10 lat temu zmarła Zofia Komedowa-Trzcińska. Była ważną postacią polskiego jazzu

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne
Marek Zaradniak

10 lat temu zmarła Zofia Komedowa-Trzcińska. Była ważną postacią polskiego jazzu

Marek Zaradniak

We wtorek minie 10 lat od śmierci Zofii Komedowej-Trzcińskiej. Zmarła w Warszawie w wieku 79 lat. Była żoną i menedżerką urodzonego w Poznaniu wybitnego kompozytora i pianisty jazzowego, ale i lekarza, Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego.

20 sierpnia mija 10 lat od śmierci Zofii Komedowej-Trzcińskiej. Zmarła w Warszawie w wieku 79 lat. Pochowana została na warszawskich Powązkach w grobie męża - urodzonego w Poznaniu wybitnego kompozytora i pianisty jazzowego, ale i lekarza, Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego.

To dzięki jej nieprzeciętnemu talentowi negocjacyjnemu Komeda podpisał z hollywoodzką wytwórnią Paramount trzyletni kontrakt zobowiązujący go do napisania muzyki do trzech filmów rocznie.

Jesienią 2015 roku nakładem wydawnictwa „Szelest” ukazały się jej wspomnienia pt. „Nietakty. Mój czas, mój jazz”. Na dwa lata przed śmiercią zaczęła je dyktować swojemu synowi Tomaszowi Lachowi. To nie jest tylko opowieść o Krzysztofie Komedzie-Trzcińskim, jego karierze i tragedii, ale też o ludziach, jacy byli wokół niego, o Polsce i świecie z tamtych lat. Stąd pojawiają się na łamach książki: Roman Polański, Marek Hłasko, Andrzej Kurylewicz i wielu innych.

Urodziła się 13 listopada 1929 roku w w Dryszczowie nad Bugiem. Po wojnie trafiła do Krakowa. W wieku 18 lat wyszła za mąż za Ludwika Lacha, tamtejszego dżolera, jak wtedy nazywano ludzi, którzy wszędzie brylują i bywają. Przenieśli się do Poznania, gdzie mieszkali jej rodzice. Związek z Lachem nie był udany, a Komedowa przyznaje też, że Poznań nigdy jej się nie podobał i nigdy tu się nie zaadaptowała. Z siedmiomiesięcznym synkiem wróciła do Krakowa i związała się z tamtejszą bohemą artystyczną.

W czerwcu 1956 roku w Krakowie poznała Krzysztofa Komedę-Trzcińskiego. Jak podkreśla, był nie tylko wrażliwym, utalentowanym artystą, ale także delikatnym subtelnym i mądrym człowiekiem. Z czasem bycie laryngologiem i uprawianie muzyki stało się wyczerpujące i pod koniec września 1957 Krzysztof Trzciński zrezygnował z pracy w szpitalu. Przeniósł się do Krakowa. To w Krakowie w 1957 roku rozpoczęła się ich przyjaźń z Romanem Polańskim. Komeda i Polański byli bardzo zżyci. Rozumieli się jak bracia bliźniacy. Nie dyskutowali. Nie kłócili się i nie wchodzili w słowo.

Stolica jednak kusiła i Komedowie przenieśli się tam w 1959 roku. Coraz częściej wyjeżdżali za granicę. W Skandynawii Komeda zyskał taką pozycję, że zaczęto nazywać go „twórcą jazzu skandynawskiego”.

Przed Bożym Narodzeniem 1967 ruszył do Hollywood, by pisać muzykę do filmu Polańskiego „Dziecko Rosemary”. W ostatnich dniach stycznia 1968 Zofia pojechała za nim. I chociaż mieszkali w jednym apartamencie, jedli razem posiłki, to jednak na dłuższe rozmowy nie było czasu. Nie doczekała do premiery filmu. Wróciła.

Kto wie, może życie potoczyłoby się inaczej, gdyby posłuchała przepowiedni Ewy Frykowskiej, która wróżąc z kart, powiedziała jej:

„On umrze, ale jak będziesz przy nim, to będzie żył”

Zofia nie bardzo jej uwierzyła. Tymczasem szybko nadeszła do Warszawy wiadomość o tym, że Komeda uległ wypadkowi i jest nieprzytomny. Pojechała, aby ratować męża. Leczenie kosztowało fortunę, a Komeda nie był ubezpieczony poza wykupionym za 30 dolarów miesięcznie ubezpieczeniem od wypadków samochodowych. W końcu zapadła decyzja o przewiezieniu go do kraju. Niestety, Krzysztof Komeda zmarł wkrótce po przewiezieniu do kraju 23 kwietnia 1969 r.

Po śmierci męża Zofia Komedowa prowadziła Cassino Jazz At Night w Sopocie. Ta mała knajpka szybko przekształciła się w jedno z kultowych miejsc na Wybrzeżu w tamtych czasach. Rozpacz i zmęczenie starała się skrywać. Z czasem stanęła na nogi. Porządkowała zaległe sprawy i została menedżerem w Polskim Stowarzyszeniu Jazzowym. Najważniejszy był dla niej jednak Komeda. Coraz więcej było koncertów i spotkań jemu poświęconych.

Wiosną 1976 roku zmęczona powiedziała "Dosyć". Wyprowadziła się w Bieszczady. Osiadła w Chmielu, 7 kilometrów od Zatwarnicy, bo kiedyś dojechała tam z Krzysztofem. Stworzenie pensjonatu było dla niej kolejnym wyzwaniem, ale natychmiast podpadła partyjnej klice rządzącej Bieszczadami. Kolejnym wyzwaniem dla niej było powstanie w grudniu 1980 Bieszczadzkiej Federacji Robotników, Rolników i Innych Grup Zawodowych. Wkrótce po tym, jak rozpoczął się strajk w rolników w Ustrzykach Dolnych, spotkały ją represje. Po 23 latach wróciła do Warszawy. Ostatnie lata spędziła w mieszkaniu, z którego kiedyś razem z Komedą wyruszyli w świat.

Marek Zaradniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gloswielkopolski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.