Artur Urbanowicz: „Dziś w mediach społecznościowych rzadko można spotkać się z normalną, kulturalną dyskusją”

Czytaj dalej
Fot. Adam Jastrzębowski
Maciej Szymkowiak

Artur Urbanowicz: „Dziś w mediach społecznościowych rzadko można spotkać się z normalną, kulturalną dyskusją”

Maciej Szymkowiak

- Społeczeństwo jest dzisiaj podzielone na pół i obie grupy są przekonane, że to one są tymi dobrymi, podczas gdy ci drudzy to wrogowie, zdrajcy ojczyzny. Zamyka się między nami przestrzeń do jakiegokolwiek dialogu. Do tego każdy z nas postrzega dobro inaczej, subiektywnie, według własnego systemu wartości. Gdyby w dzisiejszym podzielonym społeczeństwie pojawił się superbohater, to po której stronie barykady by stanął? - mówi Artur Urbanowicz, pisarz horrorów.

Jest pan matematykiem, więc zapytam: czy matematyka ma coś w ogóle wspólnego z literaturą grozy?

Może mieć, co starałem się rozwinąć w mojej powieści „Paradoks”. Matematyka może straszyć przede wszystkim obiektami, których nie jesteśmy w stanie ogarnąć umysłem, takimi jak nieskończoność, czego dobrym przykładem jest inny horror literacki „Dom z liści”. Jak sądzę, odnosi się pan do mojego wykształcenia w kontekście działalności pisarskiej. Wydawałoby się, że trudno połączyć obie dziedziny, ale tak naprawdę to mit. Mój brat zaczynał studia informatyczne, a skończył jako aktor teatru tańca, z kolei mój przyjaciel, pracownik Google, współtworzył Festiwal „Teatrakcje” w moich rodzinnych Suwałkach. Umysł ścisły nie przeszkadza w tworzeniu, niekiedy może nawet pomagać. Przykładowo: thriller to taki rodzaj historii, w którym wszystko musi być poukładane, a wskazówki prowadzące do końcowego twistu powinny pojawiać się w odpowiednich momentach. Czasem wymaga to nawet wypełniania tabelek w Excelu. Moim zdaniem twórcą może zostać tak naprawdę każdy człowiek o otwartym umyśle, szerokich horyzontach i licznych zainteresowaniach. Matematyk, fizyk czy informatyk również.

Co pan rozumie poprzez „manipulowanie czytelnikiem” w swoich książkach, gdyż takiego zwrotu pan używa?

Wychodzę z założenia, że najważniejsze jest zaskoczenie, zakończenie z efektem „WOW!”. Jednocześnie nie chcę tworzyć wydumanych, nieracjonalnych zwrotów akcji. Odbiorca musi mieć wrażenie, że cały czas sygnalizowałem mu, jak ta historia się może zakończyć, tylko tego nie zauważał albo źle interpretował wskazówki. Gdy autorowi uda się wyprowadzić czytelnika na manowce, zapewnia mu satysfakcję z dobrze opowiedzianej historii.

No właśnie zaskakuje pan czytelników. Widziałem, że część z nich, zanim doczyta książkę, już do Pana pisze, czy przypadkiem gdzieś nie ma błędu edytorskiego w treści.

Opisana sytuacja dotyczy mojej książki „Gałęziste”. W pewnym momencie czytelnik dociera do takiego punktu w fabule, który wygląda jak błąd autora, i zdarza się, że od razu pisze do mnie w tej sprawie. Mówię mu wtedy, by czytał dalej, a wszystko się wyjaśni, bo żadnego błędu tam nie ma.

Zobacz też: Historia najstarszej polskiej pracowni lutniczej w Polsce. Wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie, od pradziadka, aż po prawnuki

Przeczytałem, że lubi pan stand-upy? Dlaczego i czy jakoś wpływają na pański warsztat?

Zdecydowanie tak. Zaobserwowałem, że zasady pisania dobrych żartów to również zasady pisania dobrych historii. Od strony analityczno-warsztatowej komicy używają tych samych narzędzi, co poeci. Gier słownych, metafor, odpowiedniego rytmu zdań, akcentowania. Stosują też tzw. zasadę 2-3-1, wedle której najważniejsze słowo, w tym przypadku puenta, musi znaleźć się na końcu, bo tylko wtedy działa. Jeśli pod tym samym kątem przyjrzymy się poezji, dostrzeżemy wiele podobieństw w kwestiach technicznych. Oczywiście są to zupełnie inne konteksty, tematy, słownictwo i przede wszystkim cele. Stand-uper chce rozśmieszyć i zaskoczyć, a poeta przemycić za pomocą słowa głębszą myśl, co nie zmienia to faktu, że korzystają z tych samych narzędzi. Dowód na to, jak mocno te dwie gałęzie sztuki się przenikają, to pan Andrzej Poniedzialski, stand-uper i poeta w jednym. Mówi pięknie, a jednocześnie pięknie żartuje. Używa prostych słów, żeby opisywać abstrakcyjne i dziwne sytuacje w zabawny sposób.

To kwestie warsztatowe, ale czy lubi pan w swoich powieściach wykorzystywać wątki czarnej komedii?

Moim podstawowym gatunkiem jest groza, ale na każdą emocję są czas i miejsce, więc nawet w historii z dreszczykiem mogą pojawić się momenty luźniejsze, czasem humorystyczne, wynikające z jakiegoś żartu sytuacyjnego. Można na przykład umieszczać w historii postacie pełniące funkcję naczelnego zgrywusa. Idealny wykres napięcia powinien wyglądać jak sinusoida, w której każdy szczyt wypada coraz wyżej. Konstruowane są w ten sposób, chociażby filmy Marvela, w których sceny akcji przeplatane są akcentami humorystycznymi, aby widz mógł troszeczkę odetchnąć. Specjaliści od opowiadania historii między innymi tym zabiegiem tłumaczą ich sukces komercyjny.

Uczy pan kreatywnego pisania. Dobrego, kunsztownego pisania faktycznie da się nauczyć? Czy nie jest jednak tak, że to duża kwestia wrażliwości artystycznej i wrodzonego talentu?

Sądzę, że mimo wszystko pisania można się nauczyć. Nawet ludzie wybitnie utalentowani powtarzają, że talent to około 10 proc. sukcesu, reszta zaś to ciężka praca. Każdy umysł da się pobudzić do kreatywności. Jeśli przyjrzymy się procesowi pisania, to faktycznie jest to przelewanie na papier strumienia swoich myśli. Należy więc zrobić wszystko, aby już te myśli były uporządkowane i sensowne, czyli zaczynały się od konkretnego wprowadzenia, miały odpowiednio zajmujący środek i mocną puentę na końcu. Jeżeli będziesz miał co powiedzieć, będziesz również miał co napisać. Jak to osiągnąć? Poszerzać horyzonty, dużo czytać, sięgać po jak najwięcej rodzajów kultury, dotykać różnych punktów widzenia, jeśli chodzi o idee i światopogląd. Nie zamykać się w swojej bańce, słuchać tych, którzy pięknie się wysławiają, bo jeżeli nauczymy się pięknie mówić, tym łatwiej będzie nam pisać. Przykładowo – komentator piłkarski Mateusz Borek często używa zasady trójki, czyli konstruuje zdania na bazie paralelizmów: „Obejrzałem mecz dobry, mecz szybki, mecz pełen emocji”. Między innymi dlatego tak dobrze się go słucha. Zasady trójki i wielu innych uczę na moim kursie.

Zainteresuje Ciebie: Graham Masterton: Myślę, że horrory są terapeutyczne. A przy tym zapewniają zastrzyk adrenaliny i nieprzespane noce [WYWIAD]

Rozmawiałem wcześniej z Grahamem Mastertonem. Mówił mi, że bardzo mało czyta, ale jednocześnie też codziennie bardzo dużo pisze. Jak jest u pana?

Czytam, kiedy mogę. Najczęściej korzystam z audiobooków (zwłaszcza w podróży), są dla mnie najwygodniejszym sposobem odbierania literatury, a przy okazji osłuchuję się z dobrym rytmem zdań. Natomiast jeśli chodzi o pisanie, budzę się o 7 i piszę do 11. Gdy tekst jest już napisany, tyle samo czasu dziennie poświęcam na jego poprawianie. Pierwszy szkic powieści piszę szybciej, ale o wiele dłużej w niej dłubię, ulepszam, usuwam lub dopisuję sceny, poprawiam kolejność wyrazów, aby przez tekst płynęło się niczym przez melorecytację rapera.

Skoro przywołałem Mastertona, to od razu zapytam: kogo pan najbardziej ceni z pisarzy i pisarek literatury grozy?

Nigdy bym nie zadebiutował, gdyby nie twórczość Stefana Dardy, autora pochodzącego z Lubelszczyzny. W jego pierwszych historiach groza jest właśnie taka wiejska, słowiańska, małomiasteczkowa i często subtelnie wplatał w nią elementy promujące jego rodzinne ziemie. To właśnie „Dom na wyrębach” i dwie pierwsze części cyklu „Czarny wygon” zainspirowały mnie do napisania powieści „Gałęziste”.

A z zagranicznych?

Nie jestem wielkim fanem Stephena Kinga, ale bardzo cenię dwie jego książki: „Cmętarz zwieżąt” (błąd ortograficzny w tytule jest celowy - przyp. red.) i „Lśnienie”. Podoba mi się w nich to schodkowe, powolne popadanie w szaleństwo głównych bohaterów. Aby proces ten wypadł wiarygodnie, musi być w miarę możliwości rozpisany długotrwale, rozciągnięty na całą fabułę i to się Kingowi niewątpliwie udało.

Sprawdź też: Utracone dzieła sztuki z Polski. Zagrabiono je przed laty i nigdy nie zwrócono. Wciąż są poszukiwane po całym świecie

Dlaczego horrory nie są w Polsce aż tak popularne, jak choćby powieści kryminalne i detektywistyczne?

Niska popularność literatury grozy jest po części wynikiem dzikich lat 90., bo właśnie wtedy wydawnictwa Phantom Press i Amber zalały rynek sporą ilością horroru klasy B, czyli zmutowanych krabów, aligatorów i innych stworów. Próżno było szukać w tych historiach głębszych przemyśleń, często opierały się na kiczu. Przez to horror literacki w świadomości wielu czytelników nadal funkcjonuje jako literatura śmieciowa, gorsza, która nie jest w stanie zmienić życia czytelnika ani stawiać poważnych egzystencjalnych pytań. Tymczasem groza też może być rozrywką ambitniejszą i nie musi polegać wyłącznie na epatowaniu przemocą. Każda dobra historia powinna opowiadać przede wszystkim o ludziach i ich problemach, natomiast jej elementy gatunkowe to jedynie dodatek i tło. We wspomnianym przeze mnie „Cmętarzu zwieżąt” mamy tego doskonały przykład. To historia tak naprawdę o tym, jak wpływa na nas śmierć bliskiej osoby, jak wiele człowiek byłby gotów poświęcić, żeby ją odzyskać, oraz gdzie leży granica miłości rodzica do dziecka. Natomiast „Lśnienie” to w istocie opowieść o demonach alkoholizmu, od którego człowiek nigdy nie jest w stanie całkowicie się uwolnić.

Pan też łączy grozę z wątkami kryminalnymi.

— pisarz literatury grozy. Z wykształcenia matematyk, z zawodu korpo szczur i wykładowca akademicki, z charakteru chorobliwy perfekcjonista. Wnikliwy
Adam Jastrzębowski Książka pt. "Deman", premiera 28 września. Wydawnictwo: Vesper.

Tak, mój „Inkub” to połączenie grozy z klasycznym kryminałem, tyle że policjant nie szuka klasycznego mordercy, a kobiety dawniej posądzonej o paranie się czarami. Jeszcze wracając do dużej popularności kryminału, a małej horroru – zauważyłem pewien paradoks. Otóż: dzisiejsze kryminały bywają brutalniejsze niż horrory. Przykładowo Max Czornyj, Piotr Kościelny czy Przemysław Piotrowski piszą bardzo naturalistycznie, nie unikają szczegółowych opisów zbrodni, takich jak torturowanie ofiar przez psychopatycznego mordercę, co zwykle jest domeną tzw. horroru ekstremalnego. Autorzy ci są jednak bardzo popularni, co oznacza, że w Polsce jest zapotrzebowanie na taką literaturę. Więc mogę przewrotnie powiedzieć: proszę nie bać się horrorów! Wiele z nich nie jest oparte na przemocy i mocnych opisach, a na atmosferze tajemnicy, mistycyzmu i baśniowości. Na mrocznym klimacie opuszczonych wiosek, ciemnych lasów, nagich drzew, które przypominają szponiaste łapy. To groza nastawiona na wywoływanie ciarek, nie szokowanie krwawą jatką.

Czy dobry horror musi faktycznie straszyć? Czy może istnieć dobra literatura grozy bez wywoływania strachu? Osobiście nie lubię, gdy ktoś mówi, że „ten horror był słaby, bo się nie bałem”.

Podchodzę do tego podobnie. Jeśli przeczytam historię grozy, która mnie nie przestraszy, ale zmusi do przemyśleń, oceniam ją pozytywnie. Żyjemy w czasach Internetu, które zmieniają nas jako odbiorców kultury. Każdy chce mieć podane informacje jak najszybciej jak najzwięźlej i jak najprzystępniej. Współczesny czytelnik szuka więc szybkich emocji. Sięga po komedię, żeby się śmiać, po horror, żeby się bać i jeśli tego nie otrzymuje, jest niezadowolony. Taki stan rzeczy nie musi wynikać z braku umiejętności autora, każdy z nas ma zróżnicowaną wrażliwość na dane bodźce i każdego z nas śmieszy lub straszy coś innego.

Przeczytaj też: Michał Grudziński: Coraz częściej czuję swój koniec. Tyle lat byłem wierny tej scenie. Chciałbym na niej umrzeć

Pańska najnowsza książka pt. „Deman” to horror, ale z elementami powieści o superbohaterach. Skąd pomysł na takie niespotykane połączenie superbohatera i horroru?

Zaczęło się od magicznego dotyku inspiracji. Kreatywność polega na tym, że bierzemy jakiś z pozoru oklepany, klasyczny motyw i patrzymy na niego z różnych punktów widzenia. Odwracamy je, zmieniamy jakąś drobnostkę, żeby uzyskać piorunujący efekt makro. Zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby człowieka opętał demon, ale nie wpływałby na jego umysł i ciało. Czyli odwrócilibyśmy tę sytuację i to człowiek byłby w stanie korzystać z mocy demona. W najczęściej spotykanej interpretacji egzorcyzmów w kinie lub w literaturze osoba opętana uzyskuje nadludzkie zdolności takie jak zwiększona siła. A przecież tak samo jest z superbohaterami. Często pojawia się również motyw, w którym opętany próbuje zachwiać równowagą duchową egzorcysty lub towarzyszących mu osób poprzez wyjawianie ich ciemnych sekretów. Skądś nabywa o nich wiedzę. To również zdolność, z której dobry użytek zrobiłby każdy superbohater. Tak właśnie powstał człowiek-demon.

Jak dalej się kształtował ten pomysł?

Rozwijałem ten pomysł i pomyślałem, co byłoby, gdyby klasyczne postacie kultury grozy takie jak: wampir, wilkołak, zombie i wiele innych odświeżyć, pokazać je w zupełnie nowy sposób, dopasowany do naszych czasów. Stworzyłyby uniwersum istot o nadludzkich zdolnościach, superbohaterów i superzłoczyńców. Bestiariusz jest bardzo rozbudowany, można z tego skonstruować zupełnie nowy fantastyczny świat.

A gdzie w tym pomyśle miłość do konwencji superbohaterów? Czy ona w ogóle pana interesuje?

Oczywiście, superbohaterowie wpłynęli na całe moje życie, poczynając od dzieciństwa. Już w wieku 5 lat poznałem postać Spider-Mana. Nie uniknąłem boomu na serial „Power Rangers”, a nieco później na anime „Dragon Ball Z”, które również jest historią superbohaterską, tyle że w konwencji japońskiej. W ramach researchu do „Demana” starałem się dotknąć tej tematyki również od poważniejszych punktów widzenia. Natrafiłem, chociażby na wzmianki o zjawisku socjologicznym, które nazywa się wiarą w superbohaterów, choć nie w ujęciu religijnym. Chodzi w nim o to, że pojawia się w naszym życiu postać, w tym przypadku fikcyjna, która staje się dla nas wzorem do naśladowania. Obserwujemy losy bohatera, który walczy ze złem, ma zasady i wartości, z którymi się utożsamiamy i które przedkłada nad swoje korzyści. Takie postacie nas inspirują, motywują do rozwoju, przekraczania kolejnych barier. Zwłaszcza że superbohaterowie nie tylko ratują świat, mierzą się również z problemami takimi jak my. Taki Peter Parker (Spider-Man) nie radzi sobie w relacjach z kobietami, nie zagrzewa nigdzie dłużej miejsca w pracy, nie znajduje czasu dla rodziny, los karze go za to, że zdecydował się naprawiać świat, odpowiada złem na jego dobro. Mimo to bohater się nie poddaje, nie rezygnuje, próbuje dalej. Odbiorca podziwia go właśnie za to, że próbuje, nie za to, że mu się udaje.

Przeczytaj: Krzysztof „Grabaż” Grabowski: Piekło tworzymy sobie sami, tutaj na ziemi

Jest pan osobą wierzącą?

Tak, ale nie skreślam drugiego człowieka, gdy ten ma inne poglądy w tej materii. Każdy ma prawo wierzyć lub nie wierzyć, w co chce. Grunt, żebyśmy odnosili się do siebie z szacunkiem i kulturą wypowiedzi.

Pytam nie bez przyczyny. W pańskiej książce głównym bohaterem jest ksiądz.
Uznałem, że jego historia stanie się ciekawsza, jeżeli wprowadzę w nią dodatkową komplikację: mój bohater będzie ojcem. Jeszcze, kiedy był diakonem, miał przygodę w klubie z kobietą, która zakończyła się ciążą. Dowiedział się o tym przypadkiem, kiedy po latach minął tę samą kobietę z córką na ulicy. Śledząc je przez wiele tygodni, utwierdził się w przekonaniu, że to musi być jego dziecko, biorąc pod uwagę wiek dziewczynki i fakt, że jej mama nie ma partnera. Bohater ma więc taką samą mroczną tajemnicę jak te, które potem będzie czytał ze spotykanych ludzi dzięki swoim zdolnościom. Przez moment rozważałem, czy nie zrobić z niego dziennikarza pracującego w portalu z tylko dobrymi wiadomościami, ale uznałem, że rola księdza nada opowieści więcej dramatyzmu.

Są takie portale, tylko z dobrymi wiadomościami?

Są, ale rozumiem, do czego pan zmierza. To też jest między innymi pytanie i przesłanie, jakie chciałbym, żeby czytelnik wyniósł z tej książki. Obecnie jesteśmy zalewani złymi wiadomościami, które utwierdzają nas w przekonaniu, że świat jest, o wiele gorszy, brudniejszy niż w rzeczywistości. Książka jest w pewnym sensie studium psychologicznym, co się dzieje z człowiekiem, który karmi się wyłącznie złem i nieszczęściem, który widzi tylko negatywne cechy spotykanych ludzi, bez żadnych sukcesów, dobrych uczynków i miłych gestów. Czy nie jest tak, że narasta w nas niechęć, wręcz nienawiść do jakiejś grupy społecznej, gdy tę przedstawia się w mediach z naszej bańki informacyjnej wyłącznie jako wcielone zło? Tutaj dotykamy kolejnego problemu, który dotyczy wielu z nas. Społeczeństwo jest dzisiaj podzielone na pół i obie grupy są przekonane, że to one są tymi dobrymi, podczas gdy ci drudzy to wrogowie, zdrajcy ojczyzny. Zamyka się między nami przestrzeń do jakiegokolwiek dialogu. Do tego każdy z nas postrzega dobro inaczej, subiektywnie, według własnego systemu wartości. Gdyby w dzisiejszym podzielonym społeczeństwie pojawił się superbohater, to po której stronie barykady by stanął? Jak interpretowałby dobro, a jak zło? A może nie opowiedziałby się po żadnej ze stron, uznałby, że obie mają swoje za uszami i należy ten podział jak najszybciej przerwać?

Czyli to, co za oknem wpływa na pańskie fikcyjne światy?

Nie da się tego uniknąć. Pisałem tę książkę głównie w 2020 r. i 2021 r. Pamiętamy, co się wtedy działo, chociażby Strajk Kobiet, pandemia COVID-19, szczepionki. To były tematy, które skutecznie nas podzieliły. Zauważmy, że dziś w mediach społecznościowych rzadko można spotkać się z normalną, kulturalną dyskusją. Zazwyczaj zobaczymy tam obrzucanie się błotem, bardzo rzadko się zdarza, aby ktoś pod wpływem cudzych argumentów zmienił zdanie. Z kolei wojna za nasza wschodnią granicą i przemyślenia z nią związane zainspirowały mnie do poruszenia jeszcze jednego wątku, który zostanie rozwinięty w kolejnych częściach cyklu. Co dla nas, ludzi, jest ważniejsze? Nasze szeroko pojęte korzyści czy jednak wartości? Czy gdzieś tam na świecie mogą umierać i cierpieć ludzie, bylebyśmy mogli prowadzić wygodne życie, z tanimi produktami, surowcami i energią? Zauważmy, że jeśli skupimy się wyłącznie na korzyściach, a nie na wartościach, to tak naprawdę przestajemy czymkolwiek różnić się od zwierząt. Dobro i zło to wynalazki człowieka. Wartości to wynalazki człowieka. Wartości bywają niezgodne z tym, co dzieje się w naturze, w której walki na śmierć i życie o zasoby (terytorium łowów, samice) są uznawane za coś zupełnie normalnego. W kolejnych częściach cyklu „Deman” planuję wprowadzić do świata przedstawionego prawdziwy chaos, istną apokalipsę. Bohaterowie będą musieli wybrać, czy wybierają wartości kosztem korzyści, czy jednak zrzekną się człowieczeństwa na rzecz przetrwania.

Przeczytaj też: Marcin Meller: Ukraińcy nie tylko walczą o swój kraj, ale walczą też dla nas i za nas. Tak rozumiem polski patriotyzm [WYWIAD]

A wracając do księdza. Miał pan konsultanta do spraw związanych z życiem w kapłaństwie?

Jeden ksiądz był uprzejmy porozmawiać ze mną o tym, jak wygląda codzienne życie kapłanów, jakie mają obowiązki oraz jak wygląda ich czas wolny. Powiedziałem mu wprost, jakie motywy pojawią się w historii, o czym ona będzie, że przedstawię w książce środowisko księży w odcieniach szarości, czyli i tak lepiej niż w mediach głównego nurtu. Zauważyłem, że przedstawia się dzisiaj kapłanów niemal wyłącznie od złej strony, podaje się wiadomości związane głównie ze skandalami. Nie można zaprzeczyć, że Kościół ma wiele za uszami, ale jednocześnie nie zapominajmy, że istnieją również tacy księża, którzy podchodzą do drugiego człowieka z miłością, nie starają się na siłę go nawracać, nie zaglądają nikomu do łóżka. Zdarzają się wśród nich naprawdę mądrzy, ciepli i serdeczni ludzie. Jeden z takich kapłanów jest egzorcystą w mojej powieści, jest też mentorem dla głównego bohatera, który w pewnym momencie się gubi.

Czy planuje pan wrócić jeszcze literacko do Suwałk?

Oczywiście! Ludzie nawet tego ode mnie oczekują. Jak dotąd „Inkub” i „Gałęziste” są moimi najpopularniejszymi książkami, czytelnicy pokochali moją twórczość za te prowincjonalne, sielskie klimaty ze słowiańskością, zabobonami, z dala od dużego miasta. Zamierzam tym razem wziąć na tapet ruiny dworu nad jeziorem Hańcza, najgłębszym w Polsce. W jego toni z pewnością kryje się wiele przerażających tajemnic.

CV: Pisarz literatury grozy. Z wykształcenia matematyk, z zawodu korpo szczur i wykładowca akademicki, z charakteru chorobliwy perfekcjonista. Wnikliwy obserwator i słuchacz. Wychodząc z założenia o rozrywkowej funkcji literatury, w tekstach stawia na lekkość, chce bawić i manipulować czytelnikiem oraz obowiązkowo na końcu zaskoczyć. Stypendysta miasta Suwałk i miasta Gdańska w ramach działalności artystycznej.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Maciej Szymkowiak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.