Aleksandra Kubas-Kruk: Ważne, aby robić to, co się kocha

Czytaj dalej
Fot. Waldemar Wylegalski
Marek Zaradniak

Aleksandra Kubas-Kruk: Ważne, aby robić to, co się kocha

Marek Zaradniak

Z Aleksandrą Kubas-Kruk, znakomitą młodą, polską sopranistką rozmawiamy nie tylko o muzyce operowej.

Miała Pani tradycje muzyczne w rodzinie?
W pewnym sensie tak. Mój tato grał na skrzypcach i na gitarze. Obecnie, w ramach hobby, gra i śpiewa we wrocławskim zespole Sygit Band, który współtworzą głównie biznesmeni. Muzyka od zawsze była jego pasją. Natomiast mama ma bardzo ładny głos, śpiewała kiedyś w chórze. W moim rodzinnym domu zawsze było dużo muzyki. Natomiast osoby, która robiłaby to zawodowo, nie ma. Chyba że pradziadek. Z tego, co mówiła mi babcia, grał na wielu instrumentach.

Od razu została Pani śpiewaczką, czy po drodze były jakieś instrumenty?
Najpierw w wieku 7 lat zaczęłam od gry na fortepianie. Po paru latach zmieniłam instrument na flet poprzeczny. Bardzo lubiłam grać na flecie, mam ogromny sentyment do tego instrumentu. Ale zawsze, odkąd tylko pamiętam, chciałam śpiewać. A więc to była decyzja, która zapadła dawno, dawno temu. Jako nastolatka śpiewałam oczywiście muzykę rozrywkową, jazzową. Dopiero później zaczęłam kształcić głos w kierunku klasyki.

Dlaczego nie postawiła Pani na rozrywkę?
To dość ciekawa historia. Kiedy już byłam pewna, że moją pasją jest śpiew, zaczęłam szukać nauczyciela. Koleżanka podpowiedziała mi wtedy, że w szkole muzycznej jest nauczyciel, który uczy oficjalnie śpiewu klasycznego, ale poza tym zajmuje się też śpiewem rozrywkowym. Pomyślałam, że to coś dla mnie. Zdałam egzaminy i złożyłam podanie do tego pedagoga, ale przydzielono mnie do kogoś innego. Pomyślałam - spróbuję, co mi szkodzi. Po paru miesiącach zaczęto mówić - jaki ona ma talent! Utworów uczyłam się błyskawicznie, miałam solidne podstawy muzycznego wykształcenia. Po paru miesiącach pojechałam na pierwszy konkurs, na którym dostałam nagrodę. Śpiew klasyczny zaczął coraz bardziej mnie pasjonować i doszłam do wniosku, że to jest właśnie moja droga. Chociaż muszę powiedzieć, że do tej pory bardzo lubię śpiewać standardy jazzowe.

Sukces goni u Pani sukces. Mimo młodego wieku występuje Pani w Teatrze Bolszoj w Moskwie. Jak się tam trafia?
To się zdarzyło po otrzymaniu I nagrody na konkursie Moniuszkowskim w Warszawie. Zaproszono mnie na przesłuchania do nowej produkcji Teatru Bolszoj „Złoty kogucik” Rimskiego Korsakowa. Szukano artystki, która dobrze śpiewa, ale też dobrze wygląda. Chodziło bowiem o rolę Szemachańskiej Carycy, która swym urokiem doprowadza do upadku Cara. Musiałam najpierw polecieć do Amsterdamu na przesłuchanie dla ówczesnego szefa muzycznego Teatru Bolszoj. Po przesłuchaniu u dyrygenta poleciałam do Berlina i zaśpiewałam dla reżysera Kirilla Serebrennikova, który jest wielką gwiazdą rosyjskiego kina. To był łut szczęścia, że mnie zaakceptowano, bo to tak jakby u nas w Warszawie Rosjanka miała zaśpiewać Halkę. Wówczas w ogóle nie znałam rosyjskiego. Musiałam dużo pracować nad akcentem bo krytyka po premierze napisała, że najlepiej można było zrozumieć język rosyjski w wykonaniu polskiej śpiewaczki.

Często Pani tam śpiewa?
Po udanej premierze zaproszono mnie na kolejne spektakle „Złotego Kogucika” oraz do kilku innych produkcji takich jak: „Czarodziejski flet” Mozarta czy „Dziecko i czary” Ravela. Od 2011 roku występowałam w tych spektaklach przez kolejnych kilka lat.

Wtedy była Pani jedyną Polką, która śpiewała w Teatrze Bolszoj?
Tak. Z tego co się zorientowałam, to byłam jedyną Polką, która zaśpiewała tam po wspaniałej Marii Fołtyn.

Słyszałem, że teraz jest Pani często we Włoszech i Pani koncerty załatwia się przez Włochy.
Tak. Współpracuję z włoską agencją, która załatwia bardzo ciekawe kontrakty. Śpiewam we Włoszech, w kwietniu wystąpię na południu Francji, a w grudniu mam projekt w Concertgebouw w Amsterdamie.

Marzy Pani o La Scali?
Oczywiście - to jeden z najlepszych teatrów operowych na świecie. Marzę jednak przede wszystkim o tym, żeby śpiewać w świetnych teatrach i współpracować z wybitnymi artystami, bo daje to możliwość rozwoju i zrobienia czegoś pięknego. Myślę, że niezwykle ważne jest, aby robić to, co się kocha.

Stwierdziła Pani, że do Moskwy dostała Pani angaż po konkursie. Czy konkursy pomagają młodemu artyście?
Konkursy są bardzo ważne dla młodych śpiewaków. Dzięki nim można otrzymać angaż do teatru operowego czy zaproszenie do udziału w koncercie. Coraz częściej w jury konkursowych komisji zasiadają dyrektorzy teatrów i agenci operowi. Poza tym konkursy mobilizują do pracy, a nawet jeśli nie otrzyma się żadnej nagrody, są cennym doświadczeniem.

Śpiewała Pani na Koncercie Sylwestrowym i na Koncercie Noworocznym Filharmonii Poznańskiej, ale są też dalsze plany związane z Pani obecnością w Wielkopolsce...
W czerwcu wystąpię w trzech koncertach organizowanych przez Filharmonię Poznańską. Jeden w Poznaniu, kolejny na Międzynarodowym Festiwalu Operowym Smetanova Litomyśl w okolicach Brna, a ostatni na Choriner Musiksommer Festival w Niemczech. Wykonywać będziemy IX Symfonia Beethovena i „Stabat Mater” Karola Szymanowskiego. Bardzo się cieszę, bo o „Stabat Mater” marzyłam od kilku lat. To przepiękny utwór, a Karol Szymanowski to mój ulubiony polski kompozytor. Uwielbiam jego twórczość i jestem bardzo szczęśliwa, że będę mogła zaśpiewać to arcydzieło. Poza czystym pięknem, a zarazem wielkim bólem jest w tym utworze coś transcendentnego, ponadczasowego. A wracając do Wielkopolski, prowadzone są obecnie rozmowy co do mojego udziału w nowej produkcji „Rigoletta” w Teatrze Wielkim w Poznaniu (premiera w październiku). Zaśpiewam też na tegorocznym festiwalu Musica Sacromontana w Gostyniu.

To bardzo dobry festiwal. Przyjeżdżają tam melomani z całej Polski, a nawet z zagranicy...
Zapraszano mnie już kilkakrotnie, ale jakoś trudno było mi znaleźć termin. Mam nadzieję, że w tym roku się uda.

Po festiwalu Musica Sacromontna zawsze wydawana jest płyta. A czy firmy fonograficzne zabiegają o młodą artystkę?
W tym roku podczas festiwalu ma także zostać wydana płyta z muzyką Józefa Zeidlera. Myślę również o nagraniu płyty z pieśniami Karola Szymanowskiego czy Sergiusza Rachmaninova.

Ma Pani bardzo poznańskie nazwisko. Kruk to znana rodzina jubilerska ze 150-letnią tradycją. Jesteście spokrewnieni?
Kruk jestem po mężu. Zawsze kiedy wchodzę do sklepów Kruka żartuję, że chciałabym otrzymać zniżkę ze względu na koneksje rodzinne. Ale niestety nie mam rodziny w Poznaniu - a szkoda, bo tutaj jest wspaniale. Ludzie są fantastyczni, niesamowicie życzliwi i serdeczni.

Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.