Dokąd płynie łajba zwana Unią Europejską

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Gadomski
Ewa Bilicka

Dokąd płynie łajba zwana Unią Europejską

Ewa Bilicka

To, że ta łajba mocno się chybocze, jest zasługą kapitanów - unijnych elit, które oderwały się od ludzi. W przeciwieństwie do partii narodowych, które dodatkowo wykorzystują populistyczne idee.

- Referendum w sprawie Brexitu za nami. Za dwa tygodnie wybory prezydenckie w Austrii wygra najpewniej Norbert Hofer z eurosceptycznej Partii Wolności. W przyszłym roku wybory prezydenckie we Francji oraz parlamentarne w Danii, Francji, Holandii i Niemczech. We wszystkich tych elekcjach startują silne partie eurosceptyczne i populistyczne, które mogą namieszać w polityce krajowej i rozbujać i tak już nieco pokiereszowaną łajbę pod tytułem Unia Europejska - zauważa dr Błażej Choroś, adiunkt w Zakładzie Studiów Europejskich Instytutu Politologii Uniwersytetu Opolskiego.

Niechęć do wspólnej Europy, otwartej na świat - to już nie tylko zjawisko poboczne, marginalne i charakterystyczne dla partii kanapowych. - W samej Unii Europejskiej od zawsze były dość mocno zaznaczone trendy eurosceptyczne. W sondażach w krajach „starej” Unii, zwykle około 30 procent elektoratu wykazywało nastroje eurosceptyczne - zauważa dr Choroś. - W holenderskim referendum o traktacie konstytucyjnym UE z 2005 r. - głosujący powiedzieli „nie” konstytucji UE.


W samej Unii Europejskiej od zawsze były dość mocno zaznaczone trendy eurosceptyczne. W sondażach w krajach „starej” Unii, zwykle około 30 procent elektoratu wykazywało nastroje eurosceptyczne

Referendum w Holandii miało wprawdzie charakter konsultacyjny, ale frekwencja wyniosła ponad 63 proc. i rządzącym nie pozostało nic innego, jak podporządkować się rezultatowi tego głosowania, uznać go nie tylko za konsultacyjne, ale za wiążące. Francja także odrzuciła w referendum traktat konstytucyjny z 2005 r.

Krok dalej

Eurosceptycyzm - to jedno. Demontaż Unii Europejskiej - to już nowa jakość, której symbolem jest Brexit. - Rozprzestrzenianie się i triumf idei antyunijnych należy wiązać z popularnością ich w wirtualnej rzeczywistości - uważa dr Marek Migalski, były europoseł, pracownik naukowy Zakładu Systemów Politycznych Polski i Państw Europy Środkowej i Wschodniej Uniwersytetu Śląskiego. Internet, fora, portale społecznościowe były kilkanaście lat temu nadzieją na to, że powstanie miejsce swobodnej wymiany, myśli, idei. To się nie sprawdziło. Wirtualna rzeczywistość została poszatkowana na niezliczoną liczbę światów: bardzo homogenicznych, z własnymi guru i jedynie słusznymi poglądami. Nie ma miejsca wymiany idei. Jak dodaje Migalski, internet pokazał, jak różne może być pojęcie prawdy. Każda grupa ma swoja prawdę i choćby była to bardzo niemądra idea - szerzy się wśród wyznawców, najpierw w wirtualu, potem w realu.

- Grunt dla tych idei był i jest podatny, bo społeczeństwo coraz mocniej odczuwa, jak bardzo oderwane są od niego elity, także te rządzące i wybrane w demokratycznych wyborach. Mamy więc dodatkowo kryzys demokracji przedstawicielskiej. To poczucie oderwania dotyczy nie tyle ubogich warstw społecznych, ale przede wszystkim klasy średniej - mówi Piotr Buras, dyrektor warszawskiego Biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych.

Unia Europejska nie dostarczała tej klasie poczucia bezpieczeństwa oraz oczekiwanych dóbr w postaci coraz wyższych zarobków czy łatwo osiągalnych i dobrych etatów. W zamian otwierała granice, wykorzystywała tańszą siłę roboczą nowo przyjętych do unijnej rodziny krajów, przedsiębiorcy wyprowadzali swe fabryki, a więc i miejsca pracy do nowych krajów członkowskich. I jeszcze dalej - na wschodzące rynki wschodnie. W krajach postkomunistycznych Europy Środkowej pojawił się podobny problem: znaczna część społeczeństwa nie czuje się beneficjentami unijnego sukcesu, w końcu nie każdy wyjeżdża na zagraniczne studia w ramach Erasmusa. Autostrady? Owszem, ale nawet jeśli podróżujemy autostradami, to słono za nie płacimy i stoimy w korkach na bramkach. Praca w młodounijnych krajach też nie jest wcale niczym oczywistym (jak było za PRL-u), a płace, choć rosną, wciąż są niesatysfakcjonujące i towarzyszą im patologie szarej strefy...

Problemem Unii - tej starej i nowej - stało się to, co wydawało się kiedyś jej walorem: otwartość i polityka multi-kulti - stały się one synonimem otwartości na terroryzm. Ruchy antyunijne zyskały mocnych sprzymierzeńców w postaci antyglobalistów. Przy takich nastrojach - jest już tylko krok do decyzji o zerwaniu z UE. Gdy rok przed referendum w sprawie Brexitu robiono badania opinii publicznej w Wielkiej Brytanii, okazało się, że przeciętnego Brytyjczyka nie interesuje UE, jej mechanizmy funkcjonowania. Jednocześnie brytyjskie media, a nawet rządzący zwalały na Unię Europejską wszystkie niepowodzenia i słabości państwa oraz własnych działań. Te żale na złą UE trafiły na tak podatny grunt, że w referendum Brytyjczycy, ku zaskoczeniu nawet wielu eurosceptyków, powiedzieli: „Wychodzimy z Unii”.

Populizm i antyglobalizm to teraz przypadłość całego świata. Zmiana charakteru masowych środków przekazu plus nowy podział społeczeństw, z wyraźnie zarysowaną przepaścią między klasą bogatych a średnią, miały wpływ na sukces populistycznej retoryki w kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa.

- Zobaczmy, co tam się stało z klasą średnią. Jeśli rodziny amerykańskie chcą żyć na poziomie sprzed 20-30 lat, utrzymać ówczesny status, to kobieta musi iść do pracy, a mężczyzna dorabiać do etatu - mówi Migalski.

Nic dziwnego, że tak łatwo zwyciężyło wśród amerykańskich wyborców hasło o przywróceniu dawnej potęgi USA. Tym bardziej że to Stany Zjednoczone są kolebką populizmu, stosującego demagogię i wykorzystujący stereotypy oraz antagonizmy społeczne dla potrzeb politycznych. Za prototyp populizmu uważany jest amerykański farmerski ruch protestu, działający jako Partia Ludowa (1892-1896). Domagała się ona m.in. szerokiej pomocy rządu dla rolnictwa.

Polacy bronią UE

Podobne populistyczno-narodowe mechanizmy działają już także w Europie i w Polsce. Widać to na przykładzie problemu imigrantów. - Wystarczyło, że Polska ogłosiła, że przyjmie 7 tys. imigrantów, co oznacza, że w mieście takim jak Opole zamieszkałaby 4-osobowa rodzina uchodźców, a Polska popadła wręcz w panikę - dodaje Migalski. Zapominając o tym, że imigranci mieli być głównie chrześcijanami - w Polsce wszyscy krzyczeli o muzułmanach. Pamiętamy przechodzące wówczas m.in. przez stolicę województwa i inne miasta marsze z hasłami: „Stop islamizacji Opola”, „Stop islamizacji Nysy”. - Owszem, polityka otwartości na imigrantów nie wszędzie się udała, poniosła fiasko w paru dzielnicach Brukseli czy Paryża. Ale czy to był powód, aby rok temu organizować marsz „Stop islamizacji Nysy”? - pyta dr Choroś.

Rozum podpowiada, że nie, ale w psychologii mas zadziałały inne mechanizmy, sprytnie zresztą wykorzystane, także na Opolszczyźnie, przez polityków z prawej strony. W Polsce ostatnie wybory parlamentarne i prezydenckie wygrały (lub uzyskały zaskakujące dobre wyniki) partie, które z antyunijności stworzyły jedną z podstaw programowych. To PiS i partie Janusza Korwin-Mikkego oraz Kukiza. Czy to oznacza, że Polska pójdzie w ślady Wielkiej Brytanii?

I tu zaskoczenie, bo z sondaży robionych w naszym kraju wynika, że to Polacy (i Węgrzy) są obecnie największymi euroentuzjastami. Czyli zwycięstwo partii eurosceptycznych nie ma związku z eurosceptyzmem samego wyborcy. Gdyby w Polsce zrobić referendum w sprawie pozostania lub wystąpienia Polski z Unii Europejskiej, to 85 proc. głosujących opowiedziałoby się za pozostaniem we wspólnocie (sondaż przeprowadzonego na zlecenie Instytutu Spraw Publicznych, inne badania mówią o około 70-80-procentowym wsparciu, a więc także bardzo wysokim). Natomiast wykonane wiosną tego roku badanie amerykańskiego instytutu Pew Research pokazało, że najbardziej eurocesptyczni są Grecy (71%) - co akurat nie dziwi, bo Grecy obwiniają za swój kryzys właśnie UE; oraz… Francuzi (61% przeciwników UE). Drastycznie spada też poparcie dla UE w Hiszpanii, Holandii, Niemczech… Zbliżające się wybory i sondaże partyjne w tych krajach wskazują, że i tam bardzo realne jest przejęcie władzy przez przeciwników UE.

Najwyraźniej widać to we Francji. Szefowa Frontu Narodowego Marine Le Pen cieszy się ogromnym poparciem, a sondaże wskazują, że z łatwością wygra pierwszą turę wyborów prezydenckich. Czy po drugiej turze zadomowi się w Pałacu Elizejskim? To realne. Wskazują na to ostatnie wydarzenia - ani prawicowi republikanie, ani lewicowi socjaliści nie mają dobrej kontrkandydatury. Ku zaskoczeniu wszystkim wśród republikanów przepadł uznawany w sondażach za pewniaka Sarkozy, o rolę kandydata na prezydenta Republikanów zmierzą się Alain Juppé i François Fillon - politycy doświadczeni, byli premierzy, ale do tej pory pozostający w cieniu i postrzegani jako technokraci. Nie mają charyzmy i umiejętności pociągnięcia za sobą tłumów - jaką niezaprzeczalnie posiada Marine Le Pen.

Dr Migalski wierzy, że w drugiej turze wyborów prezydenckich Le Pen przepadnie - choćby socjaliści mieli oddać swoje głosy republikanom. - Francja to nie USA zaimpregnowana populizmem - mówi Migalski. - A nawet gdyby Le Pen wygrała, to jest ona o wiele bardziej poprawna niż Trump.

Fakt: Marine Le Pen doprowadziła do wyrzucenia własnego ojca (zresztą założyciela i wieloletniego lidera Frontu Narodowego) z partii za jego nieodpowiedzialne wypowiedzi na temat Holokaustu, który nazwał detalem w dziejach II wojny światowej. Przywódczyni Frontu Narodowego nie jest więc faszystką, ale to nie oznacza, że jest euroentuzjastką. Migalski jest jednak optymistą, także jeśli idzie o wybory w Niemczech - uważa, że uda się zatrzymać ruchy antyeuropejskie i narodowe, bo Niemcy to naród pragmatyczny, wyedukowany i obywatelski.

Pytanie tylko, co będzie silniejsze: strach przed imigrantami, którzy dewastują niemieckie miasta i napastują Niemki, czy zasady politycznej poprawności.

- Czy ta łajba zwana Unią Europejską w ciągu najbliższych lat się rozsypie? Myślę, że bardziej realne jest to, iż Unia Europejska za kilkanaście lat będzie bardzo różna od tej, którą znamy, tej, do której Polska wstępowała - przypuszcza Migalski. - Najbardziej prawdopodobne jest pękniecie wewnętrzne w UE, powstanie integrujące się jądro paru mocnych państw starej UE oraz towarzyszące mu satelity krajów zrzeszonych. To będzie Europa dwóch, a nawet trzech prędkości. Polska będzie wśród państw satelickich i straci nie tylko łatwy dostęp do funduszy unijnych. Przede wszystkim ucierpimy pod względem bezpieczeństwa. To, że w naszym kraju nie grasują jeszcze „zielone ludziki Putina”, jak na Krymie, czy części Ukrainy, to efekt naszej obecności nie tylko w NATO, ale i w Unii. Gdybym był zagorzałym narodowcem, któremu słowa: Polska i naród polski nie schodzą z ust, to nawet modliłbym się o to, żeby Unia Europejska była bardzo silna, a nasz kraj był jej bliski.

Ewa Bilicka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.