślady biologiczne. Powolna i żmudna praca dała jednak efekt w postaci skazującego wyroku.
Przyzna pani, że takich spraw nie ma aż tak dużo. Jeśli mamy niepowodzenia, to proszę nie dziwić się, że nie daje to nam spokoju i nikomu ze sprawców nie pozwalamy spokojnie spać. To jest w końcu nasza praca i nas też rozlicza się z efektów.

Czy do tej pory prokuratorzy śledzą aukcje pod kątem skarbów, które zostały skradzione z domu zamordowanej rodziny?
Tzw. śledzenie wszelkich aukcji jest prowadzone. Może nie pod kątem tej konkretnej sprawy. Takie prace wykonywane są przez wyspecjalizowane służby policji.

W relacji prokuratury z 2005 roku była informacja o jaju Faberge, które miało być w wilii. Jeden ze sprawców miał się bawić takim jajem w knajpie. Podobno pojawiło się ono kilka lat temu na aukcji w USA. Naprawdę było w Nowej Soli to jajo?
Czy faktycznie ono było w willi pokrzywdzonych? Takie przypuszczenia mieliśmy na podstawie relacji i opisów świadków. Jeden ze świadków własnoręcznie rysował jajo. Pewności jednak nie mamy.

Eliza Gniewek-Juszczak

Szczególnie zajmuje się sprawami Nowej Soli, Kożuchowa i Sławy. Porusza zwłaszcza tematy polityczne, gospodarcze i religijne.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.