Dionizy Piątkowski: Zawsze interesowały mnie muzyka i kultura Nowego Orleanu

Czytaj dalej
Fot. Katarzyna Rainke
Marek Zaradniak

Dionizy Piątkowski: Zawsze interesowały mnie muzyka i kultura Nowego Orleanu

Marek Zaradniak

Rozmowa z Dionizym Piątkowskim, animatorem Era jazzu Aquanet Jazz Festival i Honorowym Obywatelem Nowego Orleanu.

Wielkie otwarcie festiwalowej Ery Jazzu to koncert Nicholasa Paytona -legendarnego trębacza z Nowego Orleanu. Przypadek czy zobowiązanie

To dla mnie niezwykle honorowa i osobista sytuacja; zapraszam legendarnego artystę, z Miasta Jazzu, którego jestem Honorowym Obywatelem. Zawsze interesowała mnie muzyka i kultura Nowego Orleanu i zapraszałem wcześniej wielu muzyków z tego miasta. Obok Wyntona Marsalisa, Terence’a Blancharda teraz pojawia się trzeci z wielkiej , nowoorleańskiej „trójki” – charyzmatyczny Nicholas Payton. Laureat nagrody Grammy, jeden z czołowych światowych trębaczy jazzowych, multiinstrumentalista, wokalista, kompozytor. Jest powszechnie uważany za jednego z największych artystów naszych czasów, który zdobył szacowne miejsce w historii muzyki.

Jak to się stało, że zostałeś honorowym obywatelem tego miasta.

Gdy Nowy Orlean i Luizjanę pochłonął szaleńczy żywioł Katriny zaprosiłem do Polski grupę muzyków z Nowego Orleanu. Opadły pierwsze emocje a zdumiony świat obserwował nieporadność amerykańskiego rządu, tragedię milionowej aglomeracji i koszmar mieszkańców. Przygotowałem specjalny koncert „ Era Jazzu for New Orleans „ by pomóc ofiarom Katriny. Na kilka tygodni przed naszym koncertem Alfred Caston, lider zespołu Joyful i opowiedział mi swą straszną historię : tragedię w rodzinie, ewakuację rodziców do Teksasu, zniszczone biuro, studio nagrań, archiwum. Ale pełen optymizmu potwierdził planowany udział w koncertach Ery Jazzu. Sukces koncertów i wizyta Joyful w Polsce przerosły nasze najśmielsze oczekiwania. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że to nasze działanie i pomoc muzykom z Nowego Orleanu, serdeczność z jaką się spotkali będzie miało taki zaskakujący finał. W czasie wizyty w Nowym Orleanie w 201o roku uhonorowany zostałem w imieniu Burmistrza i Rady Miasta – zaszczytnym tytułem Honorowego Obywatela Nowego Orleanu. Stałem się emisariuszem dobrej sprawy i Ery Jazzu w Mieście Jazzu .

Jakie różnice w mieście dostrzegłeś?

Nowy Orlean odwiedzałem kilka razy, zawsze przy innej okazji oraz w innych okolicznościach. Najciekawsze było poznawane miasta i jego specyficznej, niepowtarzalnej, afro-amerykańsko-karaibskiej kultury w 1985 roku, gdy byłem stypendystą USIA i podejmowany jak VIP gościem m.in. w domu Marsalisów ( gdzie odbyłem długą, serdeczną rozmowę z nestorem jazzowego rodu, prof. Ellisem Marsalisem). Wtedy poznałem także szefa New Orleans and Jazz Heritage, mnóstwo ludzi jazzu : od Allana Jaffe – puzonisty i szefa Preservation Hall po trębacza The Dirty Dozen Brass Band, Gregory’ego Davisa. Kiedy pojawiłem się w Nowym Orleanie w rok po huraganie Katerina, obraz miasta wydał mi się przygnębiający. Wszędzie ślady tragedii, tej widzianej w zrujnowanej dzielnicy Nine Ward, slamsowe oblicze Treme, ale także strach i zatroskanie na twarzach biednych, opuszczonych przez lokalną administrację nowoorleańskich Amerykanów. W przygnębienie wprawiła wizyta w południowej dzielnicy Nowego Orleanu, którą najbardziej zniszczyła Katrina. Dzisiaj już nie widać ogromu zniszczeń, bo po zalanych i rozwalonych domach pozostały ogromne, puste place. Przed Katriną mieszkało tutaj ponad sto tysięcy, czarnych, ubogich mieszkańców Nowego Orleanu. Wielu z nich zginęło wielu wyjechało na zawsze do pobliskiego Teksasu i -co znamiennie- niewielu powróciło. Załamanie psychiczne mieszkańców Nowego Orleanu widać na każdym kroku: od bezdomnych biedaków na głównych ulicach, po niebezpieczne znowu teraz peryferyjne części miasta i „polowanie” na naiwnych turystów we French Quartet.

Takie wrażenie odniosłem także ostatnio, gdy byłem gościem festiwalu New Orleans Jazz & Heritage. Przechadzając się po dzielnicy Treme ( wspaniale pokazanej ,wraz z problemami jej mieszkańców, w serialu „Treme”), klubach spotykałem się z serdecznym przyjęciem, ale i z przekonaniem, że to turyści napędzają ów fenomen, jakim jest pomoc dla tego miasta i regionu. Nooworleańczycy wiedzą, że są krzywdzeni przez kartele naftowe, marginalnie traktowani przez Waszyngton, pozostawieni sobie na tej amerykańsko-karaibskiej prowincji. Widać to nie tylko w samym mieście, ale przede wszystkim w całej, prowincjonalnej Luizjanie: smutną jest przemysłowa stolica stanu Baton Rouge, rozbawioną plebejskim zydeco i cajun zaściankowa Lafayette.

Czy Nowy Orlean nadal żyje w swoim autentycznym, oryginalnym stylu czy też "maskuje się turystycznie"?

Dla większości przybyszów, a przede wszystkim turystów, Nowy Orlean to głównie Dzielnica Francuska. I jest to jakiś przeuroczy, autentyczny skansen. Tak muzycz­ny, jak i mentalnościowy. Dzieje się tam przecież niezwy­kle dużo ciekawych rzeczy. Muzyka płynie we French Quarter przez kilkanaście godzin na dobę i pojawiają się tam doskonali muzycy. Nie spotka się czoło­wych nazwisk, bo nie taki charakter ma Dzielnica Fran­cuska. Ale grają tam doskonałe grupy jazzowe, rhythm and bluesowe, rockabilly. To jest inny Nowy Orlean, choć na Bourbon Street, St. Louis Street, St. Peter Street czy Decatur Street zjeżdżają muzycy z całych Stanów. Często możesz spotkać tu i muzyka z Europy. Bo to jest miejsce do grania i w miarę regularnego zarobkowania. Więkzość występów celowo jest przejaskrawiana i kiczowato zbliżona ku starej tradycji Nowego Orleanu, a to tylko po to by turyści właśnie tutaj, a nie gdzie indziej wydawali swoje pieniądze. Dzisiejsza French Quarter to mentalnościowa wyspa w centrum ogromnej metropo­lii.

Co Cię zafascynowało, a co zirytowało?

Nowy Orlean jest dużą amerykańską metropolią, centrum kultury i przemysłu. Brzemię jazzu okazało się jednak tak potężne, że w ogólnoświatowej mentalności pokutuje Nowy Orlean jako Miasto Jazzu. Stąd trudno dziwić się władzom miasta, iż z fascynacji minioną epoką stworzono skansenowskie wydanie Dzielni­cy Francuskiej. Reklamiarskie sposoby są zatem przeróżne: od pozornego podziału części miasta na Dzielnicę Francus­ką i resztę Nowego Orleanu po tysiące pomysłów, jakie każdego dnia serwuje się spragnionej jazzu turystycznej klienteli. Raz są to specjalnie organizowane parady, innym razem przejażdżki parowcem po Mississippi (skąd rozpoś­cierają się wspaniałe widoki na nie-jazzowy, bo na wskroś nowoczesny Nowy Orlean). Turystycznych atrakcji do­starczają w samej Dzielnicy Francuskiej setki restauracji., knajp i barów, klubów topless oraz tysiące najprzedziwniejszych sklepików. Kilkaset lokali roz­rywkowych, od klubów porno po snack-bary, nastawio­nych jest przede wszystkim na turystów. Mieszkańcy Nowego Orleanu tylko okazjonalnie pojawiają się we French Quarter. Pod płaszczykiem nieraz tandetnej pro­dukcji we French Quarter sprzeda się wszystko: i T-shirt z niewymyślnym, ale nowoorleańskim symbolem, jarmarkowe koraliki Mardi-Grass, płyty, książki i sztukę. Bo taki jest styl i szpan French Quarter. Dzielnica ta żyje przede wszystkim dzięki setkom prezentacji, jakie pod etykietą American Music można sprzedać. Narożnik Perdido Street i Rampart oblegany jest więc, tak grupą rockabilly, jak i country, czy bluesa. A z knajpy naprze­ciw dobiega ostry rhythm’n’blues. Kakofonia muzyki, krzyku, zabawy, ulicznego gwaru. Taka atmosfera tworzy wakacyjną beztroskę, którą perfekcyjnie wykorzystują grasujący wszędzie kieszonkowcy i naciągacze. Po latach, Nowy Orlean ponownie wpisał się na listę najbardziej niebezpiecznych miast w USA.

Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.