Benefis Sławomira Pietrasa: 50 lat minęło jak jeden dzień

Czytaj dalej
Fot. Robert Woźniak
Marek Zaradniak

Benefis Sławomira Pietrasa: 50 lat minęło jak jeden dzień

Marek Zaradniak

W sobotni wieczór, 2 listopada, ludzie opery i baletu z całej Polski, ale także melomani licznie wypełnili Scenę na Piętrze. A powodem tego był benefis Sławomira Pietrasa, obchodzącego 50-lecie pracy zawodowej.

Wielu kojarzy się on przede wszystkim z kierowaniem czołowymi teatrami operowymi i Polskim Teatrem Tańca, jednak pracę zawodową Pietras zaczynał w Estradzie Poznańskiej 2 listopada 1969 roku. Był to Dzień Zaduszny. W Polsce Ludowej obchodzono go trochę skromniej niż dziś, i akurat Estrada Poznańska w tym dniu pracowała.

- Ta cezura półwiecza oznacza, że miałem wtedy 25 lat. Zostałem dyrektorem artystycznym Estrady. Stało się tak, gdyż nasi poprzednicy robili jakieś showbiznesowe przekręty, choć nie wiem na czym to mogło, zwłaszcza w Polsce Ludowej, polegać. Dlatego postanowiono, że ekipa ze studenckiego ruchu kulturalnego wejdzie do Estrady i zrobi porządek. Inni robili porządek. Ja nie, ale ten pierwszy rok wiele mnie nauczył - mówił Sławomir Pietras, wdzięczny Estradzie, która po 50 latach pamiętała, pozwoliła spotkać się w Scenie ma Piętrze i uczcić ten skromny jubileusz.

Dać się usłyszeć i umieć słuchać

Zanim jednak jubilat rozpoczął swoją opowieść, na scenie pojawili się dwaj znakomici śpiewacy: tenor Sylwester Kostecki, który wrócił trzy tygodnie temu z Chicago, gdzie śpiewał w operze „Manru” Ignacego Jana Paderewskiego w liczącym 4 tysiące miejsc Copernicus Center i pierwszy baryton Opery Krakowskiej Adam Szerszeń. Zaśpiewali Duet Przyjaźni z opery „Don Carlos”.

Pomysł na wykonanie był Sławomira Pietrasa, który powiedział, że na ogół przez te 50 lat przyjaźnił się z artystami. Ci, którzy go nie lubili albo już zmarli, albo zamilkli. Przyznał, że nigdy nie był dyrektorem zbyt spolegliwym, a w dniu 50-lecia odczuwa duchową i mentalną wspólnotę z gremiami, które pozwoliły mu dobrze kierować teatrem. Słuchały go, ale i on ich słuchał.

Kolejną gwiazdą wieczoru była Joanna Cortes, która zaśpiewała „Habanerę” z opery „Carmen”. Pietras powiedział, że zaprosił ją z wielu względów. Przypomniał, że kiedy śpiewała Toscę, przyszła do niej polska Tosca wszechczasów, czyli Antonina Kawecka, która nikogo nie chwaliła, a zwłaszcza tych, którzy śpiewali ten sam repertuar co ona. Stanęła na brzegu garderoby i powiedziała: - Chcę ci dziewczyno powiedzieć, że jesteś prawie tak dobra jak ja. A ponieważ Kawecka jednocześnie śpiewała „Carmen”, Pietras postarał się, aby „Carmen” śpiewała także Cortes.

Pietras wszystko wie

Los chciał, że po roku pracy w Estradzie, z której go wyrzucono, Pietras nie został na bruku, lecz został asystentem dyrektora Opery Śląskiej w Bytomiu. Tu zwrócił uwagę, że na sali znajduje się aktualny dyrektor Opery Śląskiej, Łukasz Goik. To jedyny w historii tego zawodu funkcjonariusz operowy, który zanim został dyrektorem przeszedł przez wszystkie możliwe stanowiska nieartystyczne, zaczynając od tego, co wpuszcza na widownię.

Sławomir Pietras dodał, że kochał się w bileterkach Opery Śląskiej w Bytomiu, ale tylko dlatego, że gdyby był dyrektorem Teatru Wielkiego w Warszawie, i któregoś dnia przyjechał do Bytomia, kierowniczka bileterek pokazała go koleżankom mówiąc: - Panie Pietras, my jesteśmy z pana dumne. Bo gdybyśmy od dziecka tu za darmo pana nie wpuszczały, to by pan nigdy dyrektorem nie został.

Pietras przyznał, że nie był zbyt długo asystentem dyrektora Opery Śląskiej, ponieważ poszedł do Wrocławia. Potrzebowano tam młodego dyrektora, gdyż stary zamienił swój majątek na znaczki pocztowe, wziął żonę tancerkę i syna, dorastającego chłopca i uciekł do Wiednia. Pozostało więc wolne stanowisko, a o Pietrasie mówiono, że jest utalentowany dlatego, że w Bytomiu wszystkich znał, od bileterek po artystki. Mówiono: „Patrzcie, jaki zdolny. Wszystko wie”. - Nie wzięli pod uwagę tego, że w czasach szkolnych, gdy miałem lekcje odrobione, rodzice mówili: „To już jedź” - wspominał Sławomir Pietras.

We Wrocławiu dyrektorem opery był 3 lata. Gdy był tam dyrektorem po raz drugi, spotkał debiutującą w partii Tatiany w „Eugeniuszu Onieginie” Joannę Cortes. Nazywała się wtedy Mika i była córką słynnego tenora, swego czasu także dyrektora Opery Wrocławskiej, Ludwika Miki, a wyszła za mąż za meksykańskiego dyrygenta o nazwisku Cortes.

W Poznaniu źle się dyrektoruje

Tego wieczoru nie zabrakło też dwóch czołowych polskich barytonów: Zbigniewa Maciasa i Adama Szarszenia. Podobno sprzeczali się oni, który z nich ma zaśpiewać „Kuplety Torreadora” z „Carmen”i postanowili wykonać je wspólnie, a namówił ich do tego właśnie Pietras, bo jak przyznał, eksperymentowanie z artystami to jego ulubiona cecha zawodowa. Przy okazji, Zbigniew Macias przypomniał arię pt. „Gdybym był bogaczem” ze „Skrzypka na dachu”, bo przecież niedaleko z Masztalarskiej na Żydowską.

Benefis Sławomira Pietrasa w Scenie na Piętrze
Robert Woźniak Benefis Sławomira Pietrasa w Scenie na Piętrze

Sławomir Pietras przypomniał, że Kostecki, Macias i Cortes stanowili tercet, który podążał za nim z teatru do teatru.

- Podążali za mną nie tylko dlatego, że chcieli, ale dlatego, że ja tego chciałem i ich namawiałem - wspominał Pietras. Dziś Zbigniew Macias jest już dyrektorem artystycznym Teatru Muzycznego w Łodzi. Bardzo dobrym dyrektorem i świetnym reżyserem musicali.
Tutaj Sławomir Pietras zauważył, że gdy przemawia dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu, Przemysław Kieliszewski, a on jest na widowni, to mówi: „Witam pana dyrektora seniora”. - W ten sposób podkreśla, że jest trochę młodszy ode mnie. Dużo młodszy jest ode mnie - zauważył Pietras, dodając, że sam pobił pewien rekord.

- W Poznaniu bardzo źle się dyrektoruje. Sprawnego funkcjonariusza operowego cenią wtedy, kiedy go tu nie ma. Ja, podczas wielu lat pracy, kiedy mnie w Poznaniu nie było, byłem tu bardzo wysoko oceniany. Do czasu, kiedy przyszedłem i objąłem stanowisko dyrektora Teatru Wielkiego. Ze wszystkich dyrektorów Teatru Wielkiego byłem najdłużej. Tylko kilka miesięcy krócej był mój świetny poprzednik, Mieczysław Dondajewski. O byciu przez 15 lat dyrektorem jednego teatru kiedyś napiszę książkę

- obiecał Pietras.

Z błogosławieństwem papieża

Z okazji jubileuszu Sławomir Pietras otrzymał mnóstwo listów. Dyrektor Estrady, Małgorzata Kempa, stwierdziła, że listy najlepiej czyta się w intymności, dodając, że ten jubileusz wpisuje się w 65-lecie Estrady i stanowi piękną klamrę.

Sławomir Pietras przypomniał, że wspomniany już baryton Adam Szerszeń jest jego krajanem. Obaj są Zagłębiakami, ale z Zagłębia pochodzi też obecna tego wieczoru śpiewaczka Karolina Wieczorek. W jej wykonaniu usłyszeliśmy „Odgłosy wiosny” autorstwa Johana Straussa syna. Mówiąc o tenorze Adamie Zdunikowskim, Pietras zauważył, że obaj debiutowali w Teatrze Wielkim w Warszawie, w dniu, kiedy przyjechał papież Jan Paweł II, czyli 8 czerwca 1991 roku. Tego dnia papież udzielił mu błogosławieństwa. Ale choć było ono silne i szczere, to wystarczyło tylko na 3 lata.

Benefis Sławomira Pietrasa w Scenie na Piętrze
Robert Woźniak Benefis Sławomira Pietrasa w Scenie na Piętrze

Gwiazdą tego wieczoru była sopranistka Joanna Woś. Przyjechała z własnym akompaniatorem. Sławomir Pietras przypomniał, że gdy była młodą śpiewaczką, po koncercie sylwestrowym w Teatrze Wielkim w Łodzi zapytał ją, gdzie spędza Sylwestra. Odpowiedziała, że w domu. Zaprosił ją do siebie, a tam było już wiele znakomitości, a wśród nich dyrygent Tadeusz Kozłowski. Po Nowym Roku Woś i Kozłowski byli już parą.

Nie schodzić z afisza

W pewnym momencie na scenie zjawił się Zenon Laskowik, przynosząc jubilatowi „Opowiadania bizarne” Olgi Tokarczuk, pisarki, noblistki, którą jak powiedział, zachwycił się. - Bizarny znaczy dziwny - tłumaczył Laskowik, dodając, że człowiek, który przez pół wieku kocha taniec, muzykę i śpiew musi być dziwny. Kiedy zauważył, że wszystko rejestrowane jest przez Telewizję Publiczną, ubolewał, że nie wiedział o tym wcześniej, bo wtedy przyniósłby ze sobą różaniec.

Laskowik cieszył się, że jubileusz świętowany jest w tej magicznej sali, w której zaczynał przed laty Kabaret Tey i zapowiedział, że w wieczór Sylwestrowy zobaczymy program „Tey Retro”. Bo chociaż od początków Teya minęło ponad 40 lat, to niektóre teksty są aktualne. Pietras prosił go, aby pamiętać o Żużu Zembrzuskim. Przypomniał też, że kiedyś do Tey’a przyprowadził młodego wówczas Krystiana Zimermana. Kiedy Zenon Laskowik zauważył go, zapytał: - Panie Zimerman, po ile są fortepiany? Laskowik był zachwycony sobotnim wieczorem i przyznał, że nieczęsto bywa w operze. Częściej w operetce, jeśli chodzi o budynek, bo tam gra.

9 grudnia będzie można zobaczyć program pod tytułem „Mamy zmiany”. Ciekawostką wieczoru było to, że Laskowik wspomniał, że Pietras obiecał mu kiedyś rolę Eunucha w operetce „Kraina Uśmiechu”. Na razie idzie zorganizowana przez stowarzyszenie Poznańska Operetka Klasyczna wersja koncertowa, gdzie Eunuch jeszcze nie jest potrzebny, ale Laskowik już przygotowuje się do wersji scenicznej.

- Jeśli będzie wersja sceniczna z twoim udziałem, to nie zejdzie z afisza - zapewniał Laskowika Pietras.

Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.